Znaleziono 0 artykułów
06.06.2020

Jacek Dehnel: Dyskusje z hejterami to moja guilty pleasure

(Fot. Kuba Dąbrowski)

W Warszawie, gdy trzymamy się z mężem za ręce, odbieramy fochy od przechodniów – miny, mamrotane pod nosem obelgi, czasem wrzaski. To, co jest naturalnym, czułym odruchem, zostaje wtłoczone w jakąś konfrontację i demonstrację – opowiada pięciokrotnie nominowany do Nike pisarz i osobowość internetowa. Angażuje się w sprawy społeczności LGBTQ+, bo – jak mówi – ma etyczny obowiązek mówić w imieniu wszystkich, którzy są w mniej komfortowej niż on sytuacji.

Pamiętasz swoją pierwszą Paradę Równości?

Prawdę mówiąc niezbyt. One mi się wszystkie zlewają w pamięci: na ogół jest ciepło i idzie się w tłumie ludzi, którzy wbrew mokrym snom prawicy nie są nago, tylko ubrani w zwykłe T-shirty i dżinsy, czasem z jakimś akcentem tęczowym. Tu i ówdzie ktoś jest bardziej przebrany, gra muzyka, coś się skanduje. Zupełnie inny był ubiegłoroczny Białystok, wiadomo, i tego raczej nie zapomnę.

Na ostatniej paradzie w Warszawie zwróciłem uwagi na nastolatki. To była dla nich kompletna burza endorfinowa. Nareszcie doświadczyli przestrzeni wolności, nieskrępowania, świadomości, że jeśli idzie ulicą stolicy tych kilkadziesiąt tysięcy ludzi, to są bezpieczni i mogą być sobą. Ja w ich wieku nie mogłem tego doświadczyć. Trochę zazdroszczę im przynajmniej tego jednego dnia urlopu raz do roku. Dlatego takie ważne jest, że marsze równości idą przez coraz więcej polskich miast.

W Berlinie łatwiej niż w Warszawie jest żyć swoim życiem?

Do Berlina przyjechaliśmy z 10 dni przed zamknięciem granic, więc nasze życie tutaj jest bardzo nieswoje, bo pandemiczne. Mało korzystamy z miasta. Ale na przykład częściej chodzimy z mężem [tłumaczem i historykiem Piotrem Tarczyńskim – przyp. red.] za rękę, bo po prostu ma to zupełnie inne znaczenie: trzymamy się za ręce, bo mamy na to ochotę, bo lubimy czuć dotyk ukochanej osoby. Jest to najbardziej naturalne pod słońcem. W Polsce musimy mieć oczy dookoła głowy, czy nikt nie leci agresją, odbieramy fochy od niektórych przechodniów, cały ten oburz – miny, mamrotane pod nosem obelgi, czasem wrzaski. To, co jest naturalnym, czułym odruchem, zostaje wtłoczone w jakąś konfrontację i demonstrację. Czasem oczywiście chodzimy za rękę w Warszawie, ale jest to raczej męczące niż przyjemne.

Co się zmieniło w Warszawie, w Polsce, na świecie w sytuacji społeczności LGBTQ, odkąd ty się wyoutowałeś?

Od mojego coming outu minie niedługo ćwierć wieku. Na świecie to jest epoka. W wielu krajach zalegalizowano związki partnerskie lub równość małżeńską, zmieniła się liczba odniesień w kulturze wysokiej i masowej, liczba wyoutowanych figur.

Moje pokolenie było zostawione samemu sobie. W moim liceum nikt nie był wyoutowany. Sam przechodziłem wtedy całą jazdę obowiązkową: Rimbaud, Mann, Visconti, Beardsley, Wilde, Iwaszkiewicz, Proust i tak dalej. Pierwszą scenę gejowskiego seksu widziałem chyba w „Całkowitym zaćmieniu” Agnieszki Holland, kiedy miałem 15 lat. To były rzeczy rzadkie, trudne do znalezienia, czasem odkrywane przypadkiem. O tym, że kolega, którym byłem zauroczony w pierwszej klasie, też jest gejem, dowiedziałem się dopiero po studiach. Kiedy po latach jako pan pisarz odwiedzałem moje V LO w Gdańsku Oliwie, to była tam ujawniona para. Owszem, zdarzały się jakieś tarcia z młodymi fundamentalistami religijnymi, ale klasa chroniła tych chłopaków, stawała po ich stronie.

(Fot. Kuba Dąbrowski)

Społecznie zmieniło się dużo. Dzięki dekadom pracy tysięcy ludzi, dzięki ich odwadze i zaangażowaniu jest akceptacja dla ustawy o związkach partnerskich, coraz więcej marszów równości, dostrzegalne zmiany postaw. Natomiast prawnie praktycznie nic się nie zmieniło, poza zakazem dyskryminacji ze względu na orientację w kodeksie pracy. Nie ma progresu nie tylko od lat 90., ale od głębokiego PRL. Przecież akcja „Hiacynt” nie opierała się na legalnej dyskryminacji, ona była „bez żadnego trybu”. Nasza klasa polityczna bijąca pokłony przed biskupami od lat jest zacofana znacznie bardziej niż społeczeństwo.

Jak wyglądał twój coming out?

Nie ma jednego coming outu. Wychodzi się po troszeczku: przed przyjaciółmi, rodziną bliską, dalszą, znajomymi, obcymi. Moje coming outy były bardzo różne, z reguły pozytywne. Oprócz jednego, być może najważniejszego, ale to nie jest sprawa na wywiad.

Czy masz poczucie, że szeroko pojęte środowisko artystyczne jest bardziej tolerancyjne?

Tu wchodzimy na pole stereotypów, które oczywiście mogą być statystycznie prawdziwe: że w wielkich miastach jest lepiej niż w małych miasteczkach, że na zachodzie i północy kraju jest lepiej niż na wschodzie i południu, że u artystów lepiej niż u robotników. Ale ostatecznie to zawsze sprowadza się do konkretnego człowieka i jego zachowań. Jednocześnie wiem, że prości dziadkowie ze wsi mogą być bardziej otwarci niż rodzice z wielkomiejskiej inteligencji, a warszawski artysta może pojechać gorszym homofobicznym bluzgiem niż budowlaniec z Podlasia. W napędzaniu homofobii prowadzą teraz biskupi i prawnicy z fundamentalistycznej organizacji Ordo Iuris, ludzie z wyższym wykształceniem, kapitałem kulturowym i finansowym.

Czy masz poczucie, że żyjesz w bańce? Chcesz z niej wychodzić? Masz na to jakiś sposób?

Każdy z nas żyje w jakiejś bańce i ma to głęboki sens: wybieramy grupę społeczną, z którą się identyfikujemy. Gromadzimy bliskich i przyjaciół, wyznajemy wspólne zasady, wartości, prowadzimy odpowiadający nam tryb życia. Oczywiście, można robić poznawcze wycieczki, pisarz nawet powinien. Na żywo – chodząc, podróżując, nawiązując znajomości albo w sposób zapośredniczony – przez czytanie reportaży, książek, oglądanie filmów. Ale życie innych ludzi jest mocno przereklamowane. Ostatecznie wszystkie nasze egzystencje są powtarzalne i na bieżąco dość nudne. Tym, co czyni je znośnymi, jest właśnie możliwość wyboru, czyli stworzenie sobie bańki.

Swoją pracą, także na Facebooku, wykonujesz działalność aktywistyczną?

Nie, nie uważam się za aktywistę, bo rezerwuję to słowo dla ludzi, którzy angażują się całym swoim życiem, pracą, uwagą. Dla mnie to jest działalność poboczna. Może od pewnego czasu jestem aktywistą jako prezes Unii Literackiej, ale nie uważam się za aktywistę gejowskiego. Po prostu jestem uprzywilejowany: dorosły, rozpoznawalny jako twórca, mieszkam w dużym mieście, nikt mnie nie wyrzuci z pracy za coming out czy poglądy, mam wsparcie dzięki długoletniemu związkowi, mam przyjaciół i fanów. Dlatego mogę i, jak myślę, mam etyczny obowiązek mówić w imieniu nie tylko własnym, ale także wszystkich tych, którzy w tak komfortowej sytuacji nie są. A niestety w Polsce czasów „stref wolnych od LGBT” w zasadzie codziennie jest o czym mówić, przeciwko czemu się buntować i komu okazywać wsparcie. Uważam to za obywatelski, społeczny obowiązek, a nie jakąś rolę do odgrywania.

Lubisz się wyróżniać? Na ile ważny jest dla pisarza wizerunek?

Mnie od wczesnego dzieciństwa towarzyszy poczucie radykalnej osobności. Jestem ze specyficznej, inteligencko-artystycznej rodziny, zostałem w znacznej części ukształtowany przez moją dość ekscentryczną babcię. Jako bardzo chorowite dziecko chronicznie opuszczałem szkołę, dzięki czemu nie przeszkadzała w mojej edukacji. Do tego dochodzi jeszcze orientacja i związane z nią poczucie odklejenia od większości. Nie skończyłem żadnych „porządnych” studiów, tylko w ramach Międzydziedzinowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych chodziłem na to, na co miałem ochotę, by wreszcie zostać pisarzem. Nigdy nie chciałem upodabniać się, pasować, naginać, przynależeć. Sądzę, że to nie jest kwestia wyboru tego, co lubię czy czego nie lubię. To są po prostu naturalne objawy osobności.

Bycie nieustannie ocenianym przez wizerunek, w dodatku wizerunek sprzed 15 lat, który się jednak dość zmienił, jest nieco męczące. Ale to kwestia podwójnych standardów. Mamy bardzo reglamentowany społecznie bunt, dopuszczalne są tylko określone odstępstwa od normy, do których ludzie się przyzwyczaili, o których wiedzą, jak je zaszufladkować.

(Fot. Anna Rezulak/KFP/REPORTER/Eastnews)

W jaki sposób zmieniły twoją pracę media społecznościowe? Czy masz poczucie, że twoje posty na Facebooku mogą poruszać większe grono niż książki?

Marnuję na Facebooku sporo czasu, ale znalazłem tam na pewno nowych czytelników. Takich, którzy są w stanie czytać posty długości felietonów, a nie czterolinijkowe wzmianki. To jest nowa grupa – inni ludzie czytają moje wiersze, inni powieści, inni felietony, inni kryminały o profesorowej Szczupaczyńskiej, które piszemy z mężem, a jeszcze inni fejsa. Te grupy pokrywają się tylko częściowo.

Natomiast książka nie dlatego ma 200, 300 czy 500 stron, że autorowi nie udało się napisać z tego krótszego posta na fejsa, tylko dlatego, że pewne rzeczy trzeba napisać w sposób rozległy, osadzić w czasie wydłużonej lektury, po troszeczku wypuszczać kolejne strzępki informacji. To, co mówię naprawdę ważnego – przynajmniej w moim pojęciu – mówię w książkach.

Jak ważne w twojej pracy jest poczucie sprawczości, dokonywania realnej zmiany społecznej?

Gdybym chciał mieć poczucie sprawczości, zostałbym kimś innym. Pisarze na ogół nie zmieniają świata. Książki to nie są wajchy do sterowania społeczeństwem. Nie jest tak, że wydamy „Zbrodnię i karę” i ludność przestanie zarąbywać lichwiarki. Nasycanie społeczeństwa książkami, dobrą, wymagającą literaturą, jest ćwiczeniem duchowym. Trudnym, męczącym, stanowiącym realny wysiłek, ale przynosi efekty. To, że czytamy relatywnie niewiele, ma niestety wpływ na stan debaty społecznej w Polsce – począwszy od mównicy w sejmie przez łamy gazet i ambony, a na pogwarkach przy stole skończywszy. Jeśli moje książki czasem przyczyniają się do tego, do czego przyczyniać się powinna literatura, czyli do budowania empatii wobec innych ludzi, nieufności poznawczej wobec głoszonej ex cathedra opinii, rozwijania wyobraźni i ciekawości świata, to super. Ale one nie działają w osobności, tylko w wielkiej sieci książek.

Doświadczasz hejtu?

Może nie codziennie, ale prawie. Dostawałem anonimy, dostaję na bieżąco mnóstwo hejtu online, czy to w komentarzach, czy w wiadomościach prywatnych, wylewy fantazji seksualnych obsesyjnych homofobów, rojenia antysemitów – bo ja jestem atakowany i jako gej, co akurat ma sens, i jako Żyd, co sensu nie ma… Miałem obrzydliwy paszkwil, w którym dość znany pismak zarzucał mi, że chciałbym bombardować Warszawę jako hitlerowski lotnik, mam blogera-obsesjonata, który co jakiś czas pisze o mnie jako o członku lewackiego spisku blokującego takiego geniusza jak on. Jest też hejt z lewej strony, gorączkowo antyelitarny. Ludzie są wściekli, że mam ładne krzesło, wyszperane za kilkaset złotych na Kole, albo że nie słucham Zenka Martyniuka razem z ludem, tylko jakichś tam kwartetów smyczkowych.

Reaguję różnie. Czasem dyskutuję z hejterami, jest to moja guilty pleasure. Wstydliwa, bo oni są z góry na straconej pozycji, ich chorobliwa nienawiść do gejów czy Żydów jest nielogiczna i zawsze świadczy o słabości intelektualnej. Nie są to więc trudni przeciwnicy, ale taka dyskusja jest często ogromnie rozrywkowa.

Zdarzało mi się reagować ostrzej – raz, kiedy właściciel pizzerii gdzieś z okolic Szczecina napisał mi chorobliwy, ohydny bluzg, fantazję o gwałcie analnym szczotką klozetową nabijaną żyletkami. Tam się wszystko kręci wokół odbytów, seksu analnego, pupa, kupa, kupa, pupa, kompletna fiksacja… Wtedy faktycznie uznałem, że basta. Facet ma firmę, pracowników, a jest regularnym przemocowcem. O północy opublikowałem screeny, do ósmej rano ocena firmy na fejsie tak spadła, że pisał błagalne wiadomości z dętą historyjką o tym, że chora psychicznie osoba włamała mu się na konto. Mnie nie zależało na tym, żeby mu niszczyć życie, odpuściłem, przeprosiny przyjąłem, ale myślę, że drugi raz już takiego bluzgu nikomu nie posłał.

Realnie zagrożeni byliśmy z mężem raz. Wracaliśmy z biegu i grupa pijanych byczków zaczęła nam wymyślać od pedałów i rzucać w nas przez ulicę pustymi butelkami. Dostać w głowę dużą, szklaną butelką, przerzuconą przez szerokość Tamki to naprawdę sprawa poważna. Ale na szczęście nie trafili. No i marsz równości w Białymstoku, gdzie pojechałem bez Pietii, który potem sobie pluł w brodę, że mnie puścił samego w środek zamieszek. Ale przecież nie podejrzewaliśmy, co tam będzie się działo.

Co najbardziej podziwiasz w swoim mężu?

Zabawne, bo właśnie dziś rozmawialiśmy o takich pytaniach. Że one są obustronnie nieszczere, są retorycznym spiskiem pytającego i pytanego. To, co łączy pary, jest często ciemne: zwierzęce, spocone, brudne, intymne, nie do pokazywania, nie do omawiania na łamach, zresztą w ogóle może częściowo nie do zwerbalizowania. Instynktowne, dzikie. I to, że jesteśmy razem siedemnasty już rok, niewiele w tej więzi umniejsza. I nie chodzi o sam tylko seks, ale o coś jeszcze.

Ja, odpowiadając na takie pytanie, pomijam ten aspekt, a i pytający w gruncie rzeczy nie chce, żebym go poruszał. Czytelnicy wywiadu też tego nie oczekują, bo taka odpowiedź, gdyby udzielić jej szczerze i wyczerpująco, byłaby ingerencją również w ich bardzo intymną sferę. Mówi się więc rzeczy niekoniecznie nieprawdziwe, ale dodatkowe, luźno tylko z tamtymi połączone. I tak na przykład mój mąż jest zachwycająco inteligentny i dowcipny, przez co ani razu w życiu się z nim nie nudziłem. Możemy udać, że tylko o to chodzi?

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę