Znaleziono 0 artykułów
15.09.2019

„Downton Abbey”: Stare, dobre czasy?

(Fot. materiały prasowe)

Serial Juliana Fellowesa, w którym dobrzy lordowie z angielskiej prowincji żyli pod jednym dachem ze swoją służbą, wymyślił na nowo początek XX wieku. Przedstawiając tę epokę w zdecydowanie jaśniejszych barwach. W kinach można już oglądać filmowe podsumowanie jednej z najbardziej kultowych produkcji ostatniej dekady.

Jeśli brexit dojdzie do skutku, tegoroczne Halloween zostanie zapamiętane jako ostatni dzień Unii Europejskiej z Brytyjczykami po naszej stronie granicy. W tym kontekście jeszcze bardziej interesująca wydaje się nadchodząca premiera „Downton Abbey”. Film to swoisty epilog serialu opowiadającego o Anglii prawie prawdziwej, który ogląda się jednak jak totalną egzotykę. Traktuje bowiem o czasach minionych, gdy pan szedł pod ramię ze sługą, a za oknem rozpościerał się sielski krajobraz. A to przecież, pomijając skomplikowane kwestie polityczno-społeczne, za takim krajem tęsknili ci, którzy przed trzema laty głosowali za tym, żeby opuścić UE. Rzecz jasna, film z brexitem nie ma nic wspólnego, lecz ten cokolwiek zabawny zbieg okoliczności prowokuje do nowych odczytań. Zresztą przez całą minioną dekadę „Downton Abbey” doczekało się mnóstwa różnorakich interpretacji i analiz i serial, choć ostatni odcinek wyemitowano przed czterema laty, nadal żyje. Nie wygasł termin jego przydatności. Wręcz przeciwnie, zgodnie z panującym trendem powraca, tym razem jako pełny metraż.

(Fot. materiały prasowe)

Ciąg dalszy nastąpił 

Było już „Deadwood”, będzie „Breaking Bad”, jest „Downton Abbey”. Ba, żadna stacja nie chce być gorsza od pozostałych, sięga więc do przepastnej torby z licencjami, by wypuścić potencjalny hit, będący zarazem kontynuacją, jak i domknięciem przebojowego serialu sprzed lat. Cóż, póki się tak da, to należy robić, co można, bo domagają się tego i fani, i łakomy portfel. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Julian Fellowes, pisarz, scenarzysta i autor brytyjskiego hitu, o filmie przebąkiwał już od dawna. Praktycznie od razu po wyświetleniu specjalnego odcinka świątecznego, który miał, jak się okazuje niedoczekanie, definitywnie zakończyć historię państwa lordostwa i ich służby.

(Fot. materiały prasowe)

Od czasu premiery pierwszego odcinka, czyli od jesieni 2010 roku, serial cieszył się opinią produktu brytyjskiej telewizji odwołującego się do tęsknoty za dawnym porządkiem, którą stereotypowo utożsamiamy z flegmatyzmem, oraz do sielankowości, jakiej nierzadko pragnie miejski odbiorca. Innymi słowy, „Downton Abbey” wymyśliło na nowo początek poprzedniego stulecia, przedstawiając je tak, jakbyśmy sobie pewnie życzyli, aby wyglądało. Zwyczaje panujące na piętrach okazałej posiadłości i rozległych ziemiach należących do Roberta Crawleya, lorda Grantham, to fantazja na temat sprawiedliwego stosunku społecznego łączącego wszystkie klasy. Bo tu zwykła pomocnica kucharki może liczyć na dobre słowo od pani domu, a kamerdyner to powiernik równy bratu. Rzecz jasna Fellowes nie miał zamiaru kręcić dokumentu, ale i tak wywołał niemały ferment.

(Fot. materiały prasowe)

Bo choć „Downton Abbey” spodobało się chyba niemal wszystkim, a i doprowadziło do pewnych kosmetycznych przemian na kontynencie azjatyckim, gdzie jak grzyby po deszczu wyrosły rozmaite szkoły chętnie kształcące na lokaja i majordomusa, to niektórzy krytycy wywracali oczami. Wskazywano na zbyt familiarne stosunki państwa Crawleyów ze służącymi i uproszczone spojrzenie na zagmatwane relacje w ramach społeczeństwa tamtej epoki. Ale z drugiej strony, za ogromnym powodzeniem serialu stoi właśnie portretowanie wyższych klas, którym często się przecież obrywa jako zepsutym i zacofanym.

Opowiastka poprawna politycznie

Można by rzec, że Fellowes starał się jak mógł, by nie zaleźć nikomu za skórę ani nie urazić najmniejszym nawet przytykiem. Tak się nie stało, bo prędko wytknięto mu chociażby niechęć do katolicyzmu (choć sam został na katolika wychowany) czy przedstawienie Irlandczyków albo jako ordynarnych pijusów, albo oportunistów (choć sam opowiada się za zjednoczeniem Irlandii). Lecz u podstawy sukcesu „Downton Abbey” nie leży polityka, lecz przystępność tego spektaklu polegająca na bacznej obserwacji dziejących się zdarzeń, zarówno z piwnicznego okienka, jak i lordowskiego wykuszu. Oraz, ma się rozumieć, odarcie z moralnej ambiwalencji, z czego po części wynika jego atrakcyjna i niepozbawiona autentycznej szczerości prostota emocjonalna.

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)

Zdaje się, że część negatywnych ocen „Downton Abbey” wynikała z chęci przyczepienia się do czegoś, czegokolwiek, jak chociażby lingwistycznych anachronizmów, które Fellowes, zresztą całkiem sensownie, usprawiedliwiał chęcią dostosowania języka do ucha współczesnego odbiorcy. I choć na planie serialu ciągle obecny był konsultant dbający o detale, to przecież głupotą byłoby naginać do nich fabułę. To fakty służą opowieści, a nie opowieść faktom. Fellowes znakomicie to rozumie, nie przejmując się także utyskiwaniami lady Carnarvon, do której należy wynajmowana przez ekipę posiadłość, a która cmoka z niezadowoleniem, że kiedyś to było inaczej.

Dlatego w każdym sezonie scenarzysta nanosi swoje postaci na istotne wydarzenia historyczne, od zatonięcia Titanica, przez pierwszą wojnę światową, aż po lokalne i międzynarodowe skandale omawiane przez służbę i przeżywane przez lordostwo. Przewalająca się na oczach mieszkańców Downton historia ma niebagatelny wpływ na ciągłe zmiany społeczne w kraju. Najczęściej burzą obowiązujący porządek, co wyraża się chociażby w emancypacyjnych zapędach lady Edith czy romansach panny Mary i mezaliansach ich siostry Sybil. Ale niepokojące konserwatywnego lorda Grantham rzeczy zostają nieodmiennie wplecione w krwiobieg prowincjonalnego życia. Urok „Downton Abbey” zasadza się właśnie na nieustannym panta rhei, na owej zmienności atrakcyjnej z perspektywy publiki, która, pełna sąsiedzkiej ciekawości, może podpatrywać, czy tym razem jednych lub drugich, tych z góry albo tych z dołu, nie zmiecie aby podmuch wiatru historii.

(Fot. materiały prasowe)

Koniec epoki

Ostatni, szósty sezon, osadzony w połowie lat 20., opowiadał już zresztą o powolnym zmierzchu brytyjskiej arystokracji i rozwoju klasy średniej. O końcu pewnej epoki, która ostatecznie będzie musiała pożreć i Crawleyów. Ale tego już na ekranie zapewne nie zobaczymy, bo trudno się spodziewać, żeby Fellowes zgotował swoim bohaterom pożegnanie tak gorzkie. Film opowie o wizycie królewskiej pary na ziemiach lorda Grantham, i przygotowaniom do niej, zapewne gorączkowym i zabawnym, o hierarchicznych przekomarzankach między służbą miejscową a przyjezdną. Oraz domknie wszystkie wątki, bo nie można przecież pozostawić żadnych wątpliwości co do tego, jak lordowie odnajdą się w coraz dojrzalszym XX wieku. Tyle że my doskonale znamy na to odpowiedź: na pewno lepiej niż służba.

Bartosz Czartoryski
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę