Znaleziono 0 artykułów
14.03.2020

Menedżer musi być jak skała

(Fot. Kuba Ociepa)

W Polsce mało kto przyznaje, że lubi pracę w korporacji. A ja jestem do niej stworzona. Stałe godziny pracy, struktura, rozwojowe projekty. Uwielbiam porządek! – mówi bohaterka naszego cyklu o kobietach sukcesu, Joanna Zając-Cekiera, Senior Marketing Manager Premium w krakowskiej firmie Marketing Investment Group SA i Brand Marketing Manager marki Timberland.

Właśnie wróciłaś z urlopu. Sprawdzałaś na wyjeździe służbowego e-maila?

Jestem kontrolowaną pracoholiczką. Kusi mnie, żeby sprawdzić wiadomości, ale staram się opanować. Udało mi się stworzyć zespół sprawnych specjalistów, którym mogę zaufać. Moja firma pozwala fantastycznie rozwijać kompetencje. Każdego dnia uczę się tutaj bycia dobrym menedżerem. Mam szczęście pracować z ludźmi, których nauczyłam samodzielności. Ale umiejętność delegowania przychodzi wraz z doświadczeniem. Wcześniej zdarzały mi się urlopy, z których nadzorowałam działania moich pracowników. Z czasem zrozumiałam, że nigdy nie odpocznę, jeśli nie wyłączę telefonu. I ze zmęczenia stracę kreatywność, a ona jest przecież w zawodzie marketera kluczowa. Jesteśmy takimi spin doctorami marek. Musimy wciąż wymyślać na nowo, jak je najlepiej zaprezentować.

(Fot. Kuba Ociepa)

Edukacja, doświadczenie, rozwój. A intuicja w tym zawodzie jest ważna?

Kreatywność można rozwijać, ale od zera trudno się jej nauczyć. Trzeba mieć ten siódmy zmysł. Ja od dziecka miałam ogromną wyobraźnię. Moja mama śmiała się, że boi się, dokąd mnie ona zaprowadzi. Odnajdywałam się w pisaniu, wymyślaniu historii, chciałam być pisarką. Cały czas czytałam. Pochłaniałam książki z lokalnej biblioteki. Zawsze miałam proaktywną postawę. Łączyłam kreatywność z dynamiczną naturą. Ciągle w biegu.

Dlatego zdecydowałaś się studiować dziennikarstwo?

Dziennikarstwo i komunikacja społeczna na Uniwersytecie Jagiellońskim to były interdyscyplinarne studia – marketing, politologia, socjologia, fotografia. Uczyliśmy się warsztatu, a potem przekładaliśmy go na praktykę. Do Krakowa przyjechałam z malutkiej miejscowości na Podkarpaciu, położonej przy granicy ukraińskiej. Jeszcze w liceum, w pierwszej albo drugiej klasie, przyjechała do nas doradczyni ds. kariery. W mojej żeńskiej klasie jako jedna z niewielu wiedziałam, czego chcę. Chciałam wyjechać do Krakowa, zostać dziennikarką i szybko awansować na kierownicze stanowisko. Po maturze dostałam się na studia dzienne, udowodniając, że uczennica z małego ogólniaka na prowincji może konkurować z absolwentami prestiżowych liceów z Krakowa. Nigdy nie brakowało mi determinacji w dążeniu do celu.

Twoja pierwsza praca?

Praktyka w „Tygodniku Powszechnym” jeszcze na studiach. Trochę PR-u u lokalnych polityków. Potem przez cztery lata pracowałam w TVP3 Kraków, w „Kronice”, lokalnych wiadomościach. Już wtedy miałam poczucie, że mam wpływ na to, jak kształtuje się przekaz medialny. I bardzo to wpływanie i kształtowanie podobało mi się. Zostałam rzucona na głęboką wodę – dano mi mikrofon, operatora z kamerą i jechaliśmy rozmawiać z ludźmi. Mieliśmy świetny zespół wydawców, którzy nam zaufali. O takiej pracy marzyłam od zawsze. Miałam propozycje pracy z Warszawy. Byłam jednak bardzo zakochana i nie wyobrażałam sobie związku na odległość. Postanowiłam zostać w Krakowie. Wiedząc, że w dziennikarstwie są ograniczone możliwości finansowe, przeszłam do PR-u. W mojej firmie pracuję już od dziewięciu lat. Pokonałam tu wszystkie szczeble kariery. Od 2019 r. jestem senior managerem.

(Fot. Kuba Ociepa)

Podobają ci się wyzwania korporacyjne?

W Polsce mało kto mówi, że lubi pracę w korporacji. A ja jestem do niej stworzona. Stałe godziny pracy, struktura, rozwojowe projekty – świetnie! Uwielbiam porządek i planowanie. Pracę w grupie. To, co może innym przeszkadzać, oznaczać nadmierny rygor, dla mnie jest harmonią. Odnajduję się w strukturze. W zawodzie reportera raz wstaje się na dyżur o piątej rano, a czasami siedzi w redakcji do późnej nocy, ciągle gdzieś jeździ. Ze względu na rodzinę potrzebowałam stabilizacji i komfortu w planowaniu przyszłości. Mój syn ma sześć lat – lubi nasze rytuały i ich powtarzalność. Ja też je cenię.

(Fot. Kuba Ociepa)

Nie miałaś problemu z hierarchią?

Wręcz przeciwnie, jestem do niej przywiązana. Lubię mieć stymulujących przełożonych, od których mogę się uczyć. Cenię autorytety. Ale też obieg wiedzy, bo dużo dowiaduję się od mojego zespołu. Ten feedback cenię najbardziej. Cały czas się uczę i cały czas jest mi mało.

Na początku poświęcałaś się pracy w 150 proc.?

Tak i nie miałam z tym żadnego problemu. Nie ukrywam tego i nie żałuję, że pracowałam po godzinach. Do dziś zabieram laptopa do domu i czasami dopracowuję projekty wieczorem. Jednak od nikogo w moim zespole tego nie wymagam. Nie mogę szukać ludzi takich jak ja, tylko pięć lat młodszych. Oceniam ich działanie w godzinach pracy. Ale wiem też, że nikt nie zamknie laptopa o godzinie 17, jeśli nie skończył projektu. Studiowałam w czasach bezpłatnych staży i praktyk. Miałam stypendium naukowe, ale i tak było bardzo ciężko. Jednak dzięki stałemu funkcjonowaniu poza strefą komfortu nauczyłam się pokory, samodzielności, rozwiązywania problemów. Dziś patrzę na wszystko z dystansem, doceniam małe rzeczy. To ważna umiejętność.

(Fot. Kuba Ociepa)


Twoje życie rodzinne nigdy nie ucierpiało przez pracę?

Jestem równie ambitna na wszystkich polach. Chcę być najlepszą menedżerką, żoną, matką i przyjaciółką. Wymagam od siebie bardzo dużo i jestem dla siebie szalenie surowa. Kiedy się zakochałam, mimo ogromnej ilości pracy, poświęcałam też mnóstwo czasu na związek. Gdy urodził się nasz syn, dotarło do mnie – choć, przyznaję, z dużym opóźnieniem – że doba nie ma 48 godzin i nie mogę pracować na 200 proc. na wszystkich polach. Delegowania obowiązków, które musiałam opanować w pracy, uczyłam się też w domu. Zaufałam mężowi, że świetnie sobie poradzi. Musiałam porzucić poczucie, że wszystko zrobię najlepiej i najchętniej bez niczyjej pomocy. Ale bywały momenty, że stres mnie dojeżdżał.

(Fot. Kuba Ociepa)

Co wtedy?

Odnalazłam się w bieganiu. Potrzebuję tych chwil wyciszenia, gdy moje myśli swobodnie błądzą. Wiedziałam, że gdzieś muszę znaleźć ujście, bo w pracy i w domu nie potrafię odpuszczać i już się z tym pogodziłam. Biegnąc, mogę porozmawiać ze sobą. W pracy, nawet w najbardziej stresujących sytuacjach, menedżer musi pozostać spokojny, by znaleźć dobre wyjście z każdej sytuacji. A ja skądś ten spokój muszę czerpać. Czuję odpowiedzialność za ludzi, z którymi pracuję. Oprócz rozwiązań biznesowych wiem, jak ważne są kompetencje miękkie. Jestem typem radosnej dziewczyny z sąsiedztwa. Bardzo dużo się uśmiecham, staram się dawać dobrą energię. Czasami niemalże się wygłupiam, choć nie jest mi specjalnie do śmiechu. Menedżer to opoka, taki firmowy opiekun. Staram się taka być.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę