Znaleziono 0 artykułów
26.12.2019

Juliette Binoche: Anioły i demony

Juliette Binoch  (Fot. Getty Images)

Nasz świat, taki jakim jest, nie ma przyszłości. Gniew bywa jednak konstruktywny. W młodym pokoleniu kobiet widać potrzebę radykalnych zmian – mówi paryżanka, która w tym roku świętowała 55. urodziny. Pełnometrażowych filmów ma na koncie więcej niż lat – prawie sześćdziesiąt. Oscara otrzymała za „Angielskiego pacjenta” z 1996 r., a niedawno w Berlinie odebrała nagrodę Europejskiej Akademii Filmowej za „Osiągnięcie w światowej kinematografii”.

Nagrody to dla aktora największe osiągnięcie?

Aktorstwo to nieustanny rozwój. Teraźniejszość jest dla mnie ważniejsza niż przeszłość i przyszłość. Dobrze mi w niej. Nie myślę o dawnych dokonaniach. Ale jestem zaszczycona, że ktoś docenia to, co robię.

Wchodzi pani na scenę, gasną światła, komu pani dziękuje?

Jestem szczęściarą, bo moje życie jest pełne wspaniałych znajomości z reżyserami i aktorami. Ale największe podziękowania należą się moim aniołom. Zawsze mnie wspierają. Gdy wybierasz między wieloma różnymi projektami, ten wewnętrzny głos jest ogromnie ważny, bo wskazuje kolejne furtki, które warto otworzyć. Ale nie tylko aniołom zawdzięczam moją drogę. Dziękuję też moim diabłom, bo świadomość ich istnienia mnie motywuje. Równowaga tych sił jest w moim życiu bardzo istotna.

Kim są te „anioły” i „diabły”?

„Aniołem”, który mnie prowadzi, nazywam mój wewnętrzny kompas, intuicję, przeczucie. Kiedy człowiek stoi przed kamerą, nie wie, dokąd zmierza. Zadaje sobie wiele trudnych pytań, często czuje pustkę. Dlatego tym bardziej trzeba wsłuchiwać się w swój wewnętrzny głos. Ale oczywiście w moim życiu byli też ludzie – anioły. Od 26 lat pracuję z tą samą asystentką, jej obecność jest darem. Jestem w stanie z imienia i nazwiska wymienić wszystkie nianie, które na przestrzeni lat zajmowały się moimi dziećmi. Moje dzieci, ich cierpliwość. Ale też partnerzy, którzy mnie wspierali. No i reżyserzy i producenci, z którymi miałam styczność.

Wielu aktorów uważa, że z tarcia z reżyserem powstają najlepsze projekty. Pani wybiera porozumienie.

Spojrzenie kamery wpływa na aktora. Jeśli jest to spojrzenie pełne miłości, aktor tę miłość oddaje kamerze. I potem ona spływa na widza. Z ekipą na planie tworzymy krąg, w którym przepływa wspólnotowa energia. Oczywiście nie zawsze tak jest. Kiedyś zauważyłam, że ktoś z pionu technicznego w trakcie ujęcia żuje gumę i pisze SMS-y. Obieram wtedy strategię – gram tak świetnie, że oni nie mają ochoty patrzeć w telefon, tylko nie mogą oderwać ode mnie wzroku. To miernik jakości mojego występu (śmiech).

Juliette Binoch  (Fot. Getty Images)

Kino to nieustannie ewoluujący organizm. Ale ostatnimi czasy ta ewolucja jest wyjątkowo dynamiczna. Wielka Brytania wprowadziła niedawno cały kodeks określający warunki kręcenia scen erotycznych. Wprowadzono funkcję „koordynatora intymności”. Jak pani, aktorka z tak wielkim doświadczeniem, odbiera te zmiany?

Podchodzę do tego sceptycznie. Trudno sobie wyobrazić, że mówimy malarzowi: „Maluj, ale mam 86 punktów, które określają to, jak możesz uwiecznić nagie ciało”. Nie jestem pewna, czy to może zadziałać. Gdybym była reżyserem i musiałabym sprawdzać w jakiejś tabelce, co mi wolno, a co nie, uciekłaby mi cała wena. Z mojego punktu widzenia współpraca aktora i reżysera musi opierać się na zaufaniu. Jeśli to niemożliwe, aktor nie powinien decydować się na nakręcenie danego filmu.

Juliette Binoch  (Fot. Getty Images)

Wielu młodych aktorów nie ma odwagi poprosić o to zaufanie.

O to się nie prosi. To musi się pojawić. Niektórzy reżyserzy tłumaczą, jak chcą sfilmować scenę seksu. Aktor może sobie wtedy wyobrazić, co go czeka. Uważam, że aktor musi mieć odwagę mówić reżyserowi, czego chce. Tym bardziej, że często za kamerą stoją utalentowani, ale stosunkowo nieśmiali ludzie. W „Skazie” Louisa Malle’a czy „Nieznośnej lekkości bytu” Kaufmana to ja proponowałam rozwiązania, które ostatecznie znalazły się na ekranie, bo reżyserzy byli zbyt skrępowani, żeby otwarcie powiedzieć, jak chcą je nakręcić. Oczywiście bywa, że aktora i reżysera łączy na tym polu pełne porozumienie, tak jak na przykład mnie i Claire Denis. Pamięta pani ostrą scenę seksu z „High Life”? Kręcąc ją, fenomenalnie się bawiłyśmy. Na planie była tylko Claire, operator, ja i moja makijażystka. To film szalony w najlepszy z możliwych sposobów. Claire ufam w pełni i wiedziałam, że mogę się rozebrać do rosołu, a zostanie to sfilmowane pięknie i wniesie coś do filmu.

Ale nie zawsze tak jest.

Nie. Pamiętam, że nie czułam tego zaufania na planie swojego drugiego filmu z André Téchiném, „Alice i Martin”. Nie podobał mi się sposób, w jaki kręcił intymną scenę. Powiedziałam mu to. „Zrobię to tak, jak zaplanowałem, a potem pokażę ci finalny efekt i sama ocenisz. Jak ci się nie spodoba, to wyrzucimy to ujęcie”. Obejrzałam scenę, nie spodobała mi się, nie czułam się komfortowo. Ale André nie dotrzymał obietnicy. Dopiero producent doprowadził do tego, żeby ujęcie nie znalazło się w końcowej wersji filmu. To było nadużycie.

Lubi pani uczyć młodych aktorów?

Tak. Jakie mam dla nich rady? Nie przestawaj szukać. Bądź. Ciesz się tym, co robisz. Fruwaj tak wysoko, jak potrafisz. Podejmuj ryzyko. Brzmię chyba trochę jak trener piłki nożnej… Cóż, nie bez powodu mama nazywała mnie „piłkarką”, gdy byłam mała!

Gdyby pani mogła zamówić sobie masterclass u dowolnego aktora, kto to by był?

Wybrałabym Liv Ullmann. A jeśli mogę dodać jeszcze drugie nazwisko – Gena Rowlands.

A jak wspomina pani pracę z ikoną kina, Catherine Deneuve w „Prawdzie” japońskiego reżysera Hirokazu Koreedy?

Udało nam się stworzyć bardzo bliską relację. Nie od razu, to musiało potrwać. Sprawiało nam przyjemność przebywanie w swoim towarzystwie. Łączy nas poczucie humoru, dużo wspólnie żartowałyśmy. Catherine do wszystkich zwraca się per pan, pani. Udało mi się to rozbroić. Postanowiłam sobie, że skoro gramy matkę i córkę, to nie ma możliwości, żebyśmy poza planem nie przeszły na ty. Wreszcie się ugięła.

Juliette Binoch  (Fot. Getty Images)

Ma pani na koncie współpracę z reżyserami z całego świata. Czy ich różne korzenie czuć w ich pracy?

To nie tak, że ktoś pracuje „po japońsku” a ktoś „po polsku”. Widoczne są jednak inne preferencje odnośnie rytmu, wyborów estetycznych, podejścia do pracy. Elastyczności i otwartości na wzajemne dopasowywanie się do swojego sposobu pracy. Niektórzy aktorzy są świetni w pierwszym ujęciu, inni w czwartym. A niektórzy reżyserzy chcą robić dwadzieścia dubli, inni jeden. To jak taniec, niezmiennie fascynujący, bo pozwala też w tym procesie odkryć drugiego człowieka.

Kolejne plany to kolejne miejsca. Jest pani wiecznie na walizkach. Co do pani życia wnosi podróż?

Aktorstwo jest dla mnie drugorzędne, moim głównym celem w życiu jest… życie. Po pierwsze jestem człowiekiem. Im bardziej mogę się rozwijać, doświadczać świata, tym lepsza w byciu człowiekiem jestem. A wtedy i w moim aktorstwie jest więcej życia. Zawsze lubiłam obserwować świat, przyglądać się życiom ludzi w innych miejscach i kulturach. Różnice dużo mnie uczą. Ostatnio Brazylijczycy zachwycili mnie tym, że nie zapomnieli, czym jest radość. W fawelach, czyli najbiedniejszych dzielnicach, panuje rasizm, bieda, niedobór. Radość życia jest formą oporu, metodą przetrwania, narzędziem, z którym rodzi się każdy. Każdy może tak walczyć o swoją wolność.

Chętnie zabiera pani głos w sprawie kryzysu migracyjnego.

Nie potrafię patrzeć na tych ludzi, którzy żyją ściśnięci, pod prowizorycznymi namiotami, w mrozie, bez własnego domu. Myślę o tym codziennie. Kino musi zabierać głos w sprawach kluczowych dla kondycji świata. Tylko w ostatnim miesiącu czytałam dwa scenariusze mierzące się z tym tematem. Ale wciąż nie trafiłam na nic odpowiedniego. Wydaje mi się, że Michael Haneke próbował dotknąć tego w „Happy End”, moim zdaniem, nie do końca z sukcesem. To musi być subtelne i mocne jednocześnie… Bardzo trudne zadanie, ale mam nadzieję, że wykonalne.

Gdziekolwiek nie spojrzeć, świat jest w kryzysie. Jak pani sobie tłumaczy współczesność, jak widzi naszą przyszłość?

Nasze całe społeczeństwo jest chore. Rządy nie służą swoim obywatelom, nie zapewniają im poczucia bezpieczeństwa, a ludzie nie budują wspólnoty. Każdy nastawiony jest wyłącznie na siebie. To między innymi o tym egoizmie mówi Greta Thunberg. Ale tak trudno jest poświęcić własną wygodę. Sama o tym doskonale wiem. Wiem też, że nasz świat, taki jaki jest, nie ma przyszłości. Na szczęście ta frustracja i gniew bywają też konstruktywne. Czujemy potrzebę radykalnych zmian. Widać to szczególnie w młodym pokoleniu kobiet. To walka o bycie usłyszanymi, o prawo do równości. To ogromnie ważny głos, który jest częścią tej zmiany.

Na czym miałaby ona polegać?

Myślę, że zanim zaczniemy zmieniać świat, musimy zacząć od zmiany w sobie. Pozbyć się wrodzonej zwierzęcości, która ciągnie nas ku dołowi. Mówiłam na początku naszego spotkania o „aniołach”. W tym momencie one powracają. W dzisiejszych czasach, gdy przychodzi kryzys, ludzie panikują. Szukają chwilowych rozwiązań. A człowiek musi być połączony ze swoją esencją, tymi aniołami właśnie. Chciałabym myśleć, że ten odczuwalny na niemal każdym polu kryzys ma sens. Że tylko przejście przez niego pomoże nam nie tylko uleczyć świat, lecz także odnaleźć w sobie bogatsze pokłady duchowości.

Anna Tatarska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę