Znaleziono 0 artykułów
16.04.2018

„Dwa dolary i sześć kamyczków”. Polska kostiumografka w Nowym Jorku

Basecamp w Nowym Meksyku (Fot. Archiwum prywatne)

Zawodowo ubiera innych, ale jej samej nie sposób nie wyłapać z tłumu, nawet na przypominającej wybieg nowojorskiej ulicy. Jest kolorowa i charakterystyczna, jak kreska jej szkiców, które przygotowuje do każdego kostiumu. Stroje projektantki kostiumów Małgorzaty Turzańskiej nosili m.in. Ethan Hawke, Rooney Mara, Julianne Moore i bohaterowie serialu „Stranger Things”. Wkrótce w jej kreacjach – w serialu „The First”, reżyserowanym przez Agnieszkę Holland – zobaczymy Seana Penna. 

To ile już siedzisz w Nowym Jorku, Małgosiu?

Trzynaście lat.

Udało się tobie nie zaliczyć stacji numer jeden, pt. „Polak na zmywaku”. Jak to zrobiłaś?

Miałam taki plan, a raczej marzenie: zacznę szkołę w Pradze, na DAMU, gdzie jest dobry wydział Kostiumu i Scenografii, tam zrobię licencjat, potem pojadę do Londynu na studia magisterskie, a później do Nowego Jorku pracować. Ale w Pradze poznałam mojego pierwszego męża, który był Anglikiem, i jakoś ta część londyńska się rozpłynęła, bo on był tym moim Londynem w Pradze… 

Wejście w filmowy świat poprzez szkołę jest dużo łatwiejsze niż próba przebicia się z zewnątrz. Poznaje się tam ludzi, którzy są na twoim poziomie, z którymi można się wspólnie rozwijać. W Nowym Jorku wybrałam wydział kostiumu i scenografii na Tisch School of the Arts (NYU). Dostałam od szkoły częściowe stypendium, co było bardzo pomocne, ale i tak mam pożyczkę studencką, którą będę jeszcze spłacać przez długie lata. Strasznie pomogli mi rodzice, którym jestem bardzo wdzięczna. Żartowali, że czują się jak Medyceusze, wspomagający biednego artystę. Ogromnym wsparciem był też mój pierwszy mąż, dziś wzięty operator filmowy, który wówczas pracował w firmie, która retuszowała modowe zdjęcia, nieźle zarabiał i zajmował się płaceniem rachunków. Ja sprzątałam, gotowałam, a on przynosił do domu, jak to się tutaj mówi, „bekon”.

“Malgosia” w Luizjanie: Marge (Fot. Archiwum prywatne)

Miałam zawsze wrażenie, że Nowy Jork to miasto, w którym każdy może poczuć się dobrze. Z drugiej strony – w sytuacjach zawodowych może być ono przytłaczające. Jak u ciebie wyglądał ten proces wsiąkania w nową przestrzeń?

Kiedy wyjeżdżałam z Pragi, wydawało mi się, że ja ten Nowy Jork zawojuję od razu, bo jestem nie wiadomo jak utalentowana. Przyjechałam do szkoły i okazało się, że wszyscy są tak samo utalentowani albo i bardziej. Miałam siedem dziewczyn na roku, wszystkie fantastyczne. To był pierwszy zimny prysznic. Moment, kiedy sobie zdałam sprawę z tego, że wszyscy tu ciężko pracują i wszyscy mają talent. To jest miasto, które ściąga osoby, które mają jakiś drivei pasję. Musiałam zrozumieć, co mnie rzeczywiście wyróżnia od innych, że to mój punkt widzenia, odnoszenia się do rzeczy. Zdałam sprawę z tego, że moja polskość, moja wschodnioeuropejskość bardzo mi pomaga. Mam jakiś filtr, którego inni nie mają.

Szkice do kostiumów z "Nigdy cię tutaj nie było" (Fot. Archiwum prywatne)

A co to zmienia? To specyficzna wrażliwość, a może inny sposób myślenia?

Myślę, że mogę zrobić więcej z mniejszą ilością środków. To, że moja mama szyła i farbowała swoje własne rzeczy, było dla mnie pomocne, zwłaszcza na samym początku. To czas, kiedy na projekty dostaje się dwa dolary, sześć kamyczków i trzeba coś z tego zrobić. Dla mnie to nie było nigdy przerażające. Projekty, przy których pracuję teraz, mają większe budżety, mam więcej członków drużyny, którzy zajmują się farbowaniem czy prasowaniem, ale myślę, że właśnie umiejętność wymyślania dużych rzeczy z bardzo małych środków jest moim forte. Wyobraźnia, po prostu wykorzystywanie wyobraźni. Wszyscy się ze mnie śmieją, że Turzańska jak była mała, to nie miała zabawek, tylko kamyczki i patyczki! Taka jestem, lubię wykorzystywać takie małe rzeczy i myślę, że mi to wychodzi na dobre.

Moje domowe studio na Brooklynie ze skarbami z podróży (Fot. Archiwum prywatne)

Te filmy, seriale, które robisz ostatnimi czasy, maja już dość potężne budżety. Wydawałoby się, że już nie trzeba kombinować. Ta umiejętność się jednak cały czas przydaje?

Zawsze trzeba kombinować! Może tylko przy „Stranger Things”miałam tak, że nie musiałam się zastanawiać nad każdą rzeczą. Natomiast tak naprawdę cały film to jednak przede wszystkim biznes. Nikt nie chce wydać więcej niż to, co dostanie z powrotem. Zawsze są ograniczenia, zawsze trzeba się z czegoś tłumaczyć. Przy większych filmach jest to o tyle trudniejsze, że jest więcej ludzi, którzy muszą się na pewne rzeczy zgodzić. Wcześniej był jeden reżyser, a teraz to jest reżyser, producent, inny producent, studio… Zawsze jest to jakiś kompromis. A z drugiej strony, robić filmy, które są całkowitym kompromisem przecież nie jest niczyim marzeniem.

Zażartowałaś, że znajomi śmieją się z twoich dziecięcych zabaw „kamyczkami i patyczkami”. Ale pewien zespół wyobrażeń na temat ludzi, powiedzmy, z naszej części świata, często niekoniecznie bardzo przyjemny, istnieje. Czy to, że jesteś Małgosią z Polski, bywało kiedykolwiek kłopotliwe?

Nie. Nigdy mi się to nie zdarzyło. Ale też przed naszą rozmową zastanawiałam się nad osobami polskiego pochodzenia, które tutaj znam, i jakoś… ja nigdy po prostu nie byłam wciśnięta w polskie środowisko, z którego musiałabym próbować uciekać. Znam tak naprawdę w Nowym Jorku jedną Polkę, Patrycję Noworól, która jest świetną choreografką, i tyle. Niedawno pracowałam z Agnieszką Holland przy serialu „The First”.Ona jest bardzo związana emocjonalnie z Polską, także jeżeli chodzi o politykę i świat filmu. Mnie też zależy, żeby nie stracić kontaktu z krajem, nie tylko ze względu na rodzinę, po prostu chcę wiedzieć, co się dzieje. Ale w moim świecie jeszcze się nie zdarzyło, żebym czuła, że jestem kimś mniejszym, gorszym, bo jestem Polką. Przeciwnie, to mój plus!

Kadr z serialu "Stranger Things" (Fot. Curtis Baker/Netflix/courtesy Everett Collection, East News)

I udaje ci się trzymać rękę na pulsie wydarzeń w kraju?

Dostałam w zeszłym roku obywatelstwo amerykańskie, ale nadal mam obywatelstwo polskie. Czuję się odpowiedzialna za to, co się dzieje w kraju. Jeżeli są wybory, to zawsze głosuję. Jeżeli jest protest pod konsulatem polskim, to zabieram męża i idziemy krzyczeć. Joe (Anderson, nota bene również operator filmowy – przyp. aut.) nauczył się zwrotów typu „wolność, równość, demokracja” i z wielkim oddaniem razem ze mną wykrzykuje wszystkie te Ś i Ć. 

Kiedy pracuję, pozwalam sobie na czytanie gazet raz w tygodniu; jeśli robię to częściej, dostaję szału. Co parę dni dzwonię też do rodziców i zawsze pytam, co tam w polityce. Pierwsze, co zawsze mówią, to: „Aaaa, szkoda gadać!”. Kiedy patrzę na to, co się działo wokół Marszu Kobiet, to myślę jednak, że jest jakiś ruch, że coś jednak się zmieni. Śmieszne jest to, że w zasadzie to samo dzieje się tutaj, w Stanach. Może to nie do końca lustrzane odbicie, ale jest bardzo, bardzo podobnie z tym, co jest tutaj zagrożone i co jest zagrożone w Polsce.

Masz na koncie współpracę z ludźmi, którzy dosłownie sekundę po tym, jak działali z tobą, odnosili gigantyczny sukces. Jeden z pierwszych pełnych metraży Jamesa Franco w roli reżysera, praca z Benhem Zeitlinem tuż przed tym, jak zrobił doceniony w Cannes i na Oscarach film „Bestie z południowych krain”. Jesteś mistrzynią networkingu. Masz dużo pieniędzy, które wkładasz ludziom w kopertach do kieszeni? Jaki jest twój sekret?

Bardzo bym chciała, żeby tak było (śmiech).Jeżeli chodzi o networking, to jest to dla mnie zawsze strasznie frustrujące. Mam coś, co się nazywa face blindness,czyli prozopagnozja – nie rozpoznaję twarzy. Dla mnie wszystkie takie towarzyskie wydarzenia to jest zawsze stres. Boję się, że się rzucę z przytulańcami na kogoś, kogo nigdy nie widziałam, albo że się będę przedstawiać trzeci raz osobie, z którą już pracowałam. Mamy z moim mężem i znajomymi wypracowany system znaków: „Znasz tę panią – znasz tego pana – nie znasz tego pana”. Pomyłki zdarzają się tak czy siak. 

Z trupem Barb z serialu "Stranger Things" (Fot. Archiwum prywatne)

Wiadomo, że networking to część tego biznesu. Wiadomo też, że czasem trzeba pracować i tyle. Nie pracowało się przez kilka miesięcy i pierwszy projekt, który przychodzi, wydaje się lepszy, niż jest – bo jest. Ja mam taką zasadę, że staram się nie robić filmów, które mnie w jakiś sposób obrzydzają czy wobec których jestem obojętna, albo takich, których po prostu nie chciałabym obejrzeć. Staram się szczerze reagować na scenariusze, które dostaję. Na razie, odpukać, jakoś się udaje. Miałam chyba po prostu sporo szczęścia.

Grzechotnik juz bez głowy — Nowy Meksyk z moją asystentką Robyn Mackenzie (Fot. Archiwum prywatne)

Zdarza ci się żałować, że się nie zgodziłaś przyjąć zlecenia?

Chyba nie. Teraz niedługo wchodzi na ekrany kilka filmów, które odrzuciłam. Z zainteresowaniem je obejrzę. Czytałam scenariusze, myślałam o nich i jestem ciekawa, jak inni zrealizowali kostiumy do tych obrazów. Ale nie żałuję. Albo sobie już tak to wmówiłam, że nie pamiętam!

Czasami robisz film, w który wkładasz serce, a on nie dociera na ekran – mimo że spisałaś się na medal. To boli?

Bardzo boli. Ale to jest ten biznes. W zeszłym roku kręciliśmy dla TNT serial „Monsters of God”. Akcja rozgrywała się w drugiej połowie XIX wieku w środowisku kawalerii oraz plemienia Komanczów. Pełen Dziki Zachód. Kręciliśmy w Nowym Meksyku, chyba moim ulubionym miejscu na świecie. Niestety serial nie został wyemitowany. Wydaje mi się, że to czysta kalkulacja – jest przesyt serialami na bazie westernu, pewnie to miało coś z tym wspólnego. Śmieszne, że to były moje najlepsze kostiumy, a nikt ich nigdy nie zobaczy. Przynajmniej wiem, jakie to jest uczucie, przekraczać własne granice. I chcę tego uczucia znowu doświadczyć.

Spotykasz różnych ludzi na różnych etapach ich kariery. Ubierasz kogoś, kogo wcześniej nie znałaś, ale pracowałaś z jego byłą lub przyszłą żoną, dzieckiem, wujkiem. Na przykład Joaquin Phoenix, który gra główną rolę w „Nigdy cię tutaj nie było”, jest obecnie partnerem Rooney Mara, którą ubierałaś sześć lat temu.

To strasznie małe środowisko. Znam pewnych ludzi ze słyszenia, a nagle z nimi pracuję. Bardzo lubię to, że to jest taka „wioska”. Rzadko ktoś bywa naprawdę nieprzyjemny. Po pierwsze nie warto, z ludzkiego punktu widzenia, a po drugie – to się błyskawicznie roznosi. Większość gwiazd, z którymi miałam przyjemność pracować, okazywała się ciepła, ludzka.

Szkice do kostiumów z "Nigdy cię tutaj nie było" (Fot. Archiwum prywatne)

W 2012 Rooney Mara była jedną z wielu początkujących utalentowanych aktorek, dziś jest gwiazdą. Masz czasami tak, że ubierasz kogoś na planie, a intuicja podpowiada ci: „Za trzy, cztery lata ta osoba będzie na topie”?

Tak. To w pewnym sensie można wyczuć. Na przykład Nina Arianda z wydziału aktorskiego na NYU, również ze wschodnio-europejskimi korzeniami, dostała nagrodę Tony za „Wenus w futrze”na Broadwayu zaledwie parę lat po skończeniu szkoły. Robiłam z nią krótki film i sztukę jeszcze na studiach, i było oczywiste, że to jest ktoś, kto mocniej pcha, ciekawie myśli, jest silniej związany ze swoją postacią, pomimo tego, że to było jakieś zwykłe przedstawienie szkolne, nic wielkiego. Zdarzają się takie momenty. Szczególnie z dziećmi! Mają ledwie jedenaście czy dwanaście lat, a jest w nich jakaś taka głębia, która nie wiadomo, skąd się bierze.

Joaquin Phoenix w „Nigdy cię tutaj nie było” (Fot. Materiały prasowe Gutek Film)

Aktorzy często skarżą się na obsesję branży na punkcie młodości. Czy w zawodzie, w którym to nie ty nie jesteś przed kamerą, tylko twoje kostiumy, wiek ma w ogóle znaczenie wiek? Ageizm dotyka także środowisko kostiumografów?

Dobrym przykładem jest Anne Roth, która ma osiemdziesiąt siedem lat i wciąż pracuje. Nadal jest autorytetem, niesamowitą babką, która ma iskrzący umysł i inspiruje młodych reżyserów. Tacy, jak ona, pomagają zmienić ten dyktat młodości. 

Jeśli do mnie przychodzi osoba, która ma powiedzmy pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, a ubiega się o bardzo wstępną pozycję – a to nie jest łatwa praca, tylko bieganie tam i z powrotem – to zawsze martwię się, czy na pewno da radę. Ale jednocześnie to jest coś, co ogromnie szanuję: ktoś, kto całe życie był housewife, albo pracował w całkiem innej branży, nagle mówi sobie: „Koniec, chcę zacząć coś nowego”. To jest to coś niesamowitego i wydaje mi się, że trzeba takich ludzi wspierać. Poza tym, kto wie, co przyniesie przyszłość? Czy ja sama za dwadzieścia lat będę na podobnej pozycji, co dziś, czy może będę chciała zmienić branżę, kto wie?

Aktorzy, kiedy dbają o to, żeby być w formie, spotykają się z różnymi specjalistami, ćwiczą ciało. A jak kostiumograf utrzymuje się w formie?

Ćwiczenia to przede wszystkim oglądanie filmów i bycie na bieżąco z tym, co się dzieje. Strasznie lubię jeździć na festiwale. To jest takie ekscytujące, że ogląda się coś, czego jeszcze nikt nie widział. Poza tym w jednym miejscu są i designerzy, i operatorzy, i reżyserzy. Można właśnie nie tylko obejrzeć to, co zrobili, ale też posłuchać tych Q&A. Do tego muzea, wystawy, zawsze się tam złapie coś nowego, co się gdzieś w przyszłości przyda. No i patrzenie na piękne rzeczy, szukanie ciekawych faktur, kolorów na głazach czy na drzewach, rzeczy, które w jakiś sposób ładują nasze baterie. Sama ta energia może być wykorzystywana później, ale też rzeczy, które się widziało. Żółty mech obok szarego mchu. Można to potem wykorzystać w kostiumie.

Vancouver Island, Kanada (Fot. Archiwum prywatne)

Jak utrwalasz takie momenty?

Na zdjęciach. Dodatkowo robię też notatki. W telefonie, bo niestety gubię wszystkie papierki. No i jeszcze rysowanie, bo jednak zawsze robię szkice do każdego projektu. Kiedy nie pracuję, czyli nie rysuję przez kilka miesięcy, to koordynacja oko – ręka troszkę rdzewieje. Staram się chodzić choćby na ćwiczenia z aktu, żeby te połączenia jednak działały. Na ogół zaczyna się od szybkich póz, takich 30-sekundowych. Rysując tak szybko się nie myśli. Widzi się tylko modelkę i papier, poza ręką nie ma nic. To jest super i staram się to robić częściej niż kiedyś, bo odkryłam, że po prostu bardzo dużo mi to daje emocjonalnie. To jest jak terapia.

Oaxaca, Meksyk — wełna barwiona naturalnymi metodami (Fot. Archiwum prywatne)

W ciągu ostatniego roku wydarzyło się w amerykańskim przemyśle filmowym wiele ważnych rzeczy. Zaczęło się głośno mówić o problemach, które niszczą branżę od dekad. Na liście osób, które miały mieć na sumieniu niewłaściwe zachowania wobec kobiet byli ludzie, z którymi współpracowałaś, między innymi nagrodzony Oscarem Casey Affleck. Jak ty do tego podchodzisz, dobierając współpracowników? Liczy się tylko sumienie? Czy jednak trochę wyrachowanie? Trzeba uważać, żeby nie zniszczyć sobie kariery?

Z Casey’em pracowałam przy „Ain’t Them Bodies Saints”.To było już po wybuchu związanego z nim skandalu (W 2010 roku Affleck, wówczas żonaty z siostrą Joaquina Phoenixa, wyreżyserował film „Joaquin Phoenix. Jestem, jaki jestem”; dwie z pracujących z nim kobiet oświadczyły wówczas, że aktor okazywał im „niechciane i nachalne zainteresowanie”; sytuacja zakończyła się podpisaniem ugody – przyp. red.). Byliśmy z moją drużyną świadomi, że to jest osoba, która ma za sobą coś, co teoretycznie mogłoby wpłynąć na naszą współpracę. Trudno uwierzyć, że coś takiego mogło się stać. Niedawno ta sprawa wyszła na światło dzienne ponownie, akurat w momencie, kiedy znowu razem pracowaliśmy. To jest strasznie ciężki temat, bo znam Casey’a osobiście, bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Ciężko mi powiedzieć, gdzie leży prawda, jak to było. Zastanawiam się, czy film „Light of my Life”, który robiliśmy w zeszłym roku, kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Jeśli nie – zrozumiem, dlaczego. Nie wiem, czy to nie był błąd, że Casey zrezygnował z udziału w ostatnich Oscarach, że nie stanął przed publicznością, przed widzami i czegoś nie powiedział. Chyba że nie miał nic do powiedzenia. Tak samo było z…

Jamesem Franco?

Nie, Franco to była późniejsza sprawa, ale…

Sean Penn?

Nate Parker. Taka sama sytuacja, nawet gorsza. Wyciągnięta sprawa sprzed lat bardzo wpłynęła na film Nate’a (mowa o „Narodzinach narodu” – przyp. red.). Nate zrobił piękny film, który w zasadzie…

…zniknął.

Nikt go nie widział. No i wreszcie Franco. Ja nigdy nie doświadczyłam ze strony żadnego z nich jakiegoś niepokojącego traktowania. Jeśli chodzi o Jamesa, to mnie się z nim dobrze współpracuje, wszystkich traktuje na równi. Ale co się dzieje za zamkniętymi drzwiami? Nie wiem. Na pewno dobrze, że wreszcie dzieje się coś, co sprawia, że agresorzy będą skłonni pomyśleć dwa razy, zanim zrobią coś głupiego. I dobrze, że skrzywdzone kobiety przestają się wstydzić i chować, że społeczeństwo przestaje im wmawiać, że to ich wina, że „same sobie na to zasłużyły”.

Małgorzata Turzańska (Fot. Archiwum prywatne)

Przyglądasz się propozycjom rozwiązań, jak zapobiegać takim sytuacjom? Jak to wygląda z waszej strony, na planie?

Przed początkiem zdjęć organizowane są teraz spotkania z całą ekipą, gdzie podawane są informacje o tym, co należy zrobić i do kogo się zgłosić, jeśli przyjdzie do nas asystentka czy kostiumerka i powie, że coś się stało. Dostajemy także instrukcje co robić, jeżeli osobą wskazaną jako agresor jest na przykład producent. To jest strasznie ciężki temat. Mam oczy i uszy szeroko otwarte, żeby mojej drużynie nic się nie stało, żeby nikt się nie czuł zahukany czy niewysłuchany. 

Odczuwasz jakiekolwiek skutki dyskryminacji ze względu na płeć?

W moim środowisku jest bardzo mało kostiumografów-mężczyzn, więc w tym sensie kostiumografki nie muszą walczyć o swoje. Natomiast, jeżeli chodzi na przykład o równość płacy, to już jest inaczej. Często jesteśmy proszone na przykład o pracę za darmo w weekendy. Wydaje mi się, że od mężczyzn jest to oczekiwane dużo rzadziej. Łatwiej się na pewne rzeczy zgadzamy, to niedobre. Walczenie o godną płacę dla moich koleżanek, współpracownic, dla mnie – to jest aktualnie bardzo dla mnie ważne.

 

Anna Tatarska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
X Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.