Znaleziono 0 artykułów
18.11.2020

Nasze ulubione książki o Warszawie

(Fot. Getty Images)

Okazuje się, że książek napisanych przez warszawiaków, które działyby się w Warszawie albo Warszawa byłaby ich główną bohaterką, powstało nazbyt wiele, by wszystkie wymienić. Wybrałam więc nieobiektywnie, stronniczo, te ulubione. Dawne, nie takie znowu dawne i zupełnie nowe.

Stanisław Wiechecki (Wiech) "Koncert na sikawkę"

Stanisław Wiechecki Wiech "Koncert na sikawkę" (Fot. Materiały prasowe)

Kto czyta Wiecha, ten się uśmiecha! Najbardziej warszawskim z warszawskich pisarzy najpewniej był Stefan Wiechecki. Między wojnami przez wiele lat mieszkał w sąsiedztwie Kercelaka, gdzie spotykali się królowie bandyckiego podziemia, jak Tata Tasiemka, ale też pierwszy szwoleżer Rzeczpospolitej, Bolesław Wieniawa-Długoszowski, damy i panny, pośledniego i najlepszego towarzystwa. W humorystycznych felietonach – drukowanych w „Kurierze Warszawskim” i „Kurierze Czerwonym”, a w PRL-u w „Życiu Warszawy”, „Kurierze Codziennym”, „Ekspresie Wieczornym”, a także w „Przekroju” – opisywał codzienne życie mieszkańców stolicy – tych raczej klepiących biedę i tych co cwańszych – odtwarzając język, jakim się posługiwali. Akcja tekstów przedwojennych rozgrywa się głównie w Śródmieściu, powojennych – Na Targówku i Szmulowiznie. „– Pan szanowny względem kieszonkowej kradzieży cykorię odczuwa? I na mnie pan kapuje?! Czysta jeronia, jak pragnę zdrowia, bo ja sam dzisiej rano za ofiarę takiego wypadku się zostałem. Ale nie mam do pana pretensji. Tramwajowe kradzieże chociaż rzadziej niż dawniej, ale zdarzają się jeszcze czasem i trzeba dawać baczenie” albo dalej: 

„Jeden złodziej szpryngowiec odpiął klientce w kinie złotą branzoletkie z rączki i przekonał się w domu, że była zrobiona z tych nowych złotych pięciogroszówek. Ładna, bo ładna sztuka, ale wartość rynkową miała sześćdziesiąt pięć groszy” – to fragment felietonu Jubilerski żart, który trzy lata temu przypomniał kwartalnik „Przekrój”. Jeśli ktoś nabrał apetytu na więcej, to zachęcam zajrzeć na witrynę wydawnictwa Vis-à-vis Etiuda, które w ciągu ostatnich kilku lat wypuściło około trzydziestu tomów z tekstami Wiecha, ostatni wyszedł wiosną. 

Leopold Tyrmand "Dziennik 1954"

Leopold Tyrmand "Dziennik 1954" (Fot. Materiały prasowe)

„Stałem na przystanku 107-ki i gapiłem się, mimo mrozu. Na pierwszym planie Kolumna Zygmunta. Nieco w głębi fasada Bernerdynów. Naprzeciw naroże Krakowskiego, na prawo Pałac Sołtyka z Miodowej i Branickich z Podwala. Wieloplanowość nasycona śnieżnomglistym popołudniem. Znana i bliska. Moje miejsce na ziemi. Urodziłem się i wychowałem dwie ulice stąd. Warszawskie dachy, warszawski śnieg. Moje uznanie dla komunistów, cześć partii! O ile odbudowa Warszawy jest wynikiem tego, że ludzie się uparli, o tyle odbudowa staromiejskiego rezerwatu zamyśleń jest zasługą komunistów” – pisał Leopold Tyrmand w Dzienniku 1954. Mieszkał wówczas w pokoju dwa i pół na trzy i pół metra przy ulicy Konopnickiej, nieopodal placu Trzech Krzyży. Na obiady chodził do Literatów lub do klubu Stowarzyszenia Dziennikarzy, kawę pił u Galińskiego, na rogu Alej Ujazdowskich i Mokotowskiej. W domu mam wydanie Dziennika z 1989 roku Res Publiki – z kawałkami wyciętymi przez cenzurę, ale właśnie teraz wydawnictwo MG wznawia tę wyśmienitą lekturę.

(Fot. Getty Images)

Sylwia Chutnik "Miasto zgruzowstałe. Codzienność Warszawy w latach 1954-1955"

Sylwia Chutnik "Miasto zgruzowstałe. Codzienność Warszawy w latach 1954-1955"  (Fot. Materiały prasowe)

Do Tyrmanda i jego Dziennika 1954 odwołuje się nie raz Sylwia Chutnik w swojej nowej książce Miasto zgruzowstałe. Codzienność Warszawy w latach 1954-1955. Dlaczego pisarka wybrała akurat te lata? „Co zostało w Warszawie z lat pięćdziesiątych, oprócz centralnie usytuowanych realizacji architektonicznych, takich jak MDM, Pałac Kultury i Nauki czy Muranów? Badanie określonego momentu historycznego pozwala na klarowne, niemal machinalne zawężenie i ograniczenie pola – mamy do dyspozycji skończoną liczbę odniesień” – wymienia wśród powodów Chutnik. Ilekolwiek by ich było, efekt jest świetny. Znajdziemy tu na przykład przesmaczny opis codzienności Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej (MDM), dzień 30 czerwca 1954 roku i tłumy mieszkańców usadowionych na cokołach kandelabrów wyznaczających plac Konstytucji, obserwujących przez ciemne szybki całkowite zaćmienie słońca.

Leopold Tyrmand "Zły"

Leopold Tyrmand "Zły" (Fot. Materiały prasowe)

Sylwia Chutnik przypomina też, że kandelabry z placu Konstytucji miały swój epizod romantyczny w Złym Tyrmanda, bowiem na stopniach jednego z nich przysiedli doktor Halski i Marta Majewska, włócząc się w ramach randki po okolicznych knajpach. A Zły to wspaniała powieść kryminalna o podziemnym światku Warszawy – który ulubił sobie Żelazną, Grzybowską, Twardą, Waliców, Krochmalną, Łucką, Sienną czy Ceglaną i Pańską, tak zwany Dziki Zachód, wcześniej będący dzielnicą żydowską – oraz o dzielnej Milicji Obywatelskiej. Autor zadedykował ją: „Mojemu rodzinnemu miastu – Warszawie”. Książka pojawiła się w księgarniach pod koniec 1955 roku. Czy miała wówczas takie wzięcie, jak obecnie?

Izabela Jarosińska "Zły. Instrukcja obsługi w porządku alfabetycznym"

Izabela Jarosińska "Zły. Instrukcja obsługi w porządku alfabetycznym" (Fot. Materiały prasowe)

Na pytanie o sławę Złego odpowiada historyczka i badaczka literatury Izabela Jarosińska. Przytacza opinię Marii Dąbrowskiej zanotowaną w dzienniku 3 lutego 1956 roku: „Niestety, po na pół przespanym dniu do trzeciej w nocy czytałam Złego Tyrmanda. Wszyscy się z tego wyśmiewają, a ja uważam to za ważną książkę dziesięciolecia. Może równie ważną, jak w swoim czasie Dzieje grzechu Żeromskiego; niższa klasa artyzmu, ale tak samo szmirowato-melodramatyczna; lecz rzeczywistość jest szmirowata i to powinno było znaleźć swój ekwiwalent w literaturze”. Jarosińska rozbiera Złego na części pierwsze w zabawny, pełen anegdot sposób, a przy okazji przybliża nieistniejącą już Warszawę tamtej epoki w porządku alfabetycznym. Pod literą „K” mamy Kameralną. Tam wybierają się doktor Halski i Marta, „by zapomnieć” o tym, co czai się nad miastem. W restauracji spotykają wszystkie ważne postaci nadchodzących zdarzeń, „choć na razie nie wszyscy się znają, a nikt nie wie, że wkrótce wpadną w sieć »sprawy Złego«. 

Marek Hłasko "Piękni dwudziestoletni"

Marek Hłasko "Piękni dwudziestoletni" (Fot. Materiały prasowe)

W tym samym czasie do Kameralnej przy Foksal chadzał Marek Hłasko, autor chyba najpiękniejszego opisu modnego lokalu, zamieszczonego w książce Piękni dwudziestoletni (wydanej po raz pierwszy w 1966 roku przez Instytut Literacki w Paryżu): 

„Kameralna była restauracją pomyślaną bezbłędnie i dzieliła się na trzy części: Kameralna dzienna pierwsza, Kameralna dzienna druga i Kameralna nocna. Odkrywczość tego pomysłu gastronomiczno-architektonicznego polegała na tym, że można było zacząć pijaństwo w Kameralnej drugiej dziennej już wcześnie rano; po czym można było przejść na obiad do Kameralnej pierwszej, bawić się kielichem do wieczora, kiedy to otwierano Kameralną nocną, i tam dopiero wyrobić się towarzysko i dramatycznie. Do Kameralnej dziennej pierwszej i drugiej mógł wejść każdy łachudra; natomiast w Kameralnej nocnej obowiązywała pewna etykieta: otóż gość musiał mieć krawat i marynarkę. (…) Ponieważ ja sam w owym czasie nie miałem stałego miejsca zamieszkania, a garderobę gubiłem na skutek częstych zatargów z innymi mieszkańcami stolicy, wpadłem na pomysł wręcz spartański w swej prostocie: otóż nabyłem w Państwowym Domu Towarowym welwetową marynarkę i krawat i zostawiłem je w garderobie Kameralnej nocnej. Dzięki temu natychmiast po przyjściu przemieniałem się z brudnego łachudry w młodzieńca z klasycznym wykształceniem, rokującego nadzieję na przyszłość; i w radosnych podskokach wbiegałem na salę”.

(Fot. Getty Images)

Janusz Głowacki "Z głowy"

Janusz Głowacki "Z głowy" (Fot. Materiały prasowe)

W życiu knajpiano-towarzyskim Warszawy (i Nowego Jorku) lubował się Janusz Głowacki i chętnie je relacjonował. Jedna z opowieści, która najbardziej utkwiła mi w pamięci, to ta z tomu Z głowy zatytułowana W Trójkącie Bermudzkim. Na ów Trójkąt składały się klub Hybrydy – „W Hybrydach się piło, ale tylko piwo i wino, oraz tańczyło najpierw rock and rolla, a potem twista”. A także bar Przechodni przy ulicy Mokotowskiej – „gdzie piwo łamało się Wyborową”. No i meta wszelkich podróży, kawałek dalej w stronę placu Zbawiciela: przychodnia skórno-wenerologiczna, w której zanikały podziały klasowe i zawierało się ciekawe znajomości. Obok młodych, zranionych w uczuciach romantyków, a także mężczyzn bez zasad i kobiet bez złudzeń z tak zwanej inteligencji, stałymi gośćmi byli przedstawiciele środowisk robotniczych”.

W PRL-u po prostu leczyło się syfilis, niekiedy tak powszechny jak katar.

Miron Białoszewski "Tajny dziennik"

Miron Białoszewski "Tajny dziennik" (Fot. Materiały prasowe)

Zupełnie inne życie towarzyskie stolicy preferował Miron Białoszewski. Wolał mieszkania, pokoje, najlepiej zaciemnione grubymi zasłonami. To był jego mikrokosmos. Tuż po wojnie dzielił z rodzicami pokój w kamienicy przy Poznańskiej. Został tam, gdy rodzice się rozwiedli i wyprowadzili. Pokój był tak mały, że mieściło się tylko łóżko, w którym Białoszewski spędzał dnie i w którym przyjmował gości. Jeśli nie szedł akurat na Tarczyńską do swojego teatru. Potem zamieszkał przy placu Dąbrowskiego. A gdy w 1975 roku rozstał się z wieloletnim partnerem, Leszkiem Solińskim, wylądował w mrówkowcu przy Lizbońskiej. Odbierał to jak wygnanie z Warszawy. Miejsce, w którym spędził ostatnie lata życia, nazywał Chamowem. To po przeprowadzce zaczął prowadzić Tajny dziennik, w którym notował codzienne wydarzenia towarzysko-artystyczne-przyziemne, wyprawy na Hożą do przyjaciółki Jadwigi Stańczakowej, na Żoliborz do Tadeusza Sobolewskiego czy na „filmikowanie” z Romanem Klewinem i Adrianą Buraczewską-Klewin. Gdy był na Lizbońskiej, starał się oswoić z Chamowem. „Siedziałem nieco w domu, żeby zwalczyć uprzedzenia. Hałasy są różne. W godzinach pracy. Coraz ktoś coś przybija. I niżej, i obok, i wyżej, i na dachu” – notował.

Paweł Sołtys "Mikrotyki"

Paweł Sołtys "Mikrotyki" (Fot. Materiały prasowe)

Paweł Sołtys vel Pablopavo, rocznik ’78, muzyk i tekściarz, ale i warszawiak, dużo lepiej odnajduje się na „chamowach”. W Mikrotykach – mikroopowiadaniach – wychodzi z domu i wędruje ulicami między blokami Sadyby i Stegien – Sardyńską, Bonifacego, Maltańską. Na końcu dzielnicy była Stokrotka, knajpa „w końcu lat siedemdziesiątych urządzona, i do czasu, gdy zacząłem tam bywać, zmieniono niewiele. (…) Zazwyczaj gdy wchodziłem, brydżowe, mocno już emeryckie kółko witało mnie skinieniami wistujących głów, a pani Kasia albo pani Dorota pytającym spojrzeniem, jakby nie wiedziały, że wezmę wątróbkę drobiową i duże piwo”. Jest też Grochów ze starymi kamienicami. Ale przede wszystkim są mieszkańcy, w których historie wsłuchuje się Sołtys, a słuch ma doskonały – ten do słów też.

Błażej Brzostek, Wojciech Kuczok, Maciej Łubieński, Agata Passent, Monika Powalisz, Michał Walczak "Rzeczy dzieją się w Warszawie. Nowe legendy miejskie"

Błażej Brzostek, Wojciech Kuczok, Maciej Łubieński, Agata Passent, Monika Powalisz, Michał Walczak "Rzeczy dzieją się w Warszawie. Nowe legendy miejskie" (Fot. Materiały prasowe)

Warszawa pęcznieje od opowieści swoich mieszkańców i nigdy nie mamy ich dość. Ostatnio Muzeum Warszawy poprosiło sześciu pisarzy, by napisali nowe legendy miejskie stolicy, inspirowane eksponatami z wystawy Rzeczy warszawskie. I tak na przykład Maciej Łubieński ofiaruje nam śliczną historię o szwedzkim spisku, wyjaśniając, dlaczego warszawska IKEA mieści się na Targówku. Bowiem tam w 1656 roku rozgrywała się bitwa warszawska, a działo się to już po odparciu Szwedów spod Częstochowy. Polska husaria i tym razem świetnie dała radę, po stronie wroga ocaleli tylko porucznik Westergard i kapral Pedersen. I oto cztery i pół stulecia później na tym samym placu stają inżynierowie szwedzcy o tych samych nazwiskach. To potomkowie dzielnych wojaków, którzy pod pretekstem budowy IKEI, przybyli, by pomścić praprapradziadów i odnaleźć zakopany przez nich skarb. 

* Warszawa jest przewodnim tematem październikowo-listopadowego wydania magazynu „Vogue Polska”. Do kupienia w salonach prasowych oraz na Vogue.pl.

Vogue Polska październik-listopad 2020 (Fot. Stanisław Boniecki)

 

Maria Fredro-Boniecka
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę