Znaleziono 0 artykułów
01.08.2020

Love Stories: Marina Abramović i Ulay

(Fot. Getty Images)

Gdy jedno zaczynało zdanie, drugie je kończyło. Razem wyznaczali nowe granice w sztuce, razem szli przez życie. Po 12 latach symbiotycznego życia rozstali się w gniewie. Przypominamy historię najsłynniejszych kochanków sztuki współczesnej, Mariny Abramović i Ulaya.

Zaproszenie od holenderskiej galerii wyjęła ze skrzynki pocztowej 30 listopada 1975. To były jej 29. urodziny. Miała już męża i etykietkę skandalizującej performerki z Jugosławii. 

Kilka tygodni później Marina Abramović przyleciała do Amsterdamu, żeby w jednym z programów telewizyjnych przeprowadzić performance. Na lotnisku czekali na nią kuratorka projektu i niemiecki artysta, który miał zaopiekować się Mariną i pokazać jej miasto. Ulay, a właściwie Frank Uwe Laysiepen, bo tak nazywał się formalnie, miał wtedy długie włosy i twarz podzieloną na dwie części. Jedną traktował jako swoją kobiecą reprezentację – golił, pudrował, regulował brwi, malował usta. Drugą, męską, zostawiał w naturalnej postaci – z zarostem, bez makijażu. W ten sposób podkreślał swoją złożoną naturę. Marina była oczarowana.

(Fot. Getty Images)

Fascynacja

Wreszcie poznała kogoś równie bezkompromisowego jak ona, kogoś, kto burzy mieszczański światopogląd i jako środka wypowiedzi używa własnego ciała. Po kolejnych rozmowach okazywało się, że łączy ich więcej. Ulay też spinał włosy bambusowymi pałeczkami, też eksperymentował z performance’em i przekraczał w nim granicę bólu. Też urodził się 30 listopada (był o rok starszy) i też miał w zwyczaju wyrywać kartkę z tą datą ze swojego kalendarza. 

Był czuły i opiekuńczy. Po telewizyjnym performansie „Thomas Lips„ (Marina leżała naga na bryłach lodu, a na brzuchu nacięła sobie pentagram) opatrzył jej rany i pokazał Amsterdam. Krótka rezydencja artystyczna zamieniła się w płomienny romans, którego nie zdołały przerwać ani polityka, ani jej wcześniejsze zobowiązania.

Kiedy wróciła do Belgradu, gdzie wciąż mieszkała z nadopiekuńczą matką, rozmowy kochanków rozwijały się w listach i przez telefon. Byli zakochani, ale czuli, że coś niezwykłego dzieje się też w ich polu artystycznym. Dlatego Ulay nagrywał ich rozmowy telefoniczne, a Marina obsesyjnie zbierała pamiątki. Kiedy pod pretekstem służbowego zlecenia pojechała na randkę do Pragi, zamówiła u introligatora oprawiony w czerwone płótno zeszyt z wytłoczonymi na okładce złotymi imionami. Wklejała tam drobiazgi z wyjazdu – paragony, bilety, karty menu z restauracji. Tak tworzyła archiwa rozkwitającej miłości i początku wspólnej drogi artystycznej. 

Po powrocie wiedziała, że nie ma odwrotu – zostawi rodzinę i zacznie wspólne życie z Ulayem. Do walizek zamiast ubrań spakowała zdjęcia swoich performance’ów i nie tłumacząc niczego, wsiadała do pociągu. Tuż przed wyjazdem trafiła jeszcze na sesję do słynnego w Belgradzie wróża Aca Studenta. Ten powiedział coś, czego wcale nie chciała usłyszeć: „To się skończy katastrofą. Ten mężczyzna panią zniszczy”. 

(Fot. Getty Images)

Razem

Ich wspólne życie było usłane różami o wyjątkowo ostrych kolcach. Szaleńczo zakochana Marina szybko odkryła, że Ulay ma słabość do kobiet. Pierwszą żonę z synem zostawił w Niemczech jeszcze w „poprzednim życiu”. Bycie artystą w Amsterdamie okazało się ucieczką od zobowiązań rodzinnych i studiów inżynierskich. Tutaj zresztą też miał już dziecko, którego nie wychowywał. Romansował z wpływowymi kobietami i to one finansowały jego projekty, a nawet wynajem eleganckiego mieszkania.

Dla Mariny jednak zdecydował się, przynajmniej na razie, porzucić kochanki. Abramović towarzyszyła mu w nocnych wędrówkach po barach. Zdystansowana wobec używek, trzeźwym okiem obserwowała, jak ukochany zatraca się w alkoholu i narkotykach. Zrozumiała, że jeśli chce go zatrzymać, nie może być słaba albo zależna. Nie może zajść w ciążę ani zaniedbać swojej elektryzującej siły – talentu. Z czasem udało jej się nakłonić Ulaya do abstynencji i przekierowania uwagi na sztukę, którą zaczęli tworzyć razem.

Ich pierwsze lata to życie w symbiozie. Marina we wspomnieniach mówi o fascynacji seksualnej, która zespalała ich życia, i wymianie intelektualnej, która napędzała wspólną pracę. Kiedy jedno zaczynało zdanie, drugie je kończyło. Kiedy jedno wymyślało performance, od razu obok pojawiało się drugie i dopełniało projekt. W 1976 roku Marina została zaproszona do wystawienia projektu na biennale w Wenecji, pojechali tam razem i przedstawili pracę opowiadającą o ich wielkiej miłości.
W pustym magazynie w Giudecce  nadzy stanęli w odległości 20 metrów, po czym zaczynali biec ku sobie. Mijając się zahaczali rękoma i nogami, czasami wpadali na siebie, zwalając się z nóg. Ale za każdym razem wstawali i powtarzali czynność od początku, coraz bardziej obolali i wyczerpani. W trakcie godzinnego występu w kompletnej ciszy dało się słyszeć tylko ciężkie oddechy artystów i dźwięki uderzających ciał. 
Publiczność przeszywało napięcie i ambiwalentne uczucia: czy to miłość, czy agresja? Więź czy uzależnienie? 
Wystąpienie przyjęto entuzjastycznie.

(Fot. Getty Images)
(Fot. Getty Images)

Poszukiwanie

Wkrótce Marina postanowiła uporządkować formalności. Rozwiodła się z pierwszym mężem, a z otwartego i tętniącego życiem domu w Amsterdamie przeprowadziła się z Ulayem do furgonetki, którą kupili za wszystkie oszczędności. Karbowany citroën, który pomalowali czarną matową farbą, miał się stać ich domem i pracownią na trzy najbliższe lata. Mieścił to, co najpotrzebniejsze – ubrania, materac, kuchenkę, a niedługo później też psa Albę. Proste, wędrowne życie miało otworzyć Marinę i Ulaya na siebie i przynieść nowe doświadczenia w rozwijaniu performance’u. Plan przypieczętowali manifestem „Art Vital”, deklarując metody swojej pracy, m.in. brak stałego miejsca zamieszkania, bezpośredni kontakt, brak prób generalnych i nieprzewidywalny koniec.

Dochody ze sztuki, choć coraz bardziej docenianej, wystawianej w tym czasie w Wenecji, Kassel czy Kolonii, wystarczały tylko na minimalistyczne życie. Artystom zdarzało się dorabiać, pracując fizycznie, np. dojąc kozy czy produkując ser w gospodarstwie na Sardynii.
„Byliśmy szczęśliwi, tak szczęśliwi, że wprost trudno to opisać” –wspomina ten czas Marina w książkowej rozmowie z Jamesem Kaplanem „Pokonać mur”.

Po powrocie do Amsterdamu znów eksperymentowali, tym razem używając hipnozy. Szukali nowych pomysłów na performence’y, wprowadzając się w stan zmienionej świadomości i zadając pytania. Sesje nagrywali. Wtedy powstał m.in. performance „Energia spoczynkowa”. Marina i Ulay stali naprzeciw siebie, ona trzymała łuk, on strzałą napinał cięciwę. Grot był wymierzony w serce Abramović. Obydwoje wpatrywali się sobie głęboko w oczy, potęgując napięcie. Widownia słyszała tylko głośne bicie serc wzmacniane przez mikrofony umieszone pod ubraniem. Jak zawsze w ich pracy nie było mowy o żadnych zabezpieczeniach.

Gdyby któreś z nich straciło koncentrację albo dostało skurczu w ręce, strzała zabiłaby Marinę. Całość trwała niewiele ponad cztery minuty i wprowadziła publiczność w osłupienie. Po latach Abramović będzie interpretować tę pracę jako proroczą opowieść o swojej zależności od Ulaya.

(Fot. Getty Images)

Metafizyka

Koniec lat 70. przyniósł parze nowy pomysł i nową fascynację – podróż do Australii i życie z dzikim plemieniem Aborygenów. Zaczęło się od zaproszenia na biennale w Sydney, później na własną rękę Marina i Ulay pojechali w głąb kontynentu, na Pustynię Wiktorii. Tam tygodniami starali się przekonać władze rezerwatu, że nie są zwykłymi turystami i nie sprowadzą niebezpieczeństwa na Aborygenów. Żeby zbudować zaufanie, pracowali jako wolontariusze, opracowując mapy terenu, wreszcie dostali kredyt zaufania. Wpuszczeni na teren ścisłego rezerwatu, zaczęli żyć rytmem plemienia. W osobnych męskich i kobiecych grupach, bez dotychczasowego rytmu czasu czy komunikacji w lokalnym języku.

W książkach Marina wspomina, jak ciężko było przystosować się do 50-stopniowego upału czy nieznośnego zapachu ciał mytych tylko tradycyjnymi metodami, czyli popiołem. Opisuje niemiłosierny upał, który najlepiej było przeczekać niemal w bezruchu. 
Ale prawdziwym celem tej podróży była metafizyka. Marina twierdzi, że została uzdrowiona z migreny przez lokalnego znachora, nauczyła się porozumiewać z kobietami z plemienia, rozmawiając w myślach, i zaczęła jeszcze lepiej odczytywać sny i znaki, które pojawiały się w jej życiu.

Jedną z nowych umiejętności, jaką obydwoje artyści wynieśli z życia na pustyni, było trwanie w bezruchu i poście. Marina z Ulayem stworzyli nowy performance „Night Sea Crossing”, w którym siedzieli naprzeciw siebie w ciszy, przedzieleni stołem. „Zamrożenie ciała” i medytacyjne trwanie najpierw potrafili utrzymywać przez siedem godzin, potem przez trzy dni, a w szczytowej fazie nawet dwa tygodnie. Znów chodziło o totalną kontrolę nad fizjologią i badanie granic wytrzymałości umysłu. Okazało się, że Marina jest bardziej zdeterminowana i potrafi wytrzymać więcej. W ich wspólnej pracy pojawiła się rysa rywalizacji.

Wczesne lata 80. to podróże do Azji. Marina i Ulay zafascynowani buddyzmem praktykowali medytację, szukali nowej duchowości i poznali Dalajlamę. Do swoich projektów zaprosili mnichów buddyjskich, jednak z perspektywy czasu artystka nie bała się przyznać, że te próby nie były udane. Związek przechodził kryzys. Po śmierci matki Ulay zamarzył o tradycyjnej rodzinie i spytał Marinę o to, czy chce mieć z nim dziecko. Ona odmówiła. Zaczęli się zdradzać. Ona przyznała się do niewierności, Ulay swoją zataił. Gdy prawda wyszła na jaw, rozstali się. Wrócili do siebie, ale dawna harmonia i równowaga zniknęły. Nic już nie miało być takie jak dawniej.

(Fot. Getty Images)

Podróż

Choć na horyzoncie jawił się monumentalny wspólny projekt – wędrówka przez Wielki Mur Chiński. Planowanie przedsięwzięcia trwało osiem lat, bo konieczna była zgoda chińskich władz. Po dziesiątkach pism, rozmów, konsultacji, odmowach i unikach artyści zrozumieli, że to się nie uda. Jednak w drugiej połowie lat 80. Marina i Ulay dostali zielone światło.

Ich performance znów był symbolicznym odzwierciedleniem relacji. Kiedy pomysł po raz pierwszy zaświtał w ich głowach, dostał roboczy tytuł „Kochankowie”. Samotna podróż, którą każde z nich przebędzie od swojego końca muru, miała się skończyć gdzieś w połowie wyczekiwanym spotkaniem i ślubem. Teraz jednak temat małżeństwa zniknął, była tylko podróż, i to nawet nie samotna i terapeutyczna, bo każdemu z nich towarzyszyła chińska obstawa składająca się z tłumaczy i ochrony. Po trzech miesiącach spotkali się, ale w zupełnie innych okolicznościach, niż ustalili. Ulay wyreżyserował spotkanie tak, by było odpowiednio medialne. Wiedząc, że Marina jest już blisko, zatrzymał się w malowniczym miejscu z dwiema świątynkami i czekał w tym punkcie trzy dni. Spotkanie nie było ani spontaniczne, ani romantyczne. Abramović wkrótce dowiedziała się, że towarzysząca Ulayowi tłumaczka jest w ciąży. To ona niecałe trzy miesiące później została jego żoną. 
Tak po 12 latach skończyło się wspólne życie i wspólna praca bezkompromisowych artystów.

Pożegnanie

W 2010 roku Ulay pojawił się w życiu i sztuce Mariny raz jeszcze. Niezapowiedzianie przyszedł na performance „Artystka obecna”. Polegał na tym, że siedziała w milczeniu i bezruchu, a każdy, kto chciał, mógł przed nią usiąść. Któregoś dnia usiadł przed nią Ulay. Marina złamała zasadę bezruchu i dotknęła jego dłoni. 
Ten symbol czułości i wybaczenia nie opowiadał jednak całej prawdy o ich późniejszej relacji, którą wypełniały wyrzuty, kłótnie, a nawet pozew sądowy. Iskrą były pieniądze, zyski ze sprzedaży dokumentacji wspólnych prac, które przed laty realizowali głęboko zakochani, bez grosza przy duszy, i biografie, które pisali niezależnie od siebie.
Kres konfliktom położyła dopiero śmierć Ulaya w marcu 2020. Marina wydała wtedy formalny komunikat w swoich mediach społecznościowych: „Z wielkim smutkiem przyjęłam informację, że mój przyjaciel i były partner Ulay dzisiaj zmarł. Był wyjątkowym artystą i człowiekiem, którego będzie bardzo brakować. Pocieszające jest to, że jego sztuka i dziedzictwo przetrwają”. 

*Więcej inspirujących historii par, które udowadniają, że razem można więcej, znajdziecie w wakacyjnym wydaniu „Vogue Polska”. Do kupienia w salonach prasowych i na Vogue.pl.

 

Basia Czyżewska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę