Znaleziono 0 artykułów
30.12.2018

Patti Smith: Poetka śpiewa rocka

Patti Smith (Fot. Getty Images)

Nazywa się ją największą poetką rocka. Jest jedną z najważniejszych kobiet w historii współczesnej muzyki, została okrzyknięta matką chrzestną i ikoną punk rocka. „Rolling Stone” umieścił ją na liście 100. najważniejszych artystów stulecia, a jej album „Horses” zaliczany jest do grona 500. najbardziej przełomowych krążków. Niepokorna, pełna sprzeczności kobieta, której biografia jest jednocześnie historią pewnej epoki. Patti Smith nieustannie fascynuje. Dziś obchodzi 72. urodziny.

Postanowiła zostać artystką, kiedy jako 12-latka pierwszy raz odwiedziła muzeum. W przeciwieństwie do rodzeństwa, które bardziej niż dzieła sztuki interesowały wyścigi po marmurowej posadzce, wpatrywała się w obrazy jak zahipnotyzowana. Zrozumiała, że jest inna, bo, jak pisała później, „być artystą znaczy widzieć to, czego inni nie widzą”.

Patti Smith nie chciała podzielić losu matki, piosenkarki jazzowej, która skończyła jako kelnerka w podrzędnym barze. Nie bała się wyruszyć w pogoń za marzeniami i choć w początkach kariery borykała się z biedą i głodem, wreszcie odniosła sukces. Jej debiutancka płyta „Horses” trafiła na listę stu najważniejszych płyt wszech czasów. Przyjaźniła się z ikonami artystycznego światka nowojorskiej kontrkultury przełomu lat 60-tych i 70-tych. A potem zostawiła to wszystko, by skupić się na życiu rodzinnym, zamilkła. Splot tragicznych wydarzeń sprawił, że straciła niemal wszystkie bliskie osoby. Ukojenie znalazła w powrocie na scenę. Dziś Patti Smith koncertuje, pisze książki, jest zaangażowana społecznie.

Patti Smith (Fot. Getty Images)

Dziwadło

Reklama

Patricia Lee Smith przyszła na świat 30 grudnia 1946 roku w Chicago. Jej ojciec dostał jednak pracę w firmie Honeywell, więc rodzina przeniosła się do New Jersey. W niewielkiej, prowincjonalnej miejscowości Deptford Township matka, Beverly, która poświęciła karierę śpiewaczki jazzowej dla życia rodzinnego, próbowała wychować córkę w duchu religijności. Szybko okazało się jednak, że Patti ma własne zdanie i nie interesuje jej szczególnie ani szkółka niedzielna, ani rady matki, która przekonywała dorastającą córkę, że jeśli chce podobać się chłopcom, powinna używać czerwonej szminki. Patti wolała zaczytywać się w poezji Rimbauda i Baudleaire’a, słuchać Niny Simone i malować obrazy. Małomiasteczkowa społeczność, za ideał urody poczytująca popularne, wyfryzowane pin-up girls uważała ją za dziwadło. Szczupła, obdarzona androgeniczną urodą dziewczyna przygotowywała się do zawodu nauczycielki, ale w głębi duszy marzyła o czymś więcej. Zawsze czuła się inna, a kiedy w muzeum zobaczyła obrazy Dalego i Picassa, zrozumiała, że chce być artystką. Niechciana, będąca owocem przelotnego romansu ciąża sprawiła jednak, że wszystkie jej plany stanęły pod wielkim znakiem zapytania. Młodzi nie byli gotowi, by zostać rodzicami, nie zamierzali też podporządkować się zasadom konserwatywnej, małomiasteczkowej społeczności i wziąć ślub z obowiązku. Kiedy ciąża zaczęła być widoczna, rodzice Patti, w obawie przed skandalem, wysłali córkę do rodziny zastępczej. Smith nie chciała podzielić losu matki, która poświęciła swój talent i zamiast śpiewać, pracowała jako kelnerka. Postanowiła oddać córeczkę do adopcji, a sama wyjechała do Nowego Jorku. Pieniędzy starczyło jej na bilet w jedną stronę i długi szary płaszcz ze sklepu z używaną odzieżą. Strój kojarzył jej się z ukochanymi francuskimi poetami symbolistami i miał być przeciwwagą dla fartuszka kelnerki, który do walizki spakowała jej matka.

W 1967 roku Nowy Jork był pełną twórczego fermentu mekką artystów, pełną przeróżnej maści odmieńców. Ale Patti Smith nie miała grosza przy duszy, zatrudniła się więc jako kelnerka. W znienawidzonej, kojarzącej się z matczyną klęską pracy, wytrwała trzy dni. Znalazła inną, lepszą – w księgarni. Mogła tam do woli zaczytywać się w dziełach Verlaine'a, Baudelaire'a, Rimbauda, Whitmana czy Blake'a. Ale zarabiane pieniądze ledwo starczały na życie i Patti często była głodna. Tak bardzo, że kiedy nieznajomy zaprosił ją na kolację, zgodziła się. W podejrzanej restauracji w nieznanej części miasta mężczyzna zaproponował dziewczynie, żeby spędziła z nim noc. Ratunkiem okazał się młody, przystojny chłopak o burzy kręconych włosów, którego Patti widywała wcześniej w księgarni. Zgodził się udawać jej zazdrosnego narzeczonego i razem opuścili restaurację. Tak zaczęła się wieloletnia przyjaźń, prawdziwy związek dusz.

Zwykłe dzieciaki

Młodzieńcem, który ocalił Patti Smith z opresji, był Robert Mapplethorpe, w przyszłości genialny fotograf, wówczas tak jak ona, poszukujący swej drogi, aspirujący artysta. Tak jak ona miał 20 lat i wielkie marzenia, niewspółmierne do stanu posiadania, ograniczającego się do kilku centów w kieszeni. Ale oboje byli na swój sposób piękni, a Nowy Jork był dla nich idealnym miejscem. Głodni kontaktu ze sztuką, z braku pieniędzy na dwa bilety, na wystawy chodzili pojedynczo, a potem dzieli się wrażeniami. Wspólnie włóczyli się po mieście w ekscentrycznych strojach. Patti w znoszonych sandałach i etnicznych chustach, Robert w serdaku nałożonym na goły tors i własnoręcznie zrobionych koralikach. Kiedyś podsłuchali jak starsze małżeństwo komentuje ich wygląd: „Zrób im zdjęcie, to chyba artyści” – sugerowała kobieta. Na co mężczyzna odparł: „Chodźże, to zwykłe dzieciaki.” Taki tytuł – „Just Kids” nadała Patti Smith wspomnieniowej książce o związku z Mapplethorpem, którą napisała w 2012 roku. Robert już wtedy nie żył, ale wcześniej i jemu, i Patti udało się zrealizować swoje marzenie – zostać artystami.

Od lewej: Lenny Kaye, Richard Sohl, Patti Smith, Jay Dee Daugherty i Ivan Kral (Fot. Getty Images)
Patti Smith podczas koncertu (Fot. Getty Images)

Ze skromnego mieszkanka Roberta para przeniosła się do legendarnego Chelsea Hotel – mekki nowojorskiej bohemy i przeróżnej maści ekscentryków. Mieszkały tu gwiazdki, takie jak Edie Sedgwick, artyści, jak Janis Joplin, ale też prostytutki i drobni złodziejaszkowie. Oprócz jedynej w swoim rodzaju atmosfery hotel miał tę zaletę, że można było w nim zawrzeć wartościowe znajomości. Takie jak ta z Salvadorem Dali, tym samym, którego obrazy Patti podziwiała jako 12-latka. Artysta zobaczył ją w holu i nazwał pięknym, gotyckim krukiem. Z kolei papież beat generation, poeta Allen Ginsberg, wziął Smith, która wzorując się na fryzurze Keitha Richardsa obcięła długie, czarne włosy za młodego chłopca i zaczął podrywać. W późniejszych latach tych dwoje połączyła wielka przyjaźń. Również Mapplethorpe był łasy na nowe znajomości. Choć zaczął otwarcie przyznawać się do homoseksualizmu, jego romanse z mężczyznami nie wpłynęły na przyjaźń z Patti. Razem uczestniczyli w nieustannej imprezie, odbywającej się w Chelsea. Podczas jednego z przyjęć poznali związanego ze środowiskiem Andy’ego Warhola kuratora Gerarda Malangę. Ten po krótkiej rozmowie zaproponował Patti udział w wieczorku poetyckim w kościele św. Marka. Podczas wydarzenia, tzw. otwartego mikrofonu, każdy, również amator, mógł zaprezentować swoją twórczość. Występ, podczas którego Smith akompaniował na gitarze Lenny Kaye okazał się sukcesem. Publiczność zakochała się w poetyckich tekstach Patti i jej charakterystycznym głosie i młodzieńczej energii. Posypały się propozycje publikacji, ale Smith, za namową Mapplethorpe’a postanowiła zamienić wiersze na piosenki.

Matka chrzestna punk rocka

W 1974 roku Patti razem z Lennym Kaye’em, Richardem Sohlem, Ivanem Kralem i Jayem Daughertym nagrali „Hey Joe”, singiel inspirowany porwaniem córki medialnego magnata, Patty Hearst. Na tym nie poprzestali. Zamknęli się w studio, by jako Patti Smith Group stworzyć jedną z najważniejszych płyt ubiegłego stulecia – debiutancki album „Horses”. Autorem okładki krążka był nie kto inny jak Robert Mapplethorpe. To Patti namówiła Roberta, by zaczął robić zdjęcia, ale ona stała się sławna jako pierwsza. Choć Mapplethorpe nie był jeszcze wówczas uznanym artystą, zdjęcie było świetne. Okładka pokazywała jasno, że Patti nie jest kolejną typową kobiecą wokalistką, jakich w połowie lat 70-tych było na pęczki. Ubrana w luźną, białą koszulę i czarne spodnie, z marynarką nonszalancko przerzuconą przez ramię ma w sobie coś majestatycznego. Zdjęcie stało się ikoną, która do dziś inspiruje twórców sesji modowych. Feministyczna krytyczka sztuki Camille Paglia określiła fotografię jednym z najwspanialszych zdjęć, jakie kiedykolwiek zrobiono kobiecie. A sama płyta, połączenie wczesnego punk rocka z poezją, była czymś, czego Nowy Jork jeszcze nie słyszał. Natychmiast stała się hitem, a Patti prawdziwą gwiazdą, przewodniczką estetycznej rewolucji i, jak później zaczęto ją nazywać, matką chrzestną punk rocka.

Patti Smith i Fred Sonic Smith (Fot. Getty Images)

„Jezus umarł za czyjeś grzechy, lecz nie moje” – słowa pierwszego utworu płyty wystarczyłyby, żeby przyciągnąć uwagę publiczności. Ale Patti nie chciała tylko szokować, muzyka była dla niej, na równi z poezją, środkiem artystycznego wyrazu. Łączyła poetyckie, na wskroś intelektualne teksty, z dźwiękiem elektrycznych gitar. Buzując jedyną w swoim rodzaju sceniczną energią, stała się ambasadorką kobiecości w zdominowanym przez mężczyzn świecie rocka. Pokazała, że kobieta może być kimś znacznie więcej, niż tylko gotową się oddać scenicznym półbogom groupie. Przemycała w tekstach feministyczne manifesty, które podkreślała swoją fryzurą i strojem. Tak jej muzyka, jak słowa piosenek i sceniczny wizerunek były jednością. A publiczność, która dość już miała sztucznych gwiazdek na jeden sezon, doceniła tę spójność i szczerość wyrazu.

Kolejny album Patti, „Radio Ethiopia”, również został świetnie przyjęty, a na następny, „Esther” trafiła piosenka „Because the Night”, która stała się przebojem. Napisana wspólnie z Brucem Springsteenem doczekała się wielu coverów. W 1978 roku Smith trafiła na okładkę magazynu „Rolling Stone”. Ale rok później, będąc u szczytu sławy, całkowicie wycofała się z życia publicznego. Zamilkła. Wszystko za sprawą męża, Freda „Sonica” Smitha, gitarzysty rockowego zespołu MC5. Smith zakochała się tak bardzo, że zostawiła za sobą Nowy Jork, przyjaciół, a przede wszystkim karierę. Przeprowadziła się do Detroit, rodzinnego miasta Freda. I być może do końca życia byłaby przykładną żoną i matką, gdyby jej poukładany świat pewnego dnia się nie zawalił. Zła passa zaczęła się w 1989 roku, kiedy na AIDS zmarł Robert Mapplethorpe. Patti uczciła jego pamięć, pisząc piosenkę „Wild Leaves”. Zaledwie rok później odszedł jej pianista Richard Sohl. Ale prawdziwą tragedię przyniósł rok 1994, kiedy mąż Patti, Fred umarł z powodu niewydolności serca. Artystka przeżyła ten cios tak bardzo, że nie potrafiła nawet wstać z łóżka ani zająć się małymi dziećmi. Ukochany starszy brat Todd czuwał przy niej i obiecał, że się wszystkim zajmie, pomoże jej. Nie zdążył. Zmarł na zawał zaledwie miesiąc po Fredzie. Wkrótce potem odeszli rodzice artystki.

Patti Smith (Fot. Getty Images)

Powrót

Lekiem na traumatyczne przeżycia okazała się muzyka. W 1996 roku Patti Smith nagrała pierwszą po 16 latach ciszy płytę. Od tamtej pory regularnie wypuszcza nowe albumy. W 2008 roku magazyn „Rolling Stone” opublikował listę stu najważniejszych artystów stulecia. Patti zajęła na niej 47. miejsce. Ale nie ogranicza się do muzyki. Pisze nie tylko wiersze, ale też prozę. W 2010 roku ukazała się jej książka, historia przyjaźni z Robertem Mapplethorpem, „Poniedziałkowe dzieci” (oryg. „Just Kids” – przyp. aut). Swego rodzaju hołd dla wybitnego fotografa, ale też dla pewnej epoki, stał się przetłumaczonym na wiele języków bestsellerem. Z kolei wydany pięć lat później „Pociąg linii M” to książka o próbie odnalezienia swojego miejsca w życiu. Smith jest też aktywna na innych polach. Ma na swoim koncie dwie kolekcje ubrań, które stworzyła wraz z przyjaciółką, projektantką Ann Demeulemeester. Jedna z nich nazwę zaczerpnęła od tytułu książki Patti – „Woolgathering”. Jest też aktywistką antywojenną, swoim poglądom daje wyraz w tekstach piosenek, brała udział w protestach przeciwko wojnie z Irakiem. Pytana o swój największy sukces, Patti Smith odpowiada, że uważa za niego fakt, że na jej koncerty wciąż przychodzą młodzi ludzie. Tacy, których nie było na świecie, gdy ona nagrywała pierwszą płytę. Artystka, która na scenie emanuje młodzieńczą energią, zdaje się opierać upływowi czasu. Tak samo, jak jej twórczość.

Natalia Jeziorek
Reklama
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę