Znaleziono 0 artykułów
15.03.2019

„High Life”: W kosmicznej otchłani

15.03.2019
Robert Pattinson (Fot. materiały prasowe)

W swoim nowym filmie jedna z mistrzyń kina europejskiego, Claire Denis, zastanawia się nad naturą zła, rolą tabu i chaosem emocji. W „High Life”, z Agatą Buzek w jednej z ról, elementy dystopijnego science fiction mieszają się z kinem społecznym, a body horror z erotykiem. Dla niektórych ta eklektyczna mieszanka będzie niestrawna. Innych wystrzeli w kinofilski kosmos.

Choć akcja filmu rozgrywa się w zamkniętej przestrzeni statku kosmicznego, a nad każdą minutą życia bohaterów (przynajmniej do pewnego momentu) czuwa doktor Dibs (Juliette Binoche), to najsilniejszym żywiołem jest tu chaos. Niepowstrzymany, od zawsze igrający z ludzkim losem. Wyczuwalny w pulsującym płynami ustrojowymi, wiedzionym namiętnościami i instynktami ludzkim ciele. Niepowstrzymany, pierwotny pęd jest powodem, dla którego załoganci w ogóle znaleźli się na statku. Monte (Robert Pattinson), Boyse (Mia Goth), Chandra (Lars Eidinger) i Nansen (Agata Buzek) trafili tam za swoje dawne, popełnione w chwilach utraty chłodnego osądu grzechy lub występki, które zostały uznane za wykroczenie przez ziemskie struktury społeczne. Przypadkowość jest jednocześnie tym, co Dibs próbuje wyrugować, prowadząc eksperymenty w swoim kosmicznym laboratorium. Głównym ich celem jest wyprodukowanie nowych, wyjętych z wszelkich ziemskich kontekstów jednostek. Pewna porcja chaosu definiuje także sposób budowania narracji w „High Life”. Kolejne wątki wprowadzane są według nielinearnej chronologii, retrospektywy nie zawsze podlegają czytelnemu kluczowi. Ważniejsze niż laboratoryjnie czysta forma są tu zmysły, kolory, dźwięki. Ta warstwa filmu najsilniej łączy się z podświadomością widza, uwodzi go, przyspiesza krwiobieg, niekiedy wpuszcza pod skórę niepokój.

Juliette Binoche (Fot. materiały prasowe) 

– Ten film powstawał blisko dziesięć lat, z czego sześć trwało zbieranie funduszy i zabezpieczanie lokacji. Sceny plenerowe miały pierwotnie powstawać w Anglii, potem w USA, ostatecznie nakręciliśmy je w Polsce, bo wasz kraj to jeden z koproducentów. To wszystko trwało. Mieliśmy mały budżet – mówi bez ogródek twórczyni. Mam przekonanie, że w pewnym sensie ograniczone środki finansowe się „High Life” przysłużyły. Zachowany został duch kina niezależnego, dzięki któremu nie zapominamy o tym, że kosmos nie jest tu celem, lecz metaforą, narzędziem. Bezkres przestrzeni, w której panicznie wirują metalowe, przypominające kontenery statki, stoi w twardej opozycji do ograniczenia wymiaru czasowego. – Chcemy istnieć wiecznie, ale jednocześnie wiemy, że to niemożliwe. Koniec to nie kwestia „czy”, lecz „kiedy” – mówi na początku naszego spotkania w Toronto Denis.  – W ich sytuacji nie ma ucieczki innej niż śmierć.

Agata Buzek (Fot. materiały prasowe)

Wizja kosmicznej przestrzeni, jaką proponują scenografowie Ólafur Eliasson, François-Renaud Labarthe i Mela Melak, zawiera silnie wyczuwalny element estetyki lat siedemdziesiątych. Zarówno kolory, jak i faktury – chropowate, porowate, niemal dające wrażenie temperatury – mają w sobie jakąś ziemską namacalność, która często gubi się w wygenerowanych komputerowo, lśniących wizjach robotycznej przyszłości. Z tym kluczem korespondują też kostiumy stałej współpracowniczki Denis, Judy Shrewsbury. Organiczne tkaniny, len i płótno w kolorach ziemi, współgrają z nieco archaicznie wyglądającym osprzętem astronautów, jaki wdziewają załoganci, ilekroć przychodzi pora naprawić kolejną usterkę w coraz bardziej sypiącym się statku. „High Life” to science fiction w wersji vintage. Ale tematy, których dotyka Denis, w żadnym stopniu nie są anachroniczne.

Pattinson i Mia Goth (Fot. materiały prasowe)
Robert Pattinson z dzieckiem (Fot. materiały prasowe)

Na planie Francuzka zebrała międzynarodową ekipę, językiem wyboru na ekranie także jest angielski. – Mój angielski nie jest świetny – mówi z silnym akcentem Denis. – Ale zdjęcia powstawały w Niemczech i Polsce, ekipa i aktorzy pochodzili z różnych zakątków świata. Wszyscy komunikowali się po angielsku ze swoimi lokalnymi akcentami. Po jakimś czasie zapomina się o tej barierze. Gdybym musiała pracować z ekipą, której sama nie wybrałam, pewnie byłoby inaczej. Ale film tworzyłam wraz z ludźmi, z którymi chciałam się komunikować. Zaufanie to dla mnie absolutna podstawa współpracy z moimi aktorami. Bez niego przestałabym pracować. Po tylu latach pracy wciąż nie wiem, co dokładnie decyduje o tym, że dwoje ludzi wie, że może się czuć ze sobą swobodnie. Ale wiem, że to coś głębszego niż „iskra” czy „kliknięcie” – dodaje.

Agata Buzek (Fot. materiały prasowe)

Dlaczego zdecydowała się dać bohaterom amerykańskie obywatelstwo? – Przygotowując się do zdjęć, odwiedziłam dwa centra kosmiczne. W tych miejscach mówi się po angielsku lub po rosyjsku, wkrótce pewnie także po chińsku. Statek francuskojęzyczny? To byłoby nierealistyczne. Ale to nie był jedyny powód. Na ziemską ojczyznę bohaterów wybrałam Amerykę, bo to kraj, w którym istnieje kara śmierci. Nie wyobrażam sobie, żeby podobny scenariusz mógł mieć miejsce, gdyby bohaterowie byli Francuzami. Nie chodzi o to, że jesteśmy lepsi czy bardziej moralni. Po prostu ten jeden zapis prawny zmienia wszystko, całą mentalność obywateli – opowiada.

Juliette Binoche (Fot. materiały prasowe)

W „High Life” uważny widz odnajdzie wynikającą z tej mentalności brutalność. Poczucie moralnego prawa do decydowania o losach innych ludzi, a także seksualne drapieżnictwo, które, choć odwzorowuje na pewnym poziomie opresyjne ziemskie schematy, pozostaje bezpłciowe. Na ekranie zdarzają się próby przemocy mężczyzn wobec kobiet, ale najpotężniejszą agresorką, uderzającą w obie płci, pozostaje doktor Dibs, kosmiczny kapo. Postać czerpie z fantazji o seksownej naukowczyni w kitlu, ale też sięga do skojarzeń z wiedźmami, podbija element fizjologicznej, bezkompromisowej kobiecej seksualności. – Pamiętam, że kiedy lata temu spotkałam Beatrice Dalle i Vincenta Gallo [którzy zagrali w „Głodzie miłości” – przyp. red.], miałam takie poczucie, że oni są zwierzęco zmysłowi, głodni. Tu wymyśliłam tę bohaterkę taką. Byłyśmy z Juliette dopiero co po zdjęciach do „Isabelle i mężczyźni”, chciałyśmy wskoczyć w całkiem nową przestrzeń – mówi Denis. Dibs codziennie gładko spina długie włosy. Podczas zapadającej w pamięć, odważnej sceny samodzielnego seksu pukle rozwijają się niczym macki i oblepiają spocone ciało mocującej się z potężnym dildo bohaterki. Niczym u Samsona podkreślają (omni)potencję kobiety.

Pattinson z dzieckiem (Fot. materiały prasowe)

Przez istotną część filmu ekran pachnie fizjologią, seksem, chucią. – Myślałam o przestrzeni filmowej przede wszystkim jak o więzieniu. Za kratami obsesjami są masturbacja i seks. Statek kosmiczny to takie więzienie o zaostrzonym rygorze. Od astronautów, z którymi rozmawiałam, wiedziałam, że po jakimś czasie, mniej więcej tygodniu-dwóch, zaczynają rozpoznawać się wzajemnie po zapachu. Podobnie dzieje się w innych zamkniętych przestrzeniach, na przykład łodziach podwodnych. Zmysły wchodzą na jakiś inny, bardziej instynktowny poziom, wyostrzają się. W kosmosie dochodzi jeszcze jeden aspekt. Wydzieliny, które zwykle jesteśmy w stanie od siebie odsunąć, udać, że ich nie ma, nagle stają się częścią obiegu zamkniętego. Siki, gówno – nie można ich po prostu spuścić w toalecie, trzeba je przetworzyć. Nagle to, co brudne, skalane, wstydliwe, cyrkuluje gdzieś obok – opowiada. W efekcie upada jedno z najsilniejszych tabu. – Pij swoje siki, jedz swoje gówno – pobyt na tej kosmicznej misji przebiega według dyktatury zaawansowanego recyklingu. Umożliwia on załogantom przeżycie, ale też wywraca obowiązujące na Ziemi tabu – dodaje reżyserka.

Pattinson (Fot. materiały prasowe)

Temat tabu jest tu centralny, a Denis przygląda mu się ze wszystkich stron. W wyniku rozmaitych perturbacji na pokładzie grany przez Pattinsona Monte zostaje jedynym opiekunem maleńkiej, poczętej w przestworzach dziewczynki. W najbardziej klimatycznych scenach filmu obserwujemy tych dwoje w rozmaitych sytuacjach, np. gdy Monte śpiewa maleńkiej dziewczynce kołysankę złożoną tylko z jednego słowa: tabu. Ojciec i córka. Uczą się żyć ze sobą na nowo. Ale w ich drodze nic nie jest zwyczajne, bo nie może być. Cztery ściany nie staną się mniej ciasne, dryfujący w niebyt statek nie zbliży się do Ziemi. Za jakiś czas Willow stanie się kobietą, a w jej życiu będzie tylko jeden mężczyzna – jej ojciec. Co się wtedy stanie?

Denis nie ma wątpliwości. – Kiedy ona go pyta: „Czy jestem piękna?”, a on mówi: „Jesteś wyjątkowa, kocham to w tobie” – to flirt. Oni już dotykają się jak kochankowie. Nie mam wątpliwości, że kulturowe granice nie będą tu miały racji bytu – mówi Denis. Francuzka nie uważa się jednak za skandalistkę. – To, że artysta dotyka tematu tabu, nie oznacza, że nie uznaje sensu jego istnienia. Gdy Courbet malował kobietę z odsłoniętym łonem, wiedział, co robi. Tabu to część aktu tworzenia. Coś namacalnego. Bariera, która nadaje naszemu życiu strukturę. W życiu ograniczenie, ale dla artysty – czy to pisarza, czy malarza, czy filmowca – wdzięczne tworzywo – puentuje.

Anna Tatarska
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. „High Life”: W kosmicznej otchłani
Proszę czekać..
Zamknij