Znaleziono 0 artykułów
13.02.2021

Jak Tinder zmienił kulturę randkowania

(Fot. Getty Images)

Tinder to dla Polek sposób emancypacji. W aplikacji mężczyzna nie może do niej zagadać, jeśli ona nie przewinie go w prawo. A jeśli rozmówca ją urazi albo znudzi, może bezpowrotnie uciąć kontakt – mówi Joanna Jędrusik, autorka książek „50 twarzy Tindera” oraz „Pieprzenie i wanilia”.

Tinder jest partnerski. Bez względu na poglądy, wartości i środowisko kobietom i mężczyznom daje takie same prawa. Jak to wygląda w praktyce?

Kobieta nie jest już bierna, to mężczyzna może zostać pozbawiony inicjatywy. W polskich realiach to dość szokująca zmiana. Dla Polek możliwość inicjowania kontaktu jest nowością – facet nie będzie miał szansy do niej zagadać, jeśli kobieta nie przewinie go w prawo. A jeśli rozmówca ją urazi albo znudzi, kobieta bez tłumaczenia się komukolwiek może skasować match i bezpowrotnie uciąć kontakt.  

(Fot. Getty Images)

Przez Tindera podejmujemy decyzję o partnerze na podstawie powierzchownych informacji – zdjęcia, krótkiego opisu.

Wciąż pojawiają się zarzuty, że aplikacja jest supermarketem, przez który ludzie czują się uprzedmiotowieni. Ten problem wydaje się dotyczyć mężczyzn. Z badań wynika, że ich samoocena może się obniżyć, podczas gdy samoocena kobiet pozostała bez istotnych zmian. Dlaczego? Bo kobiety od pokoleń są przyzwyczajane do takiego traktowania w realnym świecie. W szkole, pracy, na ulicy otwarcie ocenia się nasz wygląd i porównuje z innymi. A później wybiera albo odrzuca, bazując tylko na powierzchownej analizie.

Za to mężczyżni po raz pierwszy na tak masową skalę doświadczają „przestawiania z półki na półkę”. W Polsce i tak nie mają się najgorzej. Tu stosunek kobiet do mężczyzn wynosi 45 do 55, więc proporcje są w miarę równe. W innych miejscach, np. w Los Angeles, na trzy kobiety przypada siedmiu facetów, więc mają wyżej postawioną poprzeczkę. 

Aplikacje dają poczucie sprawczości – jeśli będę aktywnie używać aplikacji, na pewno kogoś poznam. 

To bardzo pozorne. Możemy w nieskończoność zastanawiać się, jakie zdjęcie wybrać, co ciekawego napisać, jak błyskotliwie zagadać, ale wtedy cała odpowiedzialność za udane życie uczuciowe, towarzyskie i erotyczne spoczywa na nas. Czy to jest uwalniające? Dla mnie to przytłaczająca wizja. W końcu każdy kij ma dwa końce – a co jeśli nikogo nie poznam albo umówię się na randki z facetami, którzy okażą się beznadziejni? Według tej logiki same będziemy sobie winne, bo musiałyśmy popełnić błąd na etapie selekcji. W tym momencie czynnik losowy lub beznadziejność faceta schodzi na dalszy plan. O problemie własnej odpowiedzialności za porażki w związkach pisała Eva Illouz w książce „Dlaczego miłość rani”. 

(Fot. Getty Images)

Użytkownicy aplikacji randkowych podchodzą do nich często jak do zadania w pracy, jednocześnie poruszając się w sferze, która jest mało logiczna, a decyzje drugiej strony – nieprzewidywalne. Żeby nie stracić gruntu pod nogami, chce się jak najwięcej tej nieprzewidywalności okiełznać – tu przydaje się racjonalizacja. Wkłada się pracę w tworzenie profilu, by odpowiadał statystycznemu. Szukamy patentów na oszukanie algorytmu Tindera – kombinujemy, na ilu zdjęciach się uśmiechać, a które w kolejności powinno być to w bikini, żeby nie sprawiać wrażenia poszukiwaczki przygód.

Z lekkiej rozrywki Tinder zmienia się w walkę. W to doświadczenie wpisany jest kryzys – faza zwątpienia, zmęczenia i obrzydzenia.

Bo kiedy dajesz z siebie tak dużo, a później idziesz na randkę, po czym okazuje się, że ten idealny, wybrany z setek innych mężczyzna, wygląda zupełnie inaczej niż na zdjęciu, jest nudny albo niby wszystko się zgadza, ale jakoś nas nie pociąga, masz dosyć wszystkiego. A w dodatku czujesz, że to twoja wina, bo przecież „źle wybrałaś” albo masz największego na świecie pecha. Kasujesz aplikację. Później oczywiście wracasz.

Czego do aplikacji nie warto przenosić ze świata realnego? 

Długie rozmowy przed pierwszą randką na żywo to ryzykowna strategia. Jeśli spotkasz się z matchem po dwóch tygodniach intensywnego pisania sobie o wszystkim, jesteś przywiązana do wyobrażenia o danej osobie. W realu może być inaczej. Zawód może być bolesny – rozczarowanie wprost proporcjonalne do naszego zaangażowania.

A jak zadbać o bezpieczeństwo? Człowiek z internetu może okazać się księciem z bajki albo gwałcicielem z kroniki policyjnej.

Człowiek z internetu jest co prawda obcą osobą, ale nie demonizowałabym zagrożenia. Według raportu fundacji Ster sprawcami 85 proc. gwałtów w Polsce są byli lub obecni partnerzy.

(Fot. Getty Images)

Nie ulegałabym więc narracji o niebezpiecznym Tinderze, zwłaszcza że bardzo nie podoba mi się sytuacja, w której zanim przyjmiesz zaproszenie na spacer do parku i założysz krótszą spódnicę, w której czujesz się świetnie, 10 razy się zastanowisz. Bo jeśli coś się stanie, to „sama jesteś sobie winna”. Byłaś zbyt seksowna i poszłaś w odludne miejsce. Ten mechanizm znów przenosi całą odpowiedzialność na kobietę.

Zimą w pandemii użytkowników Tindera przybywa, ale spotkań na żywo jest relatywnie mało. Kawiarnie i kluby wciąż są zamknięte, więc ludzie zamiast w domach częściej poznają się na Zoomie albo Google Meets. Wtedy szybko przekonasz się, czy rozmowa się klei. W dodatku jest to absolutnie bezpieczne i nie ma presji seksu.

A kobiety nie szukają w sieci seksu?

Podobne artykułyZ Tinderem przez światArkadiusz Gruszczyński Szukają, chociaż niezbyt często. Według badań przyznaje się do tego 18 proc. kobiet i 30 proc. mężczyzn (źródło). 
Mitem jest, że Tinder to apka do umawiania się na seks.
Na Tinderze nie brakuje za to gawędziarzy. Łatwiej i bezpieczniej jest wdać się w erotyczną rozmowę czy wysłać wystudiowane, nagie fotki, niż się przed kimś rozebrać na żywo. To znów może być emancypujące doświadczenie dla wielu kobiet. Poza tym różnorodność fantazji i potrzeb otwiera. Spotkasz kogoś, kto jest fetyszystą stóp, a później amatora BDSM, możesz spróbować wszystkiego, zbadać swoje granice. Ale czy to jest tylko o seksie? To jest odkrywanie tego, kim jesteśmy i co nas porusza.

Trudniej osiągnąć bliskość, bo aplikacji towarzyszy niepewność. Masz świadomość, że bierzesz udział w eliminacjach i sama eliminujesz.

To największa pułapka. Kiedy spotykasz się równolegle z pięcioma osobami, każdej relacji możesz poświęcić 20 proc. uwagi. W tym modelu każdy z twoich matchy spotyka się z tobą i czterema innymi osobami. A to oznacza, po pierwsze, dużo wpadek, a po drugie, powierzchowne zaangażowanie. 
To trudne, ale nie widzę powrotu do randek tylko z jedną osobą.

Czy ktoś jeszcze umawia się na randki w realu? 

Moja przygoda z aplikacjami randkowymi skończyła się w momencie, kiedy zdecydowałam się napisać o tym książkę. Nie byłabym w stanie opowiadać poznanym osobom, że piszę książki o Tinderze. Na randki w analogowym świecie, zwłaszcza teraz, w pandemii, gdy na twarzach mamy maski, znacznie trudniej się umówić. Od pół roku nie byłam na żadnej, jestem sama i czuję się z tym świetnie. Doceniam wolność i czas, który spędzam sama. Gorąco polecam bycie singielką!

Ilustracja: Łukasz Aksamit

 

Basia Czyżewska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę