Znaleziono 0 artykułów
12.12.2019

Historia jednego zdjęcia: Gwiazdy „Dziennika Bridget Jones” na premierze w 2001 roku

Colin Firth, Renée Zellweger i Hugh Grant (Fot. Getty Images)

Gdy 4 kwietnia 2001 roku Hugh Grant, Renée Zellweger i Colin Firth pozowali fotoreporterom na czerwonym dywanie przed londyńskim kinem Empire, powieść Helen Fielding, na której podstawie powstał ich film, była już bestsellerem. Ale chyba nikt się nie spodziewał, że komedia o zagubionej trzydziestolatce stanie się jednym z najważniejszych filmów początku wieku.

Gdy usłyszałem Renée mówiącą ze swoim prawdziwym teksańskim akcentem, nie mogłem uwierzyć, że to ona. Znałem ją tylko jako Brytyjkę Bridget – śmiał się Colin Firth w 2016 roku na premierze trzeciej części sagi o londyńskiej singielce. Nie tylko filmowy Mark Darcy w pełni utożsamił Zellweger z Jones. Brytyjczycy na początku oburzali się, że ich literacką idolkę z wydanego w 1996 roku „Dziennika Bridget Jones” ma zagrać Amerykanka, i to z Południa Stanów, ale gdy zobaczyli na ekranie metamorfozę aktorki, zapomnieli o uprzedzeniach. Producenci uznali, że typowana do roli Kate Winslet jest za młoda, a Toni Collette, która spełniała kryteria, miała inne zobowiązania.

Wiotka Renée, rówieśniczka 32-letniej Jones, dla roli, która przyniosła jej nominację do Oscara (statuetkę dostała trzy lata później za „Wzgórze nadziei”), przytyła kilkanaście kilogramów, nauczyła się akcentu i zaczęła żyć tak jak jej bohaterka. Pracując nad filmem, zatrudniła się nawet w wydawnictwie Picador podobnym do filmowego Pemberley Press jako „Bridget Cavendish”. Ku uciesze współpracowników, odnoszących się do Amerykanki z ciepłym sarkazmem, trzymała na biurku ramkę ze zdjęciem ówczesnego ukochanego, Jima Carreya. Odmówiła tylko palenia papierosów. Bridget skrzętnie notuje w swoim dzienniku, ile razy uległa danego dnia temu zgubnemu nałogowi, ale aktorka nie zamierzała iść w jej ślady.

„Dziennik Bridget Jones” choć nie jest filmem stricte świątecznym, najchętniej oglądamy go właśnie w okolicach gwiazdki. Czemu zawdzięcza swój urok? Z bohaterką – zagubioną, niedoskonałą, walczącą z wagą, uzależnieniami i rozhuśtanymi emocjami – łatwo się identyfikować. Nie tylko jej rówieśniczkom i nie tylko na przełomie mileniów. Jest i trójkąt miłosny – oś wielu wielkich fabuł. A amanci zabiegający o względy Bridget, nie dość, że bardziej od niej wyrafinowani, to jeszcze dżentelmeńscy w odpowiednio staroświecki sposób. Noszą drogie garnitury, mają prestiżowe prace, zakochali się po uszy w dziewczynie takiej jak my. Hugh Grant i Colin Firth (c0 ciekawe, obaj pojawili się z imienia i nazwiska w powieści Fielding), którzy potem spotkali się na ekranie jeszcze w „To właśnie miłość”, niemal 20 lat później wciąż należą do najbardziej pożądanych angielskich aktorów.

Firth wspominał po latach, że nigdy nie śmiał się tak szczerze jak na planie „Dziennika”. Zwłaszcza przy okazji kręcenia sceny bójki do dźwięków „It’s Raining Men” w interpretacji Geri Halliwell. Antagoniści i dawni przyjaciele nie pojedynkują się profesjonalnie. Okładają się pięściami, kopią i tańczą wokół siebie w pijanym widzie. – To nie wymyślona choreografia, tylko totalny spontan. Odmówiliśmy współpracy z kaskaderami – wspominał Firth.

Przełamanie schematów, ironiczne spojrzenie na bohaterów, odbrązowienie filmowej love story to kolejne cechy „Bridget Jones”, czyniące obraz z 2001 roku jedną z najmniej lukrowanych komedii romantycznych wszech czasów. Pocztówkowy Londyn z ekranu też nie przeszkadza, zwłaszcza Amerykanom, którzy lubują się w sielskich obrazkach sugerujących, że Europa jest jedną wielką, przesłodzoną prowincją.

Dziś Zellweger znów ma szansę na Oscara. Tym razem za rolę Judy Garland, nieszczęśliwej, choć wybitnie utalentowanej amerykańskiej aktorki. Sama Renée, tak jak Bridget, z którą do dziś czuje się silnie związana, o czym chętnie mówiła przy okazji „Bridget Jones 3”, odnalazła szczęście w miłości. Jej wybrankiem jest bluesman Doyle Bramhall II, który gra z Erikiem Claptonem. Pan idealny, Colin Firth, jeszcze zanim został Markiem Darcym, poślubił swoją wielką miłość – Livię. Trwające od ponad dwóch dekad małżeństwo jest jednym z najszczęśliwszych w Hollywood. Hugh Grant, którego filmowy Daniel Cleaver był związkofobem, rok temu się ożenił. W tym roku zagości w brytyjskich domach nie tylko w „Dzienniku” i „To właśnie miłość". Grant tak jak premier ze świątecznego filmu chodzi od drzwi do drzwi, by zniechęcać Brytyjczyków do Borisa Johnsona i brexitu.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę