Znaleziono 0 artykułów
23.09.2020

Dorota Masłowska: Jestem szpiegiem

Dorota Masłowska (Fot. Weronika Ławniczak dla Vogue Polska)

Literatura Doroty Masłowskiej jest zrobiona z języka. W języku zakodowane są nasze lęki, uprzedzenia, aspiracje. Pisarka czujnie punktuje fałszywe elity, pustkę mediów społecznościowych, ekshibicjonizm celebrytów. Właśnie ukazało się jej „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu 2”.

W książce odnajduję wątki, które panią zawsze interesowały, jak nieustanne, mniej lub bardziej ujawnione, aspirowanie do „prestiżowego” świata rodem z kolorowej prasy, telewizji, mediów społecznościowych. To jest dążenie ludzkie czy specyficznie polskie?

To jest ogólnoludzkie. Ale w Polsce, w której społeczeństwo jest naznaczone nigdy niegojącą się raną gorszości, niespełnienia i niedowartościowania, to pole aspiracji, sfera fantazji „jak mogłoby być” jest newralgiczna. Towarzyszą jej specyficzne napięcia, emocje i cenzury tych fantazji. Mnie ta sfera szczególnie interesuje, bo tam się bardzo wiele dzieje: przynależy do niej kult celebrytów i kult przedmiotów, i kult bogatych, i nienawiść do bogatych... i te wszystkie absurdalne, statusowe podróże, które są w jakiś sposób sprzężone z Instagramem. 

Bo wskoczyliśmy w te kolorowe gazety, które kiedyś tylko oglądaliśmy?

Tak, Facebook i Instagram to też narzędzia do pielęgnacji marzeń i aspiracji. Dają platformę do kreowania i upubliczniania fantazji o sobie, budzenia zazdrości. Wklejania siebie w nowe, lepsze scenografie, scenariusze: w gronie przyjaciół, ze znanymi ludźmi, w pełnych przygód podróżach, z przefiltrowaną twarzą i z wyćwiczoną, korzystną miną. Wystarczy czekać na lajki i serduszka.  

„Jak przejąć kontrolę...” to literackie fotografie życia społecznego, coś, co panią interesuje od czasu pani głośnego debiutu („Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”, 2002). Jak się zmieniliśmy przez tych 20 lat? 

Konflikt, polaryzacja, widoczne już na początku lat dwutysięcznych rozkwitły tysiącem barw. Wtedy można było je uznać za czasowe niepokoje i emocje potransformacyjne, w tej chwili widać poważny, głęboki rozłam, który staje się obowiązującym, trwałym krajobrazem polityczno-społecznym. Przyzwyczajamy się do niego. 

Pracuję w przestrzeni słów, którymi ludzie wyrażają siebie, kreują swoją egzystencję. Tutaj widać coś przerażającego: język wymknął się spod kontroli, nienawiść stała się legalna, normalna, oczywista. Prawo nie nadąża tu za rozwojem technologicznym: internet to przestrzeń, w której każdy może powiedzieć wszystko, tą samą czcionką. Równorzędnie funkcjonują słowa filozofa i trolla, który korzysta z poetyki fekalnej. W dodatku to nigdy nie znika, wypowiedziane zło nie przemija, tylko zgodnie z logiką klikalności namnaża się jak oszalałe.

Języka nie da się wciągnąć, zassać z powrotem, gdy już się rozszalał. Dzisiaj nawet prezydent może mówić nienawistne rzeczy i to w jakiś sposób przechodzi. 

To jaka jest rola artysty w tych czasach? Nie czuje się pani na siłach boksować się z rzeczywistością?   

Czuję niemoc. Powiedziałabym pojednawczo, że musi minąć czas, by nabrać dystansu do tego, co się dzieje, ale my już tego czasu nie mamy. Żyjemy w kończącym się świecie – nie na progu katastrofy klimatycznej tylko w niej, w katastrofie. Nasi politycy jej zaprzeczają, a nawet ją dowartościowują, mówiąc, że zawsze chcieliśmy, żeby była ładna pogoda, żeby było ciepło. Doświadczamy pewnej niemożliwości, to jest jak wołanie na wielkim śmietniku. 

Ciekawie ilustrują to działania profesora Szymona Malinowskiego, fizyka atmosfery – on nie jest celebrytą, tylko naukowcem próbującym uświadamiać ludziom skalę kryzysu klimatycznego. Żeby ze swoim alarmującym przekazem dotrzeć do jak największej liczby osób, chodzi do mainstreamowych mediów. I chwała mu za to. Prowadzący jednak zatrzymali się na etapie „bądź eko, nie śmieć w lesie”. Ekologia to dla nich zbiór ciekawostek w rodzaju: ile bidonów rowerowych można by otrzymać z wyrzucanych rocznie butelek? Jego dramatyczny przekaz kasuje się już na etapie pytań. Posłaniec złych wiadomości nie jest zabijany, tylko jego wiadomość znika, nim zdąży ją donieść. Jakby była napisana znikającym atramentem.

Cały wywiad przeczytacie we wrześniowym wydaniu „Vogue Polska”, które kupicie w salonach prasowych i na Vogue.pl: www.vogue.pl/u/bWTHN0

(Fot. Marcin Kempski dla Vogue Polska)

 

Anna Wacławik-Orpik / Radio TokFM
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę