Znaleziono 0 artykułów
31.07.2021

It’s a match: Na Tinderze po czterdziestce

Fot. Ilustracja: Pola Augustynowicz

Jeśli marzec 2020 miał być dla wielu końcem świata, dla mnie okazał się otrzeźwieniem. Wizja śmierci z powodu tajemniczego wirusa albo głodu w wyniku zapaści gospodarczej zamiast wpędzać w psychozę wyzwoliła we mnie wewnętrzne siły.

Poczułam, że jestem głęboko rozczarowana życiem, które wiodę, zadowalając głównie innych. Od ośmiu lat żona, która nie walczy już o troskę, czułość i uwagę, tylko stara się poskromić oczekiwania. Od dekady pracowniczka, której wielozadaniowość i nadgodziny są równie oczywiste, co spóźnione przelewy i brak umowy o pracę. Miałam 41 lat i odważyłam się powiedzieć głośno: pomyliłam się, chcę zacząć wszystko od początku.

Mąż bez większych protestów wyprowadził się do wynajętego mieszkania dwie przecznice obok. Był obrażony, chyba myślał, że kiedy zniknie, poczuję pustkę i złagodnieję. Nie poczułam. W pracy zaryzykowałam i namówiłam klienta, którego obsługiwałam z ramienia firmy, żeby zatrudnił mnie bezpośrednio. Opłaciło się, mogłam liczyć na wyższą pensję, elastyczne godziny i pracę pod własnym szyldem. Czułam, że wracam do życia.

A pandemiczne lato, które wybuchło światłem, kwiatami i poluzowaniem restrykcji, było jak powrót do czasów studiów. Przyjaciele, imprezy, wyjazdy. Byłam królową życia, a atmosferę podkręcała lekka ekscytacja tym, co może się jeszcze wydarzyć.

Tinder: Trudna lekcja randkowania po czterdziestce

Wciąż byłam bardzo zaabsorbowana wizją nowej siebie. Kim chcę być? Jak chcę żyć? W głowie zaświtała mi myśl o romansie. Nie potrzebowałam królewicza, który mnie uratuje, ani kandydata na męża. Tęskniłam za spojrzeniami, dotykiem, męską energią. Może trochę też o filmowych randkach w drogich restauracjach, do których zakłada się najlepsze sukienki. Był tylko jeden problem – nie pamiętałam nawet, jak to jest pójść z chłopakiem na kawę. Nie umiałam randkować.

Od czasu podstawówki zawsze kręcili się wokół mnie chłopcy. A ja bez większego problemu wybierałam któregoś i mianowałam swoim chłopakiem. W pierwszy ważny związek weszłam w wieku 17 lat. Relacja przetrwała maturę, studia i pierwszą pracę, czyli osiem kluczowych lat, w trakcie których moje koleżanki szalały na imprezach, łamały serca sobie i innym, rzeźbiły w najdrobniejszych szczegółach swój kobiecy wzorzec.

Kiedy związek się wypalił, znów szybko weszłam w relację, znów stabilną i długą. A teraz, po czterdziestce, założyłam Tindera, żeby poczuć, jak to jest być nastolatką.

Od początku było intensywnie. Dostawałam głównie dwa rodzaje wiadomości – zaczepki, które miały sprawdzić, czy jestem otwarta na szybki seks bez zobowiązań, i mniej lub bardziej bezpośrednie pytania o to, kim jestem i czego szukam. Na te odpisywałam. Po tygodniu umówiłam się z chłopakiem, który wirtualnie zawrócił mi głowie – mnóstwo wiadomości, dobre zdjęcia, podobne zainteresowania. Na żywo okazał się znerwicowany albo pobudzony narkotykami. Rozmowa przypominała bardziej autoprezentację, po której oczekiwał, że rzucę mu się na szyję. Wróciłam do domu, nie dowierzając, że mogłam zadurzyć się za pośrednictwem sieci.

Kolejny – interesujący, z pozycją i klasą, zaprosił mnie na kawę, za którą musiałam sama zapłacić. Mówił tylko o sobie i doświadczeniach randek z aplikacji. Po 20 minutach chciałam uciekać, po godzinie zrobiłam to, nie przepraszając. Takich sytuacji było jeszcze kilka. I im więcej czasu spędzałam w aplikacji, tym mocniej odczuwałam pustkę i jałowość.

Aż pojawił się Łukasz.

Romans z Tindera. Jak można się tak pomylić?

Bardziej charakterystyczny niż przystojny, ale z dobrą pracą i poczuciem humoru. Po pierwszej randce nie byłam przekonana. Miał za sobą dwa rozwody i dziecko, ale wydawał się dojrzały. Imponował mi obraz ciepłego, odpowiedzialnego ojca, dałam mu szansę.
Szybko złapałam się na tym, że uśmiecham się, kiedy przychodzi SMS, i wzruszam, kiedy przysyła zdjęcia talerza ze śniadaniem. Lubiłam jego opiekuńczość. Gotował dla mnie kolacje i wymyślał miejsce na weekendowe wypady. Dbał o mnie w łóżku.

Po sześciu tygodniach sielanki temperatura zaczęła gwałtownie spadać – zamiast tysiąca wiadomości w ciągu dnia jedno lakoniczne zdanie. Nieodebrane telefony, mgliste plany na kolejne spotkanie. Zbliżało się Boże Narodzenie, myślałam więc, że chodzi o presję świąt i przeciążenie pracą. Ale niepokój ściskał mi żołądek i gardło. Zapytałam w SMS-ie: „Czy wszystko w porządku?”. Kiedy milczał przez dobę, wysłałam zdanie, które zrzuciło na mnie całą odpowiedzialność: „Nie chcę już, żebyś kiedykolwiek się do mnie odzywał”. Byłam dumna i chciałam kary. A on naprawdę się nie odezwał.

Wrzucał za to na Instagram zdjęcia z rodzinnych świąt. Każda fotka przeszywała mi serce na wylot. Nigdy w życiu nie czułam się tak naiwna i wykorzystana. Zablokowałam go w mediach społecznościowych, zjadłam wszystko, co zamówiłam na świąteczny obiad, który mieliśmy zjeść razem, i czekałam, aż czas zacznie leczyć rany.

Z perspektywy miesięcy myślę, że to było dobre doświadczenie. Sprawiło, że otworzyłam się na przygody. Zaczęłam pracę nad sobą. Zapisałam się na pilates, bo zawsze chciałam być dumna z własnego ciała, przeczytałam „Książkę o miłości” Olgi Drendy i Małgorzaty Halber, którą wcisnęła mi przyjaciółka, i chociaż w telefonie cały czas pikał Tinder, zaczęłam rozglądać się dookoła.

Tinderowe romanse, czyli Samantha Jones w Warszawie

Współpracowaliśmy od lat i od początku czułam zainteresowanie w jego spojrzeniu. Jednak Mateusz był żonaty, miał przybrane dzieci i wydawał się bardzo przywiązany do rodziny. Aż zaczęliśmy pracę nad wspólnym projektem. Rozmowy na przerwie przy kawie były trochę za długie. Spojrzenie w oczy zbyt mocne. Napięcie rosło, a ja tęskniąc za euforią sprzed kilku miesięcy, umiałam sobie tego zabronić. Zresztą, grałam czysto – nie miałam żadnych zobowiązań, to on łamał przysięgę. – Jesteśmy dorośli. Każdy odpowiada za siebie – powiedziałam przyjaciółce, a ona odparła: – Tylko niczego sobie nie obiecuj.

Kiedy pierwszy raz poszliśmy do łóżka, poczułam euforię, a zaraz potem wielki smutek, bo przecież zaraz musiał wracać do domu. Kiedy przez następne dni, akurat był długi weekend, ograniczał się tylko do SMS-ów, moje poczucie wartości obróciło się w pył. Chciałam nakarmić się czyjąś uwagą, zająć czymś głowę, poczuć, że znów zależę tylko od siebie. Sięgnęłam po Tindera.

Tym razem zaproszenie na seks nie było już obraźliwe. Wybrałam najładniejszego i najciekawszego ze zbioru mężczyzn, których kolekcjonowałam sobie od miesięcy. Był zaskoczony, ale zainteresowany. Zaprosił mnie. Miłosz był dużo młodszy, ale czuły i uważny, ja zaskoczyłam samą siebie inicjatywą i pewnością siebie.

Znów stałam twardo na ziemi.

W poniedziałek w pracy byłam spokojna i uśmiechnięta. A Mateusz musiał odetchnąć z ulgą, choć dalej czułam jego spojrzenie. Wiedziałam, że to, co się między nami wydarzyło, to dopiero początek, i miałam ochotę wejść w tę grę.

Czułam się silna i decyzyjna. Nie poznawałam siebie, kiedy wpraszałam się z winem na wieczór do Miłosza albo jednym zdaniem „dziś mam plany” doprowadzałam do rozpaczy Mateusza. Byłam Samanthą Jones w Warszawie. Tylko czasem budziłam się w niedzielny poranek z poczuciem przygniatającej pustki i osamotnienia.

Smutki rozwiewałam telefonem do przyjaciółki albo pikantnymi SMS-ami do któregoś z kochanków. Byłam zdumiona swoją efektywnością, od razu odzyskiwałam ich uwagę. Po kilku tygodniach Miłosz zaczął wspominać coś o wakacjach, a Mateusz zasugerował wspólny weekend. Wiedziałam oczywiście, że długo nie dam rady funkcjonować w ten sposób. Zabraknie mi czasu i energii, będę musiała podjąć decyzję.

Na razie nie potrafiłam. Stałam się zakładniczką własnego eksperymentu.

Czego uczą romanse

Aż nagle zorientowałam się, że nie mam węchu i smaku. Polizałam cytrynę i nie czułam nic. Na szczęście COVID przeszłam łagodnie – dwa tygodnie w domowej izolacji z paracetamolem i jedzeniem podrzucanym na wycieraczkę przez mamę. Miłosz i Mateusz co prawda pytali, jak się czuję i czy coś podrzucić, ale nigdy się nie składało. Pracowali do późna i nie mieli po drodze. Może ja też nie umiałam ich prosić o pomoc, za bardzo imponowała mi własna niezależność.

Jednak uzmysłowienie sobie, że mężczyźni, w których zainwestowałam tyle czasu i uwagi, w rzeczywistości nie istnieją w moim życiu, że w gruncie rzeczy jestem sama, było miażdżące.

Zaczęły się kolejne covidowe wakacje, a ja zapisałam się na terapię. Raz w tygodniu przez godzinę mówię tylko o sobie i swoich bardziej lub mniej wyimaginowanych problemach. Właściwie wszystkie dotyczą mężczyzn – ojca, brata, byłego męża, obu kochanków.

Nie zerwałam z nimi. Rozluźniłam te romanse na tyle, by odzyskać siebie, ale wciąż pozwalam im się tlić. Pożegnanie to kwestia czasu. Dojrzewam do tego, żeby powiedzieć głośno: „Tak, szukam męża, kogoś na życie”.

Jestem po czterdziestce, rozwodzie i kilku znaczących przygodach. Niczego nie żałuję. Czuję się nową osobą, może wreszcie gotową na to, żeby budować.

 

 

Marta Szwarc
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę