Znaleziono 0 artykułów
01.01.2019

Do obserwowanych: Dorota Bojanowska

(Fot. Materiały prasowe)

Jej dyplomowa kolekcja „feministycznych kombinezonów” to jedna z najbardziej oryginalnych i błyskotliwych prac młodych polskich projektantów ostatnich lat. O ile do Doroty Bojanowskiej, absolwentki wydziału wzornictwa Goldsmiths University w Londynie określenie „polska” w ogóle pasuje.  Bo wróżymy jej międzynarodową karierę.

Do Wielkiej Brytanii przyjechała studiować wzornictwo. Tyle że nie w Londynie, a w Glasgow, by dołączyć do uczącej się tam koleżanki. I nie ogólnie design, lecz znacznie węższą komunikację wizualną, po ukończeniu której – jak twierdzi – mogłaby liczyć na lepszą pracę. 

Szkocka uczelnia jednak jej nie przyjęła, a triumfujący w rankingach wyższych szkół londyński uniwersytet Goldsmiths – owszem. Sam kierunek okazał się mocno abstrakcyjny. Cała nauka skupiała się tu bowiem nie na produkcie i projektowaniu, lecz na procesie myślenia i tworzenia idei. Wielu jej znajomych z roku nie wytrzymało tego braku konkretów i odeszło. Jej jednak podobało się, że czas poświęca na szukanie pomysłów, a nie na ich wykonanie. 

(Fot. Materiały prasowe)
Reklama

Dyplom, będący odpowiednikiem polskiego licencjatu, zrobiła z niedoskonałości: defektów w sztuce, designie i metodach druku. – Zawsze interesowało mnie piękno w kontekście brzydoty – mówi. Równocześnie powstawała fizyczna część projektu, czyli kolekcja ubrań zdobionych eksperymentalnymi nadrukami. Rzecz dobrze jej znana, bo przez trzy lata Dorota chodziła do pracowni tkanin, a sama, jeszcze w Polsce, ukończyła indywidualny kurs szycia. Tu także najważniejszy był research. – Początkowo interesowało mnie to, jak kreowane w mediach, otaczające nas sztuczne piękno kompletnie zaburzyło wartości duchowe i wrażliwość ludzką. Każdy ją ma, ale zaczęliśmy się jej wstydzić lub przynajmniej krępujemy się ją ujawniać. Przez to łatwiej nam uczestniczyć w globalnej kulturze i bezrefleksyjnie przyjmować wszystkie te kanony urody, stylu, sukcesu – mówi Dorota. 

(Fot. Materiały prasowe)

Jednak, gdy przyjrzała się temu, o czym pisze prasa, zwłaszcza rozdawany w metrze, masowo czytany przez młodych ludzi „Evening Standard”, zmieniła koncepcję głównego tematu. Stało się nim przede wszystkim równouprawnienie i szacunek do kobiet z #metoo i aferą Weinsteina w tle. – Na podstawie wycinków z gazet zaczęłam szkicować i robić ilustracje, co zresztą jest moim podstawowym narzędziem tworzenia, jak przystało na córkę rysowniczki. Siłą rzeczy projekt stał się feministyczny, a tematy opisywane przez media zaczęłam odzwierciedlać w nadrukach – opowiada Dorota.

(Fot. Materiały prasowe)

W końcowej fazie projektu uznała jednak, że najciekawiej będzie porozmawiać z „realnymi” kobietami, jej najbliższymi. Poprosiła mamę, siostrę i koleżankę, by napisały do niej listy, w których opowiedzą o swoich przeżyciach, doświadczeniach i spostrzeżeniach. Listy, co ważne dla pracy, której punktem wyjścia była przecież niedoskonałość, musiały być odręczne. Treść? Rozmaita. „Kochana Dorotko! Od najmłodszych lat byłam postrzegana jako słabsza! (…) Na przykład, na placu zabaw kolega mnie popchnął i przewrócił, bo byłam dziewczyną. Kopnął mnie, a ja byłam bezsilna i wkurzona. Nikt nie zareagował, bo nikt nie chciał się sprzeciwić. A już najbardziej inne koleżanki” – pisała mama.„Denerwuje mnie to, że muszę codziennie nakładać makijaż do szkoły, ale robię to, by się nie odróżniać od innych dziewczyn” – pisała z kolei Dominika, siostra Doroty. „Wyjście z domu wydaje się być proste, a jednak powoduje cały czas krytykę mojego własnego wyglądu” – to już Iza, koleżanka.

Na podstawie tych listów Dorota stworzyła unikatowe nadruki z symbolicznym językiem w formie sitodruku. Jak wyglądało to krok po kroku? Rysunek alegorycznie przedstawiający historię każdej z kobiet został naświetlony na siatkę, a następnie ręcznie nieregularnie wydrukowany na kilkumetrowej tkaninie. Z niej z kolei Dorota wycięła wykrój indywidualnie przygotowanego kombinezonu i każdemu z nich dobrała materiał i kolor,w zależności od preferencji swoich rozmówczyń.

(Fot. Materiały prasowe)

A czemu akurat kombinezony? – Już od dwóch lat za mną „chodziły”. Chciałam, by moje ubrania były funkcjonalne, ale też i niosły za sobą jakąś historię. Stąd ich fason oparty jest o kombinezon z lat 40., jaki nosiły wtedy kobiety w fabrykach i który był, w sumie nadal jest, ucieleśnieniem female empowerment – mówi projektantka. Jak dodaje, każda kobieta może zdecydować, w jakiej sytuacji go założy. Tym sposobem mama nosi go w pracy, siostra może w nim chodzić do liceum, a koleżanka – na imprezy. – Same wybierają czy chcą pokazać tym kombinezonem swoją historię innym osobom, czy zatrzymać ją tylko dla siebie. Za dużo na świecie jest rzeczy, które nie mają znaczenia osobistego, moje ubrania więc to rodzaj archiwum, przechowującego, ale i przedstawiającego własną historię konkretnej osoby – tłumaczy Dorota.

(Fot. Materiały prasowe)

Przy tworzeniu kombinezonów inspirowała się też Rational Dress Society, brytyjską organizacją z przełomu XIX i XX wieku, której członkinie pozbywały się damskiego stylu: gorsetów, krynolin czy szpilek. – A kombinezon jest wręcz symbolem mody agender – mówi Dorota. Nazwa stowarzyszenia posłużyła też w ubiegłym roku za nazwę dla marki odzieżowej, szyjącej właśnie kombinezony, tyle że z ubrań Ivanki Trump. Na fali niechęci do prezydenta Ameryki i jego rodziny, grupa projektantek – aktywistek z Chicago i Los Angeles – poprosiła bowiem buntujące się przeciw temu klanowi rodaczki do przesyłania im ciuchów z metkę prezydenckiej córki, celem przerobienia ich w lokalnych szwalniach w feministyczny uniform. 

Kolekcja kombinezonów, wraz z listami i rysunkami Bojanowskiej, trafiła na wystawę prac dyplomowych. Za projekt dostała piątkę i propozycję studiów na wydziale designu eksperymentalnego Royal College of Art. Praca spodobała się bowiem na tyle, że to o Dorotę zabiegała uczelnia, nie zaś odwrotnie. – Zajęcia tam są niezwykle ciekawe, bo studiują tam też absolwenci medycyny czy fizyki i wszyscy razem tworzą futurystyczne projekty – opowiada Dorota. Póki co jednak wzięła dziekankę, by przygotować się do studiów finansowo i… nieco odsapnąć po intensywnych, poprzednich studiach.

(Fot. Materiały prasowe)

Nie oznacza to jednak, że Dorota ma zamiar odpoczywać. – Myślę o nauce projektowania mody, szczególnie męskiej, która interesuje mnie najbardziej. Bawię się nadrukami na płaszczach, cyfrówką, wykrojami, wymyślam rozmaite eksperymenty, na przykład, łącząc tradycyjne sito z markerami. Robię sample, małe kolekcje, współpracuję z niezależną marką z Camden, zainteresowaną nadrukami na T-shirty i przygotowuję do szycia w Shoreditch kolekcję młodej kanadyjskiej marki Saint Henri, z którą w styczniu zadebiutuje ona na tygodniu mody męskiej w Londynie – wymienia Dorota. Jak dodaje, wszystkie te małe projekty są dla niej bardzo ważne. – Dzięki nim nieustannie rozwijam się – mówi Dorota.

– Londyn chyba sprzyja temu jak żadne inne miasto w Europie? – dopytuję. 

– Tak, tu nie ma chwili spokoju i to chyba najfajniejsze. Od poniedziałku do piątku biegam po Hackney i innych modnych tu dzielnicach, w weekendy dorabiam w pubie pod domem w Greenwich – opowiada.

A co dalej? Dorota marzy o współpracy z cenionymi przez nią projektantami. Uwielbia Alessandro Michelego, Balenciagę i hinduską kreatorkę Supriyę Lele. W Polsce podobają jej się Gosia Baczyńską i Tomasz Armada. Jak twierdzi jednak, uwiera ją, że polska moda musi być tradycyjnie „ładna”. – Brakuje mi ekspresji. My w Londynie ubieramy się w vintage, w dodatku każdy inaczej. No i sięgamy do różnych kultur, czego efekty potrafią być spektakularne. Banalne, wydawałoby się, czekanie na przystanku na autobus może być przeżyciem estetycznym i dostarczyć ci mnóstwa wrażeń, bo każda dzielnica jest inna, a jej mieszkańcy noszą stroje hinduskie, arabskie czy najbardziej chyba widowiskowe afrykańskie – wściekle różowe, przy okazji spływające złotem i zdobione tysiącami błyskotek. I tak wygląda tu przeciętny dzień! – cieszy się projektantka.

– Do Polski zatem szybko nie wrócisz? – wyrokuję.

– Chyba nie – przyznaje Dorota.

Prace Doroty będzie można obejrzeć od 10 lutego na wystawie See&Say w Centrum Kreatywności przy ul. Targowej 56 w Warszawie.

(Fot. Materiały prasowe)

 

Michał Zaczyński
Reklama
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę