Znaleziono 0 artykułów
20.08.2019

Nie możemy stracić głowy

„Judyta i Holofernes” Caravaggia (Cabinet Turquin/Ferrari Press/East News)

Drag queen Mariolkaa Rebell podczas występu podcięła gardło dmuchanej lalce z doczepionym zdjęciem arcybiskupa Marka Jędraszewskiego. W Stanach podobny gest uczyniła komiczka Kathy Griffin z głową Donalda Trumpa. Oba te przypadki pokazują, że wolność ekspresji, nawet artystycznej, jest ograniczona nie tylko prawem, ale także obyczajem, kontekstem czy zwyczajną ludzką wrażliwością.

„I love to be famous!” – krzyknęła kiedyś Trixie Mattel prosto w twarz swej partnerki w szołbizie, której na imię Katya. Było to w którymś odcinku ich internetowego, kampowego do bólu, programu „UNHhhh”, oglądanego na YouTubie przez kilka milionów ludzi na całym świecie. Obie drag queens są dzisiaj sławne i obie, zdaje się, to kochają, bo która królowa nie chciałaby być sławna na świat cały? Problemy zaczynają się wtedy, gdy człowiek cieszy się złą sławą. Przekonała się o tym boleśnie Mariolkaa Rebell, poznańska drag queen, która pewnego sobotniego wieczoru postanowiła na scenie gejowskiego klubu Punto Punto podciąć gardło dmuchanej lalce z przyczepionym doń zdjęciem arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, a następnie utaplać się w sztucznej krwi czy też innej czerwonej mazi. Zdjęcie to w długi sierpniowy weekend zszokowało cały kraj, zajmując czołówki wszelakich mediów. I sprowadziło na pannę Rebell głosy potępienia oraz prokuraturę.

Sprawę tę można rozpatrywać na kilku poziomach: prawnym (zadźganie kukły z wizerunkiem żyjącej osoby jako zachęta do popełnienia zbrodni), politycznym (wzmocnienie państwowo-kościelnej kampanii nienawiści wobec osób LGBT), wizerunkowym (obarczanie całej tęczowej społeczności winą za wybryk jednej osoby) czy etycznym (gest dekapitacji w kontekście obowiązujących norm społecznych). Taki też miała wymiar dyskusja, która przetoczyła się weekendowo przez media społecznościowe. Jedni – jak piszący te słowa – kategorycznie potępili występ drag queen, drudzy próbowali go zrozumieć, usprawiedliwić lub zbagatelizować, a jeszcze inni nie widzieli w nim zupełnie nic złego, zwłaszcza w relacji z werbalnymi atakami, podczas których osoby LGBT wyzywa się od „zarazy”, „zboczeńców” i „błędów antropologicznych”.

Jest akcja, jest reakcja – pisali broniący poznańskiego występu, bo zaszczuta zwierzyna łowna, którą stały się we współczesnej Polsce osoby LGBT, zacznie w końcu, doprowadzona do ostateczności, boleśnie kąsać. Cóż, być może tak właśnie będzie. Nie potrafię tego przewidzieć, ale chciałbym – mimo wszystko – byśmy w tym coraz większym emocjonalnym rozedrganiu próbowali jednak zachować pewne standardy, bo w kwestii walki o prawa człowieka starotestamentowa zasada „oko za oko” zwykle nie działa. A jeśli już, to raczej na korzyść wszystkich tych, którzy używają wobec nas, nieheteronormatywnej społeczności, hitlerowskiego języka i przemocy fizycznej. Wiem, to jest bardzo trudne, ale mimo wszystko trzymałbym się mocno słów Michelle Obamy, która mówiła: „When they go low, we go high”. Jędraszewskiego, wyjątkowo obrzydliwą postać, można krytykować, wyśmiewać, oprotestować i bojkotować (możliwości, jakie daje liberalna demokracja, są spore), ale performowanie poderżnięcia mu gardła, szczególnie w kontekście niedawnego zadźgania nożem prezydenta Pawła Adamowicza, jest nie do zaakceptowania. Kropka.

Wszystkich mających wątpliwości w tej sprawie zachęcam do wyobrażenia sobie imprezy narodowców, podczas której podrzynane jest gardło kukle ze zdjęciem Roberta Biedronia. Czy wtedy także część liberalno-lewicowego feja produkowałaby statusy o tym, że nic się nie stało? Śmiem wątpić. Śmiem także wątpić w to, że prokuratura zajęłaby się natychmiast tą sprawą, bo nie mogę sobie przypomnieć, jakie konsekwencje poniosły „polskie patrioty” wieszające na szubienicach zdjęcia posłów opozycji. Jak to w końcu jest? Nie można performować podcinania gardła, ale można wieszać na szubienicy? Bardzo jestem ciekaw prawnej wykładni organów polskiego wymiaru sprawiedliwości w tej sprawie, bo dla mnie jest dość oczywiste, że nie można ani wieszać, ani podcinać gardeł. Takie performance’y potrafią się bowiem zamieniać w czyny jak najbardziej nieudawane. Jak pół roku temu, kiedy nieznani do dzisiaj sprawcy podcięli gardło algierskiemu studentowi medycyny i jego krwią napisali na ścianie „GAY”. Być może słyszeli płomienne przemowy Yahya Jammeha, niedawnego prezydenta Gambii, który zachęcał do podcinania gejom gardeł. „Homoseksualizm jest przeciwko Bogu, przeciwko człowiekowi i przeciwko cywilizacji. Jeśli złapiemy jakiegoś homoseksualistę, pożałuje, że się urodził. Jeśli to robicie w Gambii, poderżniemy wam gardła!” – ostrzegał pan prezydent. Jego tyrady są w dużej mierze podobne do dehumanizujących osoby LGBT homilii Jędraszewskiego i innych kościelnych funkcjonariuszy. Różnica polega tylko na tym, że Jędraszewski nie wzywa (jeszcze) do mordowania. I wolałbym, żeby w naszej społeczności też nie było ani jednej osoby, która nawet scenicznym wygłupem mogłaby sprawiać najmniejsze wrażenie, że wędruje w tę stronę.

W dyskusji po rzeczonym wydarzeniu najbardziej mnie jednak zainteresowały – jako człowieka świata kultury – intelektualne meandrowania tej ludności, która broniła występu jako radykalnego scenicznego działania, a samą Mariolkęę Rebell uznała – uwaga! – za spadkobierczynię wiedeńskich akcjonistów, a nawet za współczesne wcielenie bachicznej Agawe, dzierżącej w dłoniach zakrwawioną głowę jej rozszarpanego chwilę wcześniej przez menady syna, Penteusza. Ja bym się na tym nie zatrzymywał i dodał, że poznańska drag queen jest w linii prostej potomkinią biblijnej Judyty, która ocaliła swą rodzinną Betulię, odcinając, po uprzedniejszym upiciu, głowę Holofernesowi. A może nawet, niczym Atena, wyskoczyła w pełnym dragu z głowy Zeusa! Doprawdy, są jakieś granice wypisywania idiotyzmów. Nie jest bowiem panna Rebell ani Hermannem Nitschem, ani Günterem Brusem. Jej występ(ek) należy raczej rozpatrywać w kontekście działań standuperskich, testujących nieustannie – bardziej lub, jak w tym przypadku, mniej udanie – granice wolności słowa, a te, nawet w mających na tym punkcie obsesję Stanach Zjednoczonych, jednakowoż istnieją.

Przekonała się o tym nie tak dawno Kathy Griffin, jedna z najbardziej znanych amerykańskich komiczek. W lutym 2017 roku wrzuciła do sieci zdjęcie, na którym trzyma gumową maskę wystylizowaną na zakrwawioną głowę prezydenta Donalda Trumpa. Rozpętała tym prawdziwe piekło, które złamało jej karierę. W ciągu 24 godzin odwołano wszystkie jej występy, porzucili ją współpracownicy i sponsorzy, z telewizyjnych ramówek usunięto jej programy i przestano gdziekolwiek zapraszać, a Departament Sprawiedliwości wespół z Secret Service rozpoczęły postępowanie w sprawie podejrzenia popełniania przestępstwa polegającego na podżeganiu do zamordowania prezydenta USA. Wiązało się to z wieloma przesłuchaniami, wpisaniem przez FBI na No Fly List i potencjalną karą dożywotniego więzienia. Oczywiście tylko szalona osoba mogłaby uznać, że Kathy Griffin zachęca do zamordowania Trumpa, i tylko szalona osoba mogłaby choć przez chwilę pomyśleć, że Mariolkaa Rebell zachęca do zamordowania Jędraszewskiego. Jednak oba te przypadki pokazują, że wolność ekspresji, nawet artystycznej, jest w taki czy inny sposób zawsze ograniczona nie tylko prawem, ale także obyczajem, kontekstem czy zwyczajną ludzką wrażliwością.

Na publiczne przeprosiny Kathy Griffin, która zwykle za nic nie przeprasza, decydujący wpływ miał telefon od Rosie O’Donnell, która powiedziała przyjaciółce: „Jeżeli nie obchodzi cię, co myśli Trump, pomyśl, co czują rodzice Daniela Pearla”. Pearlowi, porwanemu w 2002 roku dziennikarzowi „The Wall Street Journal”, islamscy fundamentaliści najpierw poderżnęli gardło, potem odcięli głowę, a następnie nagranie z egzekucji wrzucili do sieci. Po tej rozmowie Griffin opublikowała dramatyczne przeprosiny. Dzisiaj, po ponad dwóch latach od skazania na społeczną banicję, wraca do świata żywych znakomitym filmem dokumentalnym i stand-upem „Kathy Griffin: A Hell of a Story”, podczas którego czyta między innymi wysyłane jej obficie listy z pogróżkami. Wiele pogróżek dostała też Mariolkaa Rebell, również po publicznych przeprosinach. Drag queen tłumaczy w nich, że performance z lalką był emocjonalną odpowiedzią na nienawistne słowa Jędraszewskiego, ale rozumie, że przekroczyła granicę, bardzo tego żałuje i przeprasza. Dość jasne stanowisko w tej sprawie zajęły także organizacje LGBT. Poznańska Grupa Stonewall napisała: „Oświadczamy, że nasze stowarzyszenie stanowczo odcina się od takich działań. Nie ma zgody na nawoływanie do przemocy. Żaden kontekst tego nie usprawiedliwia. Wolność artystyczna kończy się tam, gdzie zaczyna przemoc. Zachowujmy standardy, których utrzymania wymagamy od innych”. Tymczasem ani biskup Jędraszewski, ani Episkopat nigdy nie przeprosili za homilie i kazania podżegające do przemocy wobec osób nieheteronormatywnych. I taka to jest, mniej więcej, różnica między moralnymi zasadami jednej i drugiej strony.

 

Mike Urbaniak
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę