Znaleziono 0 artykułów
17.03.2018

Marcin Wicha: Źle napisane zdanie źle wygląda

Marcin Wicha (Fot. Leszek Zych/ POLITYKA)

Nastały straszne czasy dla języka. I nie możemy mówić, że nas to nie dotyczy. Nagle żaden rzeczownik nie może chodzić po świecie bez trzech przymiotników – mówi Marcin Wicha. Z grafikiem, pisarzem, autorem książki nagrodzonej Paszportem Polityki „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, rozmawiamy o tym, jak wielką moc ma słowo.

Gdy zapytałam cię przez telefon, które książki są dla ciebie najważniejsze, co i na jakim etapie życia ci zrobiły, powiedziałeś, że to zbyt osobiste pytanie. A w książce „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” wspominasz śmierć mamy. Gdzie jest granica intymności?

Zrobię kawy.

Wicha sięga po filiżanki, przygotowuje nam kawę rozpuszczalną.

Podtrzymuję, że to jest strasznie osobiste pytanie. Dla mnie ważne były książki, które w ogólnym rozumieniu nie są ani szczególnie dobre, ani wartościowe, nie przetrwały próby czasu. Lubię czytać jakieś dziwactwa, rzeczy, do których nikt już nie sięga, o których wszyscy zapomnieli.

To chyba kwestia indywidualna, co czytamy. Trudno to oceniać. Czas powstania książki i jej popularność nie ma znaczenia. Książki niezależnie od tego, czy są nowościami, czy nie, coś nam robią.

Pamiętam książki, które były dla mnie ważne z powodu jednego zdania czy obrazu. Na przykład reportaż Bruce’a Chatwina o jego spotkaniu z Nadieżdą Mandelsztam. Kiedy to czytałem, wiele lat temu, niczego nie wiedziałem o Brusie Chatwinie i bardzo niewiele o jego rozmówczyni. Ale to było bez znaczenia.

Nawet teraz ten tekst robi na mnie wrażenie. On jedzie Moskwy, spotyka bardzo starą Nadieżdę, rozmawiają. Wszystkiego kilka stron. W pamięci zostają rekwizyty: konfitura z pomarańczy, bo ktoś powiedział, że pani Mandelsztam jest lepiej nastawiona do gości, którzy przywożą jej marmoladę oraz powieści kryminalne z Zachodu. I nagle ona prosi, żeby on poprawił przekrzywiony obraz: „Cały obraz był biały (…) Znałem prace tego artysty: ukraińskiego Żyda, jak ona”.

To tekst skondensowany, który wygląda jakby zostało w nim tylko to, co trzeba zapamiętać. Wszystko inne zniknęło. Tekst-szkielet.

Dlaczego akurat to mi tak zapadło w pamięć? Nie wiem.

Książeczka „O dwóch kwadratach” El Lissitzky’ego ze zbioru Marcina Wichy (Fot. Marta Wroniszewska)
Książeczki ze zbiorów Marcina Wichy / Fot. Marta Wroniszewska

Jako dziecko szalenie lubiłem książki ze starymi drzeworytami. Później ważne dla mnie były wzorniki typograficzne, wzorniki pism drukarskich. Dziś ten gatunek zanika, bo próbki fontów są dostępne w internecie. Wzorniki były dadaistyczne, pełne powiększonych liter i fragmentów tekstu, małych i coraz większych, jak na tablicy okulisty. Te książki balansowały pomiędzy słowem a obrazem.

Lubiłem książkę „Sztuczki, figle i zadania” autorstwa matematyka i fizyka Jakuba Perelmana. To zbiór zagadek matematycznych, których nigdy nie potrafiłem rozwiązać. Lubiłem ją głównie z przyczyn estetycznych. Miała piękne ilustracje. Po latach dowiedziałem się, że kiedy w Polsce wydawano książkę Perelmana, on już nie żył. Oboje z żoną umarli z głodu z podczas blokady Leningradu.

A rosyjskie książki dziecięce powstałe między 1917 a 1932 r., to w ogóle coś zupełnie niesłychanego.

Pod jakim względem?

Przede wszystkim plastycznym. Musisz to zobaczyć.

Marcin Wicha wychodzi na chwilę i wraca z naręczem książek.

Okres lat 20. to najbardziej awangardowa grafika książkowa, jaką można sobie wyobrazić. Po rewolucji, przez kilka lat nie wznawiano, nie wydawano bajek. Miała powstać zupełnie nowa literatura dziecięca. Dopiero u progu stalinizmu bajki zostały ponownie dopuszczone do druku, najpierw „Konik garbusek”, potem następne.

Najbardziej spektakularny przykład, to wydana w 20. roku suprematystyczna opowiastka „O dwóch kwadratach” El Lissitzky’ego. Przygody czerwonego i czarnego kwadratu, które lecą w kosmos.

Albo książeczka o tym, jak powstaje gazeta „Izwiestia” z genialnymi konstruktywistycznymi ilustracjami i awangardową typografią. To z 1926 roku Albo jeszcze ta, o pociagach.

Albo „Mister Twister” Samuela Marszaka, jeden z moich ulubionych utworów. Pierwodruk ukazał się w czasopiśmie „Jeż”, z ilustracjami Władimira Lebiediewa. To były delikatne rysunki piórkiem. A potem przyszło wydanie książkowe. Ilustracje zrobił ten sam rysownik, ale już inaczej, bo w międzyczasie zapanował ciężki i ponury socrealizm. Niby ten sam facet, odstęp kilku lat… To dowód na to, jak mało czasu trzeba, żeby zniszczyć kulturę.

Spójrz jeszcze tutaj. To też El Lissitzky. Wyobraź sobie, że bajkę „Słoniątko” według Rudyarda Kiplinga, o tym skąd słoniątko ma trąbę, wydano w 1920 r. w Kijowie. To niesamowite, Kijów był wtedy na zmianę zdobywany przez Polaków, bolszewików, Niemców, Ukraińców, a ktoś tam siedział, rysował i drukował książeczki o słoniątku i krokodylu. W tym jest, według mnie, wskazówka jak należy żyć.

To są twoje książeczki z dzieciństwa?

Nie, ja je kolekcjonuję. Te kupiłem w Moskwie. To współczesne reprinty, oczywiście.  Ale książki z dzieciństwa też mam. Moja mama postradała wszystkie ze swojego dzieciństwa. Więc zadbała o moje. Zapakowała je w pudła i jak moje dzieci weszły w wiek czytający, pudła zostały rozpakowane.

I?

Okazało się, że dzieci lubią nowe książki. Urok zabytków z pawlacza czy antykwariatu nie jest pierwszą rzeczą, która doceniają.

Niewiele tu słów. Do ciebie bardziej przemawia obraz? W sumie jesteś nie tylko człowiekiem słowa, ale i człowiekiem obrazu – piszesz, ale przecież jesteś też grafikiem.

Ja bym powiedział, że mnie strasznie interesuje to, co się dzieje pomiędzy jednym i drugim.

Źle napisane zdanie źle wygląda. To są nierozdzielne rzeczy.

Twoje książki wydane przez Wydawnictwo Karakter są takie, jak mówisz. Ich opakowanie jest spójne z zawartością.

Mnie się wydaje, że to nie jest tylko opakowanie. Papier, kształt strony, forma liter – one zawsze coś dodają. Uzupełniają znaczenia, zarażają treść. Na świecie istnieje kilkadziesiąt tysięcy krojów pisma. Każdy ma swoją historię, swój charakter. Coś z tego w literze pozostaje i my to czytamy. Często nieświadomie, ale czytamy.

matka mówiła mi, że jesteśmy w stanie sobie poradzić z rzeczywistością, jeśli dobierzemy odpowiednie słowa. Wtedy możemy wpływać na ludzi, przekazywać swoje potrzeby, emocje.

Czasem czytam e-booki, ale to dla mnie nie do pojęcia, jak można mieć 10 książek, które wyglądają tak samo i niczym się nie różnią. Są jedynie cyfrowym zapisem wyświetlanym na ekranie.

Czym zatem był dla ciebie zabieg, zastosowany na okładce „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”? Tytuł jest ucięty.

Ta okładka nawiązuje do mojej poprzedniej książki o designie („Jak przestałem kochać design” – przyp. red.). Okładka tamtej książki pokazywała, co się dzieje, kiedy zabierzemy design, kiedy od treści odejmiemy wszystko, co jest właśnie tym wizualnym naddatkiem.

Co zostaje?

Times New Roman. Dokument Worda. Nic poza tym.

Jeśli chodzi o okładkę „Rzeczy...”, ten tytuł był za długi. Nie mieścił się. Można go było zwęzić, sprasować, zmienić krój pisma, napisać w pionie, zmniejszyć przestrzeń między literami. Projektant, Przemek Dębowski z wydawnictwa Karakter, nie zrobił żadnej z tych rzeczy. On po prostu uciął końcówkę. Ostatniej litery nie ma. Bardzo mi się to podoba. Właśnie tak rozumiem tę okładkę: że czasem nic nie możemy poradzić. Nic już się nie da wykombinować. Moja książka też jest o rzeczach, których już się nie da zagadać, ani ominąć, ani wynegocjować.

Czyli oszczędność w słowach, którą stosujesz w książkach, jest związana z ogromnym ładunkiem emocjonalnym? Słowa się nie zmieściły, bo nie były potrzebne, bo ważne było coś innego?

Myślę, że środkiem wyrazu jest przeskakiwanie między rozgadaniem i lakonicznością, swobodą i napięciem. Z pisaniem jest trochę jak z wędkowaniem, jak z wędkarzem i rybą. Czasami luzuje się żyłkę, a czasem się ją skraca.

Z jednej strony mówisz, że dla ciebie mówienie o twoich książkach jest zbyt intymne, a z drugiej – piszesz o szalenie intymnych rzeczach – śmierci swoich rodziców. Gdzie zatem przebiega granica intymności?

Dla mnie intymny byłby film, zdjęcie, nagranie. Natomiast dopóki to ja układam słowa – nawet te opowiadające o czymś szalenie osobistym – dopóty to ja decyduję, co chcę opowiedzieć, a czego nie. Mam poczucie, że panuję nad rzeczywistością. Próbuję okiełznać świat. Gram na swojej szachownicy. Decyduję.

Moja matka mówiła mi, że jesteśmy w stanie sobie poradzić z rzeczywistością, jeśli dobierzemy odpowiednie słowa. Wtedy możemy wpływać na ludzi, przekazywać swoje potrzeby, emocje.

Słowa dały ci nad śmiercią twoich rodziców kontrolę?

Nie, skądże. Ale jakoś to sobie opowiedziałem. I przekonałem się, gdzie leży granica, za którą już nie ma kontroli nad niczym. Słowa nie pomogą.

To był eksperyment, na ile słowa dają radę, na ile są w stanie nam coś załatwić, na ile przy ich pomocy możemy sobie poradzić z rzeczywistością.

Propaganda to zaprzeczenie wszystkiego, co jest dla mnie ważne w języku. Spójrz na paski Wiadomości czy prorządowe portale. Tam każdy rzeczownik chodzi pod strażą trzech przymiotników.

Strasznie lubię oglądać amerykańskie filmy, gdzie bohaterowie prowadzą błyskotliwe dialogi. Gdybym miał powiedzieć, kim chciałbym być, to chciałbym być osobą, która układa kwestie w amerykańskich filmach. Ci ludzie biorą odwet na świecie, rzucając miażdżącą ripostę. Zazdroszczę im.

Siłę słowa możemy zauważyć nie tylko w filmach. Żyjemy w czasach, gdy słowo stało się bronią.

Nie powiem, żebym o tym nie myślał. Nastały straszne czasy dla języka. I nie możemy mówić, że nas to nie dotyczy.

Propaganda to zaprzeczenie wszystkiego, co jest dla mnie ważne w języku. Spójrz na paski Wiadomości czy prorządowe portale. Tam każdy rzeczownik chodzi pod strażą trzech przymiotników. Jak gdyby ludzie byli debilami, którym należy wszystko wyjaśnić. Cudza wypowiedź musi być opatrzona przestrogą, że ktoś jest złym człowiekiem, wrogiem, że nie mówi tylko „histeryzuje”, „fałszywie oskarża” albo „kłamie”. Każde zdanie jest zaopatrzone w ostrzeżenia, Zupełnie jak paczki papierosów.

Ale to działa.

Pewnie tak.

I to może być odpowiedź na pytanie, które mi postawiłaś na początku, a które było dla mnie tak trudne – książka, którą napisałem jest intymna jako pożegnanie z moimi rodzicami, ale też jako pożegnanie ze sposobem traktowania języka, który jest dla mnie ważny. Języka oszczędnego, zakładającego dobrą wolę drugiej strony. Powściągliwego w używaniu przymiotników czy przysłówków. Wyrozumiałego. Otwartego na żart, ryzyko, interpretację.

Marta Wroniszewska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
X Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.