Znaleziono 0 artykułów
22.02.2020

Młode matki: Zmiana priorytetów

(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)

– Nie lubię gadania, że „nic się nie zmieniło, od kiedy mam dziecko”. Jeśli się nie zmieniło, to niedobrze! Życie matki jest innym życiem. Jestem cały czas sobą, ale doszła mi nowa, pełna wyzwań, rola – opowiada druga bohaterka naszego cyklu o wyzwaniach rodzicielstwa.

Z narzeczonym zdecydowaliśmy się na dziecko po dziewięciu miesiącach związku. Wcześniej nie myślałam o macierzyństwie, poprzedni partnerzy nie wydawali mi się kandydatami na ojców. Z nim wiedziałam od razu. Oboje byliśmy po długich związkach. Nie baliśmy się tego zaangażowania. Wiem, że musiałam nauczyć się na błędach, żeby docenić ten związek. Musiałam być w toksycznej relacji w wieku 20 lat, żeby potem silnie zaznaczać swoje granice. I kilka lat z kimś dobrym, ale nie na całe życie.

Chciałam mieć pewność, że mężczyzna, który zostanie ojcem mojego dziecka, nigdy mnie nie zawiedzie. Moi rodzice się rozstali. Mama ciężko to zniosła. Teraz mam przeświadczenie, że nawet, jeśli byśmy się z moim narzeczonym rozstali, to on nie wyobraża sobie dnia, w którym nie widziałby syna. To daje mi poczucie bezpieczeństwa.

W ciąży czułam się świetnie. Miałam absolutne wsparcie partnera, rodziny, lekarzy. To było wyzwalające doświadczenie. Po raz pierwszy nie musiałam wciągać brzucha, bo w tym brzuchu rósł przecież mój syn. Wcześniej nie byłam w pełni zadowolona ze swojego wyglądu. Chociaż jestem pewna siebie, nigdy nie stanęłam przed lustrem w obcisłej sukience, żeby pomyśleć: „Ale ze mnie laska”. Tymczasem w ciąży nosiłam obcisłe ubrania bardzo często.

Bardzo poruszało mnie egzystencjalne poczucie bycia dwiema osobami jednocześnie. Zastanawiałam się, co się stanie, gdy urodzi się syn. Czy od razu się w nim zakocham? Czy będę czuła, że jest mój? Czy będzie do mnie podobny? Ale nie targały mną niepokoje. Wiedziałam, że sobie poradzę. Jedynym zmartwieniem były finanse.

(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)

Jestem freelancerką, prowadzę działalność gospodarczą, więc nie mam stałej pensji. Moja praca wymaga podróżowania po całym świecie. Często wsiadałam do samolotu rano, żeby wrócić po dwóch dniach. I potem powtórka w kolejnym tygodniu. Pracowałam niemal do końca ciąży, nie wzięłam żadnego zwolnienia. Ostatni wyjazd zaplanowałam na siódmy miesiąc. Poleciałam na jeden dzień do Londynu, mam nawet zdjęcie stamtąd z wielkim brzuchem. Nie przewidziałam, jak bardzo zmęczą mnie dwa loty jednego dnia. To był jasny sygnał, że powinnam trochę odpocząć.

Dwa dni przed porodem jeszcze kończyłam teksty. Nie planowałam przerwy w pracy po narodzinach syna, ale byłam na nią gotowa. Brałam pod uwagę, że okaże się wymagającym dzieckiem, które uniemożliwi mi pisanie. Okazało się jednak, że jest bezproblemowy – pogodny, zdrowy, żywiołowy, więc nie musiałam rezygnować z pracy.

I dobrze, bo ją kocham. Jednak, odkąd jestem mamą, priorytety zmieniły się. Syn jest na pierwszym miejscu, to do niego dostosowuję pracę. Przez półtora roku robiłam mniej niż wcześniej, a w każdym razie mniej podróżowałam. Karmiłam piersią, co utrudniało rozłąkę. I znowu, nie byłam sfrustrowana, że moje możliwości były ograniczone. Przecież rodzicielstwo to zmiana w życiu, kolejny etap, który rządzi się swoimi zasadami. Jeśli twoje dziecko chce pić tylko z piersi, a nie z butelki, to tak po prostu jest. Jeśli usypia przy piersi, to go usypiasz. To nie było dla mnie żadne poświęcenie. Nie buntowałam się. Nie miałam potrzeby wyzwolenia. Nie mówiłam: „Moje piersi, moje ciało”.

Karmienie piersią ułatwiało nam życie. Mogłam syna prawie wszędzie zabrać, bo przecież zawsze było ze mną jego jedzenie. Gdy miał cztery miesiące pojechaliśmy do znajomych, którzy wynajmowali busy w Kraju Basków. Jeździliśmy kamperami po całym wybrzeżu. To był nasz pierwszy wspólny wyjazd.

Niedługo potem poleciałam sama do Nowego Jorku. To było prestiżowe zlecenie, na którym mogłam nieźle zarobić. Zostawiłam więc w lodówce pięć litrów zamrożonego mleka. W samolocie uprzedziłam stewardesę, że będę zamykać się w toalecie, żeby odciągać mleko. Pompowałam też w namiocie na weneckim Lido i w pięciogwiazdkowym hotelu w Paryżu. Nie było to dla mnie uciążliwe – to był po prostu taki etap mojego życia. Karmiłam prawie dwa lata.

Gdy mały miał pięć miesięcy, zabrałam go do Cannes – zawsze muszę być na festiwalu. Tam wyszedł mu pierwszy ząb. Pomogła mi moja mama, zaprawiona w bojach podróżniczka, bardzo – podobnie jak druga babcia – w życiu syna obecna. Mama czekała w pobliżu, gdy nie wpuścili mnie z dzieckiem do pałacu festiwalowego. Wybiegałam w przerwie seansów, żeby nakarmić syna. Potem koleżanka napisała o moim doświadczeniu artykuł. Nagłośniłyśmy sprawę dyskryminacji matek w Cannes. I dwa lata później po raz pierwszy w historii powstał na terenie festiwalu żłobek.

Praca freelancera siłą rzeczy przenika się z życiem osobistym. Czasami trudno wytłumaczyć dziecku, że muszę usiąść do komputera. Ostatnio, gdy odprowadzałam syna do przedszkola, powiedział, że wolałby zostać cały dzień ze mną w domu. Zrobiło mi się smutno. Ale powiedziałam mu, że byłabym nieszczęśliwa, gdybym na dłuższą metę nie pracowała, bo lubię to, co robię.

Gdy wyjeżdżam bez niego, chciałabym, żeby wiedział, że moja fizyczna nieobecność nie oznacza, że mnie z nim nie ma. Wysyłamy sobie zdjęcia, od niedawna rozmawiamy z kamerką. Brakuje mi go, ale nie tęsknię szaleńczo. Nie chcę natychmiast wracać. Wiem, że ma dobrą opiekę. Jego tata jest równoprawnym, równie czułym, zaangażowanym i sprawnym opiekunem jak ja. A ja mam dużą potrzebę niezależności.

Lubię też dużo wiedzieć. O ciąży i macierzyństwie czytałam, ile się dało. Przecież nikt wsiada do samochodu bez prawa jazdy, więc dlaczego wydaje się nam, że można podjąć się wyzwania wychowania dziecka, jednego z najtrudniejszych w życiu, bez przygotowania? Rodzicem nie stajesz się, gdy rodzi się dziecko. Dorastasz do tej roli, nabywając umiejętności. Gdy wydawało mi się, że syn długo nie siada, poszliśmy do fizjoterapeuty sprawdzić, czy wszystko jest dobrze. Korzystaliśmy z pomocy doradczyni laktacyjnej. Byliśmy też u dietetyczki, by zapewnić dziadków, że dieta wegeteriańska będzie dla dziecka zdrowa.

Nie mam na wszystko tabelki, ale potrzebuję zasad, którymi mogę się kierować. W ramach tych zasad zdaję się potem na intuicję. Może dlatego nie mam poczucia, że popełniamy błędy wychowawcze. Nie chcieliśmy, żeby syn jadł mięso, oglądał bajki (czytamy mu mnóstwo książek, słuchamy muzyki, chodzimy na wystawy) czy był karmiony inaczej niż samodzielnie, sposobem BLW.

Ludzie się śmieją, że gdy przychodzi życie, rezygnuje się z takich zasad. My się nie poddaliśmy. Ale nie jesteśmy ortodoksami. Jeśli syn zje parówkę w przedszkolu, nic się mu nie stanie. Potem też może zdecydować, że chce spróbować mięsa. I tak, wie, co to „Psi Patrol”. Ale raczej trzymamy się swoich postanowień. Pomaga to, że jesteśmy z narzeczonym dobrani światopoglądowo. Nie musieliśmy ustalać, czy chcemy ślubu kościelnego, czy chrztu. Dziadkowie też szanują nasze decyzje rodzicielskie. Jeśli coś budzi niepokój, np. dieta wegetariańska, przeprowadzamy kampanię informacyjną.

Wsparcia szukam też u innych kobiet, na żywo i w internecie. To normalne, że spotykasz się z innymi matkami i przez chwilę rozmawiacie głównie o cyckach i kupie. Na pewnym etapie takie fizjologiczne doświadczenia stają się treścią życia. W pewnym momencie za bardzo wkręciłam się jednak w fora parentingowe. Z odrobinę niezdrową ciekawością czytałam o przeróżnych zabobonach. Traktowałam to trochę jak Pudelka. To odbiło się negatywnie na moim związku. Na szczęście tylko na chwilę.

Moja relacja z synem ewoluuje. Dziś ma trzy lata, ja – 33. Nie chciałabym, żeby był ode mnie zależny. Ja rozmawiałam z mamą o wszystkim. Gdyby mój syn chciał ze mną rozmawiać tak, jak ja z moją mamą, to nie musiałabym się o nic martwić. Lubię patrzeć, jak wykluwa się jako człowiek. Chcę, żeby był dobry, empatyczny, szczęśliwy. Żeby miał pasje. Ale nie tresujemy go. Nie zapisujemy na balet, bo lubi tańczyć, ani na lekcje śpiewu, bo nuci ulubione piosenki.

Dzieci są różne, bo mają różnych rodziców. I wnoszą do relacji z innymi to, co dostają z domu. Dlatego staramy się dawać mu jak najwięcej dobrych emocji. Gdy walczysz sama ze sobą, masz kompleksy, zaczynasz programować dziecko. Za wszelką cenę staram się tego uniknąć. Oczywiście nie jestem oazą spokoju. Bywam niecierpliwa. Wkurzam się. Mówię rzeczy, których nie powinnam mówić. Ale zawsze przepraszam, przyznaję się do błędu, traktuję syna poważnie. Jest ciekawy swojego ciała, a my się przed nim nie krępujemy. Zapytał mnie ostatnio o moją bliznę po cesarskim cięciu. I teraz mówi z czułością, że stamtąd wyszedł.

Nie lubię gadania, że „nic się nie zmieniło, od kiedy mam dziecko”. Jeśli się nie zmieniło, to niedobrze! To jest inne życie. Jestem cały czas sobą, ale doszła mi nowa rola. Już zawsze będę kobietą z dzieckiem, partnerką z dzieckiem, pracowniczką z dzieckiem. Jestem bogatsza o kolejne wcielenie. I to daje mi poczucie spełnienia.

Wysłuchała Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę