Znaleziono 0 artykułów
22.07.2019

Dominika Buczak: Saga odrzuconych

Dominika Buczak (Fot. Łukasz Baksik)

– Chciałam, żeby moja książka była opowieścią o nie-mężczyznach. Żeby w jej centrum nie stali heteroseksualni faceci. Oni zostali już opisani – mówi Dominika Buczak, autorka wydanej niedawno powieści „Plac Konstytucji”.

Powieść „Plac Konstytucji” można czytać rozmaicie. Jako sagę rodzinną dziejącą się w tle najważniejszych wydarzeń w historii powojennej Polski. Jako historię Polski opowiedzianą przez pryzmat prywatnych losów. Najciekawsze wydaje się jednak co innego. Dominika Buczak, opisując kluczową dla socjalizmu budowlę i jeden z głównych placów stolicy, tworzy bohaterki i bohaterów stroniących od przyjętych norm.

Jakie są tęczówki jak ze strzegomskiego granitu?

Szare. Strzegomski granit jest szary, budowano z niego podstawy niektórych budynków na placu Konstytucji, widoczny był na cokołach.

Pytam, bo szare tęczówki zachwycają jedną z bohaterek twojej książki na tyle skutecznie, że nadają bieg fabule.

Mania, kiedy ją poznajemy, mieszka w akademiku przy placu Narutowicza, niedawno przyjechała do Warszawy ze wsi pod Otwockiem. Nie ma wspomnień o przedwojennej Warszawie, ma tylko nadzieję, że wojna szybko odejdzie w niepamięć. Budowany w pośpiechu plac Konstytucji jest realizacją jej marzeń o tym, że śmierć się już z miasta wynosi i zaczyna się nowe życie. Podziwia przodowników pracy, zdają się jej przystojni, a gdy spotyka Stefana Złotego, widzi w jego oczach kamienie, z których zbudowano plac. Nie ma dla niej nic piękniejszego.

Stefana prędko tracimy z, nomen omen, oczu. W centrum zdarzeń pozostaje Mania. Napisałaś książkę o powojennej herstory Polski – znane z podręczników fakty pokazujesz przez pryzmat kobiecej perspektywy.

Tak, bo historia, która działa się na polach bitew, chociażby ulicznych, jest już napisana. Historia kobiet dopiero zaczyna być opowiadana. A to przecież szalenie ciekawe, jak one żyły, co czuły, jak przeżywały kryzysy systemu, jak radziły sobie z codziennością. Zwłaszcza że ta spoczywała na ich barkach w stu procentach. Kobiety w PRL poszły do pracy, ale reszta obowiązków ciągle była po ich stronie – zajmowały się domem, rodziną, prały męskie gacie i skarpety, gotowały obiady, wychowywały dzieci. Znalazłam w gazetach teksty o Dniu Kobiet z 1968 roku. Miał być poświęcony pokojowi w Wietnamie i przygotowaniom do Światowego Kongresu Kobiet planowanego w Helsinkach. Tymczasem w Warszawie trwały studenckie demonstracje, które były kulminacją wydarzeń ’68 roku. Wątpię, żeby w którymkolwiek domu rozmawiano wtedy o równouprawnieniu kobiet. Nadal go w pełni nie mamy, a wtedy występował głównie na papierze.

Zanim dojdziemy do 1968 roku, mamy początek lat 50. i budowę placu Konstytucji. Przodownicy pracy prześcigają się w biciu rekordów. Mania podaje herbatę słynnej przodowniczce Stanisławie Szarlińskiej. Piszesz: „Mania dostała gęsiej skórki od patrzenia na pęcherze i krew. Białe pęcherze i czerwoną krew. W końcu tu budowało się Polskę”.

Historia Stasi bardzo mnie zaciekawiła. Widziałam jej zdjęcie, znalazłam artykuły. Wiem, że jej mama przyjechała do Warszawy ze wsi, a ona skończyła kursy murarskie i stanęła do rywalizacji z mężczyznami. Miała swoją drużynę murarską złożoną z kobiet, pojawiały się w zestawieniach z mężczyznami. Co zresztą ciekawe – znane są losy ważnych przodowników pracy, a o tym, co się stało ze Stanisławą, nic nie wiemy. Chciałam chociaż zaznaczyć jej obecność.

Dlaczego w ogóle „Plac Konstytucji”?

Mieszkam tutaj, a zanim zamieszkałam – dzięki niemu zrozumiałam Warszawę. Pochodzę z Pszczyny, studiowałam i długo mieszkałam w Krakowie. Do Warszawy przyjeżdżałam służbowo, a jeśli miałam czas, to krakowskim zwyczajem szłam na starówkę. I w ogóle nie czułam miasta. Aż któregoś razu przyjechałam z mężem. On załatwiał coś na Marszałkowskiej, a ja poszłam na spacer. Gdy dotarłam do placu Konstytucji, aż przysiadłam z wrażenia. Toporne płaskorzeźby, moc kamienia, przeskalowanie wszystkiego – bardzo to na mnie podziałało. Zastanawiałam się, kto tu w ogóle mieszka, co to są za ludzie.

Po latach traf chciał, że zamieszkaliśmy tu i my. Poznałam sąsiadki, które pamiętały czas odbudowy Warszawy, panie, które pracowały w okolicy, i uzmysłowiłam sobie, że tu działo się mnóstwo rzeczy istotnych dla historii powojennej Polski.

Tutaj wraz z budową MDM zawiązał się socjalizm i tutaj się rozwiązał – na rogu z Piękną była słynna kawiarnia Niespodzianka, w której w 1989 roku mieścił się warszawski sztab Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”.

Tutaj świętował zwycięstwa – przed hotelem MDM kończyły się pochody pierwszomajowe, i tutaj trzeszczał w szwach. Gdy w 1957 roku rozwiązywano „Po prostu”, a w 1968 roku wyrzucano z Polski Żydów, rozruchy były tuż obok, na Politechnice. Trzeba pamiętać, że mieszkania przy placu Konstytucji dostawali ludzie zasłużeni dla socjalizmu, zatem gdy on się chwiał, oni się bali.

Plac był zbudowany modelowo: w latach 50. i 60. były tutaj kawiarnie, bary, neony i luksusowe – jak na tamte czasy – sklepy. Im bardziej upadał socjalizm, tym bardziej szarzał plac Konstytucji. Również dosłownie, bo początkowo był biały. W latach 90. stał się symbolem trudów transformacji – z tutejszego parkingu na potęgę kradziono samochody, wzdłuż ulicy stały budki z chińskim jedzeniem, w mieszkaniach lokowały się agencje towarzyskie. Właściwie do dziś nie odzyskał tożsamości. Ale ciągle jest świadkiem ważnych, jeśli nie politycznie, to społecznie, wydarzeń. Niedawno patrzyłam z okna, jak przez plac przechodzi Parada Równości – to było bardzo budujące, bo trwało ponad godzinę. Kilka lat temu, 11 listopada 2011 roku, nie mogłam wyjść z domu, bo pod oknami narodowcy urządzili Marsz Niepodległości. Pamiętam to bardzo dobrze. Mój syn miał wtedy dwa lata, był akurat u dziadków na Stegnach, ja usiłowałam pracować. Nagle się zorientowałam, że na dole rozgrywa się regularna bitwa – kordon policji oddziela Marsz Niepodległości od Kolorowej Niepodległej, a kibole wyrywają bruk i walą w policjantów. Były gaz łzawiący, polewanie sikawkami, koszmar. Do naszego domu nie można było wejść, syn został wtedy u dziadków na noc. A ja pomyślałam, że muszę tę scenę dobrze zapamiętać.

Echo tej sceny znajdujemy w powieści. Już wtedy myślałaś, że plac trzeba opisać?

Wtedy pewnie jeszcze nie, ale im dłużej rozmawiałam z sąsiadkami, tym bardziej czułam, że to historia na książkę. Sądziłam, że to będzie reportaż, może zbiór wywiadów, bo jestem przecież dziennikarką. Nie potrafiłam jednak wybrać dla niej formy, obawiałam się, że nie znajdę wszystkich ludzi, którzy w takiej opowieści powinni wystąpić. Wreszcie wymyśliłam, że napiszę powieść.

Było trudno?

Trudno, ale bardzo ciekawie. Dziennikarski warsztat wykorzystałam do researchu. Przejrzałam tony gazet, dokumentów, książek wspomnieniowych. Jednak bohaterów musiałam po prostu stworzyć. Wymyślanie psychologicznych motywacji ich zachowań było bardzo rozwijającym doświadczeniem. Trudnym, bo miałam wątpliwości, czy potrafię to zrobić, ale też przyjemnym, bo pisałam i widziałam, że historia płynie.

Moi bohaterowie stali się częścią mojej codzienności – przyjaciółkom zamiast opowiadać o tym, co u mnie, mówiłam, co u Mani czy Magdy, zawieszałam się na spotkaniach towarzyskich, bo akurat coś wymyśliłam, a w fazie największego zaangażowania zdarzało mi się użyć zdarzeń z życia bohaterów jako argumentu w dyskusji. Kiedyś w rozmowie z tatą, by dowieść swojej racji, powiedziałam: „Na przykład moja bohaterka zrobiła tak”. Bardzo się śmiał.

Musiałam też zerwać z dziennikarskimi nawykami. Kiedy piszesz reportaż, musisz wiedzieć wszystko, powołać się na źródła, słowem, im więcej się naczytasz, tym dla tekstu lepiej. A w powieści, okazuje się, jest odwrotnie. Fragmenty, w których chciałam pokazać, jak bardzo dużo się naczytałam na temat placu i Warszawy, wyrzuciłam podczas redakcji, bo brzmiały sztucznie.

Powieść pozwoliła ci pokazać różnorodność postaw, pewnie niemożliwą do uchwycenia, gdybyś szukała świadków wydarzeń. Oddajesz głos kobietom i zarysowujesz wątek gejowski – w mainstreamowej opowieści o socjalizmie właściwie nieobecny.

Od zawsze interesują mnie osoby, których sytuacja jest nieoczywista. Kilka lat temu napisałam wspólnie z Mikiem Urbaniakiem zbiór wywiadów „Gejdar”. Część z przeprowadzonych wtedy rozmów nie weszła do książki, a były to historie, które żal było zostawić. Czerpałam z nich, opisując rozterki bohaterów.

Bardzo chciałam, żeby moja książka była opowieścią o nie-mężczyznach. Żeby w jej centrum nie stali heteroseksualni faceci, którzy są bohaterami wielu opowieści o Polsce. Oczywiście oni też w powieści mają swoje miejsce, ale zależało mi, by przypomnieć, że bywało różnie, a tamte czasy były dla osób nieheteronormatywnych trudne. Nie wiedzieli, co mają o sobie myśleć, brakowało języka, a gdy już się orientowali, co i jak, byli skazani na podziemie, spychani do półświatka. Tak było zresztą jeszcze długo po zmianie ustroju.

Przeplotłaś historię zamierzchłą z niedawną – część powieści toczy się na przełomie 2011 i 2012 roku. Dlaczego?

Chciałam opowiedzieć historię placu, a Marsz Niepodległości, który widziałam z okna, to również jej część. Początkowo zamierzałam ułożyć ją linearnie, ostatecznie – przeplatam. Na pewno dojdę dalej niż do 2012 roku. Pracuję nad drugim tomem.

Pisząc, obserwowałaś Paradę Równości. Co widzieli ci, którzy zamieszkali tu przed 22 lipca 1952 roku?

Pewnie wyszli z domu, bo w Warszawie trwała gigantyczna biba. To był bardzo gorący dzień w mieście. Tego dnia przyjęto konstytucję PRL, na placu Zwycięstwa (dziś Piłsudskiego) odbywał się zlot przodowników pracy, na który przyjechało 100 tysięcy ludzi, a na placu Konstytucji uroczyste otwarcie nowej dzielnicy z udziałem Bolesława Bieruta i Józefa Cyrankiewicza. Przeszedł międzynarodowy pochód, komunizm triumfował.

Mania z twojej książki triumfowała wraz z nim, inaczej niż jej przyjaciółka Zosia. Znów – wydobywasz tych, którzy nie myśleli według norm.

Zosia znała Warszawę przedwojenną. Dorastała w kamienicy Pod Syrenami, tej samej, w której wychowywała się przyszła szefowa Mody Polskiej Jadwiga Grabowska. Ten dom przetrwał wojnę, ale zburzono go na potrzeby placu Konstytucji. Zosia więc placu nie znosiła. Nawet jego nazwy, która wtedy oczywiście miała zabarwienie ideologiczne. Z czasem się okazało, że to fantastyczna nazwa – pojemna i bardzo znacząca. Również w kontekście tego, co dzieje się w Polsce dziś.

Dominika Buczak (Fot. materiały prasowe)

 

Aleksandra Boćkowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę