Znaleziono 0 artykułów
02.05.2020

Okuniewska: Każdy się czasem głupio zakochuje

(Fot. Amadeusz Pijański / arch. prywatne)

Każdy z nas skazał się kiedyś na relację, która od początku była skazana na płaczki – mówi Joanna Okuniewska w jednym z najpopularniejszych podcastów Spotify „Ja i moje przyjaciółki idiotki”. Zapomnijcie o Carrie Bradshaw. Poznajcie dziewczynę, która wie, jak współcześnie opowiadać o nieudanych miłościach. 

Choć do miłości podchodzi śmiertelnie poważnie, w swoim podcaście o seksie, randkach i relacjach opowiada tak, że płaczę ze śmiechu. To historie o fatalnych, upokarzających i od początku nierokujących przypadkach, które wyciąga z własnej biografii albo doświadczeń bliższych i dalszych koleżanek. Dlaczego? Żeby odreagować. 

Okuniewska wychodzi z założenia, jeśli ktoś jest wrażliwy i idealistycznie podchodzi do uczuć, bez względu na płeć staje się „idiotką”, która dostanie od życia po łapach. Zanim znajdzie prawdziwą miłość, spotka całą galerię nieodpowiednich partnerów, którzy będą kłamać, ranić i motać. Od Dżepetta, „który struga głupa i robi z nas pajaca”, przez Zaginionego „znikającego jak fatamorgana” aż po Toksynę, „odporną na każdy detoks”. A ponieważ idiotka fakty filtruje przez różowe okulary w kształcie serduszek, to zamiast metodycznie się odkochać i uciekać z niezdrowej relacji, będzie „idiotkować”, czyli coraz mocniej angażować się, czekać i usprawiedliwiać partnera. Aż w końcu coś w tym sklejanym na siłę świecie pęknie z hukiem i idiotka boleśnie spadnie na ziemię. – Wszyscy czasem tak mamy, dlatego kocham was kochane idiotki damskie i męskie – mówi Joanna w audycji. Nagrywa kolejne odcinki podcastu i wydaje książkę „Ja i moje przyjaciółki idiotki”, by poklepać po plecach i podarować trochę dystansu.

Przez moment wydaje mi się, że Okuniewska jest jak Carrie Bradshaw z „Seksu w wielkim mieście” – umie obserwować, jest spontaniczna i w zręczny sposób przepracowuje „naiwne” sercowe tematy, tak, że pomimo banalnego scenariusza stają się pasjonującą opowieścią. Jednak wszystko dzieje się 20 lat później w zupełnie innej rzeczywistości. Joanna mieszka na emigracji, gdzie pracuje w restauracyjnej kuchni, a na swoich dwóch bardzo popularnych podcastach właściwie nie zarabia. Jak mówi: – Nie to jest najważniejsze. Zamiast wydawać pieniądze na drogie ciuchy, woli oszczędzać i inwestować w psychoterapię, bo: – To higiena życia. Poza tym lubię uczyć się czegoś od mądrzejszych. 
Ma 26 lat, narzeczonego i zazwyczaj czuje się szczęśliwa. Z Carrie Bradshaw łączy ją chyba tylko wsparcie, jakie przekazuje fankom i fanom. Poznajcie Joannę Okuniewską.

(Fot. Amadeusz Pijański / arch. prywatne)

Ćwiczenia z niezależności

Wychowywała się w Olsztynie. – To małe miasto, można je obejść spacerem w półtorej godziny. Kiedy chodziłam do liceum, były trzy fajne szkoły, dobrze się znaliśmy, zwłaszcza że to był moment, kiedy pojawiły się media społecznościowe – wspomina. – Wydawało mi się, że wszyscy wyjadą i w Olsztynie zostaną tylko rodzice, więc też tak zrobiłam.
Wybrała Łódź i studia na mikrobiologii. – Kierunek mnie pociągał, ale nie miałam głowy do przedmiotów ścisłych i nie umiałam cytować formułek z pamięci. Moi znajomi poszli na prawo i medycynę, nie mogłam być gorsza – mówi. Do dyplomu zabrakło jej jednego egzaminu i napisania pracy licencjackiej, ale studiów nie skończyła i – jak zarzeka się – nigdy do nich nie wróci. Na pół roku przed końcem odkryła bowiem coś, co zupełnie zawładnęło jej głową – niezależność. – Miałam wielką potrzebę dorosłości. Chciałam decydować o sobie i sama się utrzymywać. Łatwo wpadłam w pułapkę pracy i studiowania jednocześnie – opowiada. Zaczęło się od prostego zadania, Joanna miała zostać recepcjonistką na siłowni. Pracowitość i ciekawe pomysły sprawiły, że szybko awansowała na menedżerkę. Jej nową rolą było dbać o zespół, kontrolować finanse i zarządzać klubem. – Do dziś śni mi się zepsuta winda – uśmiecha się. – Na początku pękałam z dumy, ale dla 21-latki bez żadnego doświadczenia to była miażdżąca odpowiedzialność. Dawałam z siebie wszystko, a każdego dnia czułam, że tracę kontrolę nad tym, co dzieje się z moim życiem. 

Przebyła drogę z euforii po wyczerpanie i zwątpienie. – Przestałam wychodzić z domu. Wpadłam w depresję. Kiedy po kilku miesiącach stanęła na nogi, wiedziała, że musi wymyślić się na nowo.

(Fot. Amadeusz Pijański / arch. prywatne)

„Mad Men” w Warszawie

Któregoś dnia, podczas rozmowy ze znajomym, doszłam do wniosku, że to, co wychodzi mi najlepiej, to kreatywne pomysły – wspomina. Od słowa do słowa pojawił się plan: praca w agencji reklamowej. –Ta branża wymaga dwóch rzeczy – kreatywności i posługiwania się językiem polskim. Uznałam, że spełniam kryteria. Za cenne doświadczenie uważałam też prowadzenie facebookowego profilu „Wróżka ze Zgierza” – opowiada rozbawiona.

Tak naprawdę jednak nie miała o branży pojęcia. Googlowała, co znaczą anglojęzyczne nazwy zawodów. Sprawdzała liczące się agencje, później obserwowała je w mediach społecznościowych, a kiedy otwierały rekrutację, zgłaszała się.
– Dostawałam absurdalne zadania, np. „wprowadzenie na rynek krasnali ogrodowych i dotarcie z nimi do milenialsów”. Nie miałam pojęcia, jak się do tego zabrać, więc działałam intuicyjnie – mówi. Kupiła małego gipsowego krasnala i, wzorem filmowej Amelii, zrobiła mu sesję zdjęciową w różnych punktach miasta. – Kiedy przyjechałam do Warszawy na rozmowę o pracę, dostałam propozycje z dwóch różnych agencji.
Po dwóch tygodniach mieszkała już stolicy.

(Fot. Amadeusz Pijański / arch. prywatne)

W mojej nowej pracy była zjeżdżalnia, ściana z prawdziwego mchu i dywan utkany z sieci rybackich – opowiada. Przez trzy lata pracowała jako copywriterka – wymyślała kampanie i niestandardowe akcje, np. teleturniej prowadzony przez Maffashion w czasie rzeczywistym transmitowany jednocześnie przez Snapchata, Instagram i Facebook.
Za swój odkrywczy wtedy pomysł Joanna dostała miecz KTR, prestiżową w branży nagrodę.
– Wreszcie poczułam, że jestem w czymś dobra. Trafiłam też na świetnych ludzi i nauczyłam się pracy w zespole. Odbijaliśmy od siebie słowa i pomysły, to była prawdziwa kreatywna pożywka. 
Ale po jakimś czasie zespół się rozpadł, Joanna zmieniła pracę i straciła dawną energię. – Przez rok robiłam projekty do szuflady, a ja potrzebuję wymiernych efektów – przyznaje. – Poza tym wymyślanie w samotności, bez burzy mózgów, bez reakcji ludzi nie sprawdzało się.

Znów zaczęła osuwać się w ciemność. Była zmęczona Warszawą, tym, że nie zna sąsiadów, a jednocześnie jest przebodźcowana. Nie podobało jej się, co dzieje się w polityce. – Mam taką naturę, że jeśli czuję, że coś jest nie tak – w pracy, w związku, w życiu, to wychodzę – mówi. W wyszukiwarce Google sprawdziła rankingi najlepszych krajów do emigracji. Padło na Islandię.

Moc radia

Był 2018 r., do Reykjaviku przyleciała ze swoim chłopakiem. Żadne z nich nigdy wcześniej tu nie było. Amadeusz zatrudnił się jako kelner, Joanna zaczęła pracę w kuchni. – Wreszcie mogłam zobaczyć efekty, np. policzyć, ile osób nakarmiłam jednego dnia. To przynosiło satysfakcję. 
Zachwyciła ją też kameralna skala miasta i oszałamiająca natura dookoła. Ale i tu musiała zmierzyć się z widmem depresji. Wtedy z pomocą przyszedł Ted, pracujący na wyspie amerykański psycholog, który na milczący smutek Joanny znalazł prosty sposób: niech zacznie mówić do mikrofonu w czterech ścianach i nagrywać podcasty.

Pamiętam, jak w dużej bluzie i spodniach od dresu pojechałam do sklepu po mikrofon. Były dwa do wyboru i zaraz mieli zamykać, więc oczywiście wzięłam ten tańszy i kiedy wróciłam, zaczęłam pracę. Mówiłam o wszystkim – wspomina. Nagrywała po polsku, więc Ted nie miał żadnego dostępu do materiału. Joanna robiła to dla siebie, a technika przyniosła zaskakujące efekty. W pewnym momencie założyła zwykłe darmowe i nieprzynoszące zysków konto, które może stworzyć każdy użytkownik Spotify. 

(Fot. Amadeusz Pijański / arch. prywatne)

Opublikowała od razu trzy nagrania. Zgodnie z opisem to były „osobiste dramaty i komedie, wieczne zaczynanie od początku, nocne przemyślenia i rzutnik zorzy polarnej, czyli dźwiękowy zapis tego, „o czym myślę, gdy 12 godzin stoję, kroję, siekam, smażę i piekę”. Zdecydowała się na nazwę „Tu Okuniewska” i nie spodziewając się niczego więcej niż ożywienie kontaktu ze znajomymi, opublikowała linki w swoich mediach społecznościowych. Wkrótce popularność jej podcastu poszybowała. A Joanna ośmielona efektem postanowiła pójść za ciosem.

Wspominając zabawną rozmowę z przyjaciółkami, w których wymieniały się historiami o fatalnych zauroczeniach i miłościach bez szans na powodzenie, stworzyła drugi podcast „Ja i moje przyjaciółki idiotki”. W ciągu roku powstało ponad 30 odcinków. Okazują się terapeutyczne nie tylko dla samej autorki, lecz także rzeszy oddanych słuchaczy. 

Kiedy rozmawiamy przez komunikator, pandemia trwa już ponad miesiąc. Obie siedzimy uwięzione w domach i wpatrujemy się w swoje twarze za pośrednictwem kamer. Joanna wykorzystuje ten czas, rozwijając nowy projekt. – Zawsze chciałam zebrać ten cały materiał do kupy, uporządkować, uzupełnić poradami ekspertów i wydać w formie książki. To będzie kompendium, po które sięgasz, kiedy masz doła albo dajesz w prezencie przyjaciółce, która jest po burzliwym rozstaniu – mówi. – Chciałam, żeby przywracała uśmiech, była piękna i dopracowana w każdym detalu. Wkładam w nią tyle energii, że traktuję jak własne dziecko. I wydaję ją sama, bez żadnego wydawnictwa – mówi z przekonaniem, jak zawsze, kiedy porywa się z motyką na słońce.

 
Basia Czyżewska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę