Znaleziono 0 artykułów
23.03.2019

#Metoo w sztuce to Tracey Emin!

Wystawa Tracey Emin, A Fortnight of Tears (Fot. Materiały prasowe Galeria White Cube)

W wyjątkowych przypadkach sztuka przemawia do nas w pierwszej osobie, głosem swojego twórcy. Na wystawie Tracey Emin w Londynie słychać coś takiego.

Witajcie w moim wnętrzu. Wchodźcie głębiej – pod powieki, pod paznokcie, do krwiobiegu, nie udawajcie, że wam wstyd, że niby jesteście skrępowani. Nigdy nie miałam nic do ukrycia, właśnie dlatego tak chętnie do mnie wracacie. Jako czołowa skandalistka świata sztuki przełomu stuleci przyznałam sobie prawo, by wyznaczać nowe granice i natychmiast je przekraczać, zwłaszcza w nurcie, który jest moją specjalnością. Ten nurt nazywa się ekshibicjonizm emocjonalny. W „White Cube” najpierw pokażę wam, jak nie śpię, a następnie wytłumaczę dlaczego, podam wszystkie przyczyny stanu zwanego Insomnia: gwałt, aborcja, powikłania po, śmierć taty, śmierć mamy, wszyscy, których kochałam i nadal kocham, a mimo to zostałam sama. Ludzie robią z bezsenności dramat, faszerują się prochami, żeby choć na chwilę urwał im się film. Tylko czy na pewno warto, czy nie ciekawiej jest sfiksować? 

Wystawa Tracey Emin, A Fortnight of Tears (Fot. Materiały prasowe Galeria White Cube)

Jeżeli odczuwacie pokusę, by strzelić sobie sweet focię, nie stawiajcie oporu, ulegnijcie jej od razu, w pierwszej sali po lewej, z moim autoportretami rozwieszonymi wszędzie, gdzie było wolne miejsce. Za każdym razem, gdy próbuję wyłączyć się z rzeczywistości, ale mi się nie udaje, też robię sobie selfie. Żeby mieć dowód rzeczowy, że z tą moją bezsennością wcale nie przesadzam. Oraz żeby zacząć wystawę wygaszonym fajerwerkiem próżności: oto ja, bezsilna, bez filtra, pokiereszowana przez pięć dekad życia, tu i tam naprawiona przez chirurga, bo powieki, niestety, mam po tacie. Lepszego tła niż kobieta po pięćdziesiątce, która nie ma siły walczyć, nie znajdziecie. W podpisie pod zdjęciem na Instagramie koniecznie dajcie pęknięte serce, raczej czarne. 

Galeria White Cube Bermondsey ma megaambicje oraz stosowny budżet, artyście powierza przestrzeń na miarę dyskontu, różnica polega na tym, że tu w środku przeważnie pachnie białą farbą, a w dyskoncie nie. Niewielu moich rówieśników ma się z czym pokazać w takim wnętrzu, ja w White Cube wystawiam sto premier z ostatnich trzech lat, inaczej bezsenność byłaby bez sensu, nic niewarta. Jako bonus dorzucam też jeden klasyk, dokumentalny film „How does it feel” z 1996 roku ze mną w roli głównej, bo jakżeby inaczej. Ten film to był test, gdzie kończy się szczerość, a zaczyna skandal. Teraz zmienił się kontekst, więc nikt mi nie podskoczy, że się powtarzam, nie radzę. 

Wystawa Tracey Emin, A Fortnight of Tears (Fot. Materiały prasowe Galeria White Cube)
Wystawa Tracey Emin, A Fortnight of Tears (Fot. Materiały prasowe Galeria White Cube)

W mojej pracowni na południu Francji, jednej z dwóch głównych, czasami budzę się przerażona, że namalowałam coś tylko dobrego, zaledwie OK. W malarstwie to przejdzie, w sztuce nie powinno. Jeżeli nowy obraz nie mówi niczego nowego, czego sama się nie domyślam, muszę go natychmiast naprawić, zamalować. W takich chwilach czuję się silna, panuję nad tym, co zawsze powinnam mieć pod kontrolą, życie jest moje. Z prasy dowiedziałam się, że z obrazami naprawdę mi wyszło, wnoszą coś nowego, zwłaszcza tryptyk „I Watched You Disappear, Pink Ghost”, „I was Too Young to be Carrying Your Ashes” oraz „You Were Still There”. Zauważyliście, że tytuły moich prac są równie atrakcyjne jak same prace – to taka postpoezja, do słów też mam talent. Fajnie, że staram się nie przekolorować, twierdzą krytycy, trzymam się indygo, czerni, krwi oraz koloru kupy, tak jest dramatycznie, bardziej czuć ból. 

Z rzeźbami jest gorzej, Eddy Frankel z „Time Out” pisze, że oba gigantyczne golasy powinny leżeć w lobby jakiegoś międzynarodowego banku, tym bardziej że nie wyszły bezpośrednio spod mojej ręki. No raczej, przecież nie jestem stocznią, jestem kobietą, chociaż sama przyznaję, że widać mnie coraz mniej, jak przez mgłę. Do przeczołgania Tracey Emin „The Guardian” oddelegował aż dwie recenzentki, pierwsza dała mi cztery gwiazdki, pochwaliła, że brutalnie sportretowałam ból kobiety – „brutalnie” to teraz komplement, „prawdziwie” brzmi wulgarnie, strasznie pospolity przymiotnik. Od drugiej recenzentki dostałam o dwie gwiazdki mniej, bo: jestem monotematyczna, po raz setny zrobiłam coś pod Muncha i de Kooninga, dlaczego, po co i ile jeszcze mam zamiar tak lamentować. Recenzentka wysiliła się też na aluzję do wieku artystki – na starość posmutniałam, a to za mało, po pięćdziesiątce powinnam być bardziej refleksyjna. No i o czym ja mam rozmawiać, z kim? 

Wystawa Tracey Emin, A Fortnight of Tears (Fot. Materiały prasowe Galeria White Cube)

Gdy jeszcze siedem, osiem lat temu panowie pisali o mnie bzdury, a sztuką zajmowali się wtedy głównie panowie, mówiłam sobie: to tylko kompleksy, marzą, by położyć swoje spocone łapy na moich piersiach, przejechać tłustymi paluchami po moich udach, a że nic z tego, wyżywają się w słowach. Już tak nie mogę i nie muszę, mężczyźni przestali mówić o mnie źle, bo teraz to niebezpieczne. Na nerwy działają mi natomiast insynuacje, że nie czuję zmian, dla pokolenia #Metoo jestem przecinkiem, chociaż sama o sobie myślę pewnie, że wykrzyknikiem. Na taką bezczelność zgody nie ma i nie będzie, najważniejszej brytyjskiej artystki obrażać nie wolno. #Metoo w sztuce to Tracey Emin! Jestem jego matką, prekursorką, pierwszą pięścią podniesioną wysoko nad głowę, pierwszym krzykiem, który tłumaczył, że „nie” znaczy „nie”, zawsze. W celu odświeżenia pamięci polecam przejrzeć katalogi z moich wystaw na całym świecie tudzież lekturę wydanych w formie książkowej felietonów, które pisałam dla brytyjskiej prasy w czasach, gdy pisanie było ważne, a ludzie kupowali gazety. 

Kwartalnik „Elephant” nowoczesną sztukę traktuje tak, że bez obrzydzenia czytają to wszyscy, także spoza branży. Przed wernisażem wystawy w White Cube z ramienia redakcji odwiedziła mnie Holly Black. Imię zdradza, że mamy przyjemność z Amerykanką, podobno pisarką, nie sprawdzałam, nie muszę. Na standardowe gadki jestem zbyt dorosła, poprosiłam zatem o sensowny zestaw pytań. Już w tytule wystawy cię poniosło, mówi Holly, nie da się przecież płakać przez dwa tygodnie, chyba że to metafora. Droga przyjaciółko jednorazowego kontaktu, odpowiadam: jak stracisz oboje rodziców, wszystkich kochanków, ciało, do którego się przyzwyczaiłaś, kontrolę nad czasem, pewność siebie, nadzieję oraz wiarę, że coś musi mieć sens, będziesz kładła się spać zaryczana i budzić się z rana z oczami pełnymi łez. I tak przez dwa tygodnie, chyba że brak ci hamulców, wtedy nawet dłużej. Oceany wylanych łez to zupełnie inna liga emocji, ekstraklasa płakania. Właśnie tym chwilowo jestem. Mam prawo, jestem człowiekiem, moja sztuka nie musi tego tuszować. 

Tracey Emin, A Fortnight of Tears, Galeria White Cube Bermondsey, Londyn, WhiteCube.com

Wystawa Tracey Emin, A Fortnight of Tears (Fot. Materiały prasowe Galeria White Cube)

 

Piotr Zachara
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę