Znaleziono 0 artykułów
30.12.2018

Lin-Manuel Miranda: Kształtuje nas muzyka młodości

Lin Manuel Miranda (Fot. CapitalPictures/face to face/FaceToFace/REPORTER/East News)

Lin-Manuel Miranda, najpotężniejszy człowiek na Broadwayu, właśnie otrzymał nominację do Złotego Globu za rolę w „Mary Poppins powraca”. Czy statuetka dołączy do pokaźnej kolekcji, którą udało mu się zgromadzić za „Hamiltona”, jeden z najlepszych musicali w historii?

Lin-Manuel Miranda to dziś jeden z największych gwiazdorów Broadwayu. Już w wieku 28 lat zachwycił publiczność musicalem „In the Heights” z 2008 roku, rozgrywającym się w latynoskiej dzielnicy Manhattanu, Washington Heights. Tak naprawdę zainspirowany portorykańskimi korzeniami artysty spektakl powstał już w 2002 roku, ale kilka lat trwało, zanim z off-Broadwayu awansował na Broadway. Zgarnął wtedy m.in. nagrodę Tony za najlepszy musical oraz najlepszą ścieżkę dźwiękową, a także statuetkę Grammy za najlepszy album musicalowy. Zaraz po tym sukcesie Miranda zaangażował się w stworzenie dobrze przyjętej scenicznej adaptacji jednego z największych młodzieżowych hitów z lat dwutysięcznych, filmu „Dziewczyny z drużyny”, „Bring it on”.

Lin Manuel Miranda w filmie "Mary Poppins powraca" (Fot. Wiese/face to face/FaceToFace/REPORTER/East News)

Niewątpliwym przełomem w jego karierze był jednak kolejny autorski musical. „Hamilton”, zainspirowany biografią pierwszego sekretarza skarbu USA, Alexandra Hamiltona, to, jak określa ją autor, „historia starych, martwych białych facetów, tylko, że opowiedziana ustami rapujących aktorów o różnym kolorze skóry”. Artysta na nowo naświetlił historię powstawania Stanów Zjednoczonych, znajdując w niej miejsce dla kobiet i mniejszości etnicznych, a całość ubierając w nowoczesne bity. Hasło: „Immigrants – we get the job done” (pol: „My, imigranci, potrafimy załatwiać sprawy”) znalazło się na ustach wszystkich, trafiając do memów i na playlisty. Spektakl stał się zaś jednym z największych hitów Broadwayu w historii, otrzymując rekordową ilość 16 nominacji do nagród Tony, finalnie zgarniając 11 statuetek. Ścieżka dźwiękowa też rozbiła bank, pokonując konkurencję na szczytach listy przebojów Billboardu, obsada sztuki wykonywała utwory z musicalu m.in. w Białym Domu, a sam Miranda otrzymał za swoją sztukę nagrodę Pulitzera.

„Hamilton” otworzył mu drogę do świata popkultury. Chwilę później sam J.J. Abrams poprosił go o napisanie części ścieżki dźwiękowej do „Gwiezdnych wojen. Przebudzenia mocy”. Współtworzył też hitową ścieżkę dźwiękowej do filmu „Vaiana: Skarbu oceanu” (2016 rok). Za piosenkę „How Far I'll Go“ otrzymał nominację do Złotego Globu i Oscara.

W międzyczasie Miranda powoli rozwijał też swoją karierę aktorską. Po epizodycznych rolach m.in. we „Współczesnej rodzinie”, „Jak poznałem waszą matkę” czy „Pohamuj entuzjazm!” oraz rolach dubbingowych, wreszcie przyszła pora na pierwszą dużą rolę filmową. I od razu udaną. Za występ w roli latarnika Jacka w „Mary Poppins powraca” już wyróżniono go nominacją do Złotego Globu. Jeśli do tego dodać zaraźliwe poczucie humoru, ogromną kulturę osobistą i ogromny entuzjazm, wychodzi na to, że nie ma pola, na którym Lin-Manuel Miranda rozczarowuje.

Lin Manuel Miranda w filmie "Mary Poppins powraca" (Fot. Image supplied by Capital Pictures/EAST NEWS)

Wierzy pan w moc muzyki?

Muzyka to jedyna sztuka, która stymuluje jednocześnie obie półkule mózgu. Widać to na rezonansie lub podczas tomografii. Piosenki i dźwięki zapisują się w naszej pamięci bardzo głęboko. Zdarza się, że ludzie, którzy stracili pamięć, na przykład po wypadku samochodowym, nie są w stanie się przedstawić, a umieją zanucić motyw muzyczny z ulubionego serialu z dzieciństwa. Jak głosi hasło filmu „Spider Man. Homecoming”, wraz z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność. Muzyka ma przeogromną moc. Gdy słyszę, że tylko piosenka z „Vaiany” jest w stanie utulić do snu czyjeś dziecko, czuję się wspaniale. Kto by pomyślał, że napiszę coś, co będzie ważnym elementem czyjegoś życia? 

Obsada filmu "Mary Poppins powraca", od lewej: Lin Manuel Miranda, Emily Mortimer, Emily Blunt i Colin Firth (Fot. Getty Images)

Kto ogląda musicale?

Takie produkcje, jak „Mary Poppins powraca” w starszych widzach budzą nostalgię, a młodszych zapraszają w ekscytującą podróż. Muzyka otwiera wiele drzwi. We współczesnych produkcjach filmowych jest dla niej coraz więcej przestrzeni. „Bohemian Rhapsody”, „Narodziny gwiazdy”, „Król rozrywki” to bardzo różnorodne filmy, które łączy muzyka. Ostatnio musicale i filmy muzyczne były na topie w latach czterdziestych. To był trudny, przerażający czas. Dziś ludzie znowu szukają w kinie ukojenia, oderwania od coraz bardziej skomplikowanej sytuacji na świecie.

Co pana inspiruje?

Większość ludzi goni za sukcesem. Każdy następny projekt musi być lepszy, większy. Chodzi o to, żeby nieustannie przebijać własne osiągnięcia. Ja wiem, że nie jestem w stanie kontrolować porażek ani sukcesów projektów, w których biorę udział. Na Broadwayu tylko jeden z pięciu spektakli zwraca się inwestorom. Tu możesz siedem lat pracować nad czymś, co po tygodniu zniknie z afisza. Dlatego trzeba szukać motywacji gdzie indziej. Ja kieruję się instynktem. Muszę czuć silną inspirację, żeby przekuć pomysł w projekt. Wychodzę też z założenia, że każdy kolejny spektakl to lekcja na przyszłość. Nigdy nie napisałbym „Hamiltona”, gdyby nie „Bring it On”, które się podobało, ale osiągnęło sukcesu finansowego.

Sukces „Hamiltona” uczynił z pana osobę publiczną.

Ja się nie zmieniłem, ale dzierżę w dłoni większy megafon. Pamiętam dokładnie moment, gdy to zrozumiałem. Udzielając wywiadu, zorientowałem się, że zadaje mi się wyłącznie polityczne pytania. „Jestem muzykiem, piszę piosenki i tańczę, dlaczego chcecie znać moje zdanie na ten temat”? – zdziwiłem się. To zasługa „Hamiltona”, którego przesłanie jest bardzo współczesne.

Lin Manuel Miranda jako Alexander Hamilton (Fot. Getty Images)

Politycy coraz bardziej rozczarowują. Może dlatego świat z poważnymi pytaniami zwraca się ku artystom.

Bądźmy szczerzy, zadaje się nam trudne pytania przede wszystkim dlatego, że to się klika. Nagłówki musza „żreć”. Na przykład: „Oto, co Cardi B sądzi o… tu wstaw dowolny temat” – i załatwione! Ja mam taką zasadę, że angażuję się w tematy, w których naprawdę mogę coś zdziałać, komuś pomóc. Chętnie poświęcam uwagę i czas temu, w co wierzę. Tworzę promocyjny singiel dla inicjatywy charytatywnej, wspieram kampanię mającą na celu zmianę systemu kontroli posiadaczy broni, biorę udział w programie zachęcającym dzieci do zainteresowania się teatrem. Bardzo ważnym wydarzeniem było dla mnie inscenizowanie „Hamiltona” w Portoryko, skąd pochodzi moja rodzina. Chcieliśmy pomóc miejscu zdewastowanemu przez huragan Maria. Stąd moja decyzja o ponownym zagraniu głównej roli. Wpływy przekazaliśmy lokalnym organizacjom kulturalnym.

Lin Manuel Miranda (Fot. Getty Images)

Większość aktorów na planie „Mary Poppins powraca” miała o wiele większe ekranowe doświadczenie od pana, ale to pan w tej ekipie był ekspertem od musicali.

Z przyjemnością zająłem pozycję ucznia. Zaangażowałem się w ten projekt dlatego, że Rob Marshall to mistrz ginącej sztuki. Potrafi świetnie reżyserować musicale filmowe, co w dzisiejszych czasach jest niemal niespotykane. Myślę, że gdyby urodził się na początku dwudziestego wieku, tworzyłby legendarne produkcje pokroju „Deszczowej piosenki”. Chciałem zobaczyć, jak Rob tworzy swoją magię. Musiałem więc wyjść ze swojej strefy komfortu. Grałem z najlepszymi aktorami w historii kina – od Angeli Lansbury, przez Meryl Streep, po Emily Blunt. Żonglowałem ogniem, jeździłem na ważącym tonę rowerze, tańczyłem, jak nigdy dotąd. I byłem tym zachwycony. Uwielbiam się uczyć.

Lin Manuel Miranda w filmie "Mary Poppins powraca" (Fot. FaceToFace/REPORTER, East News)

Ta nauka była pasmem sukcesów, czy zdarzały się też wpadki?

Nie zliczę, ile zaliczyłem zgrzytów. Dla mojego bohatera film zaczyna się od sceny tańca z wyimaginowanymi pingwinami. To było dość surrealistyczne przeżycie. Często zabieram na plan rodzinę. Mój starszy syn jest barometrem „chwytliwości” piosenek. Tym razem niemal naraził mnie na płacenie wysokiego odszkodowania. Po wizycie na planie okazało się, że zapamiętał teksty wielu piosenek i zaczął je głośno śpiewać podczas wizyty w parku. Naprawdę bardzo trudno jest wytłumaczyć kilkulatkowi, co to NDA (*non disclosure agreement). A zaklejanie mu ust taśmą niekoniecznie jest najmądrzejszą rodzicielską decyzją. Postawiłem na wielokrotne seanse oryginału. Szybko zapomniał o nowych piosenkach, których nikt jeszcze nie zna i zaczął nucić stare.

Czy pana gusta muzyczne jako słuchacza i jako kompozytora pokrywają się?

Jednym z tematów przewodnich „Mary Poppins powraca” jest pozostawanie w kontakcie ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Z optymizmem, nadzieją, wyobraźnią. To właściwie kodeks postępowania każdego twórcy piosenek. Zbliżając się do czterdziestki, widzę, jak bardzo muzyka z naszych młodych lat wpływa na to, kim stajemy się w dorosłym życiu. Pamiętamy dźwięki z czasu, gdy buzowały w nas hormony, wszystko było bardziej intensywne, a tyle rzeczy robiliśmy po raz pierwszy. To wtedy zaczynamy myśleć o tym, że muzyka nas definiuje. „Ta piosenka mówi dokładnie o tym, czego moi rodzice we mnie nie czają!”, a „ten kawałek to wyznanie miłości do mojego faceta”. Łączymy z muzyką własne emocje, a to daje jej życie, czyni realną. Ja nieustannie czerpię z muzyki, którą kochałem, dorastając.

Lin Manuel Miranda w filmie "Mary Poppins powraca" (Fot. Image supplied by Capital Pictures/EAST NEWS)

Czy w tym zestawieniu jest miejsce na klasyczne piosenki z filmów Disneya?

Bez nich by mnie tu nie było! Mam wrażenie, że mój mózg po raz pierwszy rozpalił się muzycznie, gdy Sebastian zaczął śpiewać do Arielki „Na morza dnie” [zaczyna mówić głosem kraba Sebastiana]. „Ariel, posłuchaj mnie. Świat ludzi to koszmar! Życie pod wodą jest lepsze niż wszystko, co oni tam mają na górze!”. Wtedy zrozumiałem, że muzyka filmowa będzie moim życiem. Czterokrotnie zaciągnąłem rodziców na ten film. Potem udawałem ciężką chorobę, żeby w dniu premiery kasety VHS, 20 marca 1990 roku [choć według oficjalnych danych był to 22 maja], być pierwszym, który ją kupi. Oglądając tamten film czułem się, jakbym lewitował. Byłem w stanie nieważkości. Wszystko było możliwe. Moja wyobraźnia rozkwitła. Jestem tu, gdzie jestem, dzięki piosence z filmu Disneya.

Czy są na pana liście ulubionych utwory, których nie wypada lubić człowiekowi z dobrym gustem?

Dużo osób pyta mnie o moje muzyczne „wstydliwe przyjemności”. Nie wstydzę się niczego, co przyjemne, a już na pewno nie muzyki. Gdy dorastałem, uwielbiałem Weird Ala Yankovica. To, zgodnie z jego ksywką, prawdziwy dziwak. Ale tworzył piosenki w każdym muzycznym gatunku, nauczył mnie lubić zarówno country, jak i hip-hop. Do tego były zabawne, napisane z wyjątkowej perspektywy. Dzięki niemu zrozumiałem, że gatunek to płynna kategoria, a liczy się tylko to, jak my go postrzegamy. Jeśli ktoś inny się wstydzi, że miał takiego, a nie innego idola, to bardzo mi przykro, bo odbiera sobie wiele radości. Ja jestem mojemu wdzięczny. Tak samo, jak pani powinna być wdzięczna Backstreet Boys, o których rozmawialiśmy przed wywiadem. „I want It That Way” to prawdziwy skarb… Proszę nie odbierać sobie tej radości. Proszę się nie wstydzić! I tak z naszego wywiadu zrobiła się sesja terapeutyczna…

Anna Tatarska
Komentarze (1)

Wyloguj się
Justyna Ryś
Justyna Ryś30.12.2018, 17:17
Kocham go. Jeden na milion. Hamiltona znam na pamięć, dozgonnie będę mu za niego wdzięczna !
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę