Znaleziono 0 artykułów
01.09.2020

Polacy na festiwalu w Wenecji

01.09.2020
Śniegu juz nie będzie (fot. kadr z filmu)

Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji to zawsze wielkie wydarzenie. Nie tylko przekrojowy przegląd trendów w światowym kinie artystycznym, lecz także spotkanie gwiazd z całego świata, a dzięki niesłabnącemu od kilku lat zainteresowaniu Amerykanów także barometr oscarowych trendów. W zeszłym roku na weneckiej wyspie Lido debiutowało „Boże ciało” Jana Komasy, które ostatecznie stało się międzynarodowym hitem i zdobyło nominację do Oscara. Tegoroczna 77. edycja rozpoczyna nowy rozdział w historii wydarzenia.

Z powodu pandemii festiwale filmowe musiały w ostatniej chwili zrewidować plany. Niektóre, jak Locarno, KFF czy TIFF, zdecydowały się na wersję wirtualną, ale część – wśród nich tak istotni gracze, jak Cannes czy Telluride – po prostu edycję 2020 odwołało. Wenecki festiwal jest na tej mapie wydarzeniem wyjątkowym – pierwszym odbywającym się na miejscu festiwalem filmowym od pół roku. Ludzie kina z całego świata będą uważnie patrzeć organizatorom na ręce, oceniając procedury bezpieczeństwa. Sprawdzony zostanie też program. Z powodu ograniczeń w podróżowaniu wiele tytułów się na Lido nie pojawi lub przyjedzie bez ekipy. Powody do świętowania mają niewątpliwie Polacy. Będziemy mieć na festiwalu godną reprezentację.

„Śniegu już nigdy nie będzie”: Michał Englert i Małgośka Szumowska

To będzie wyjątkowy festiwal. Z jednej strony nie ma w tym roku na Lido Amerykanów, więc można pomyśleć, że łatwiej było się zakwalifikować. Z drugiej, nie było innych festiwali, więc udział to prawdziwe osiągnięcie – mówi uznany montażysta Jarosław Kamiński, współpracownik Pawła Pawlikowskiego, Władysława Pasikowskiego i Agnieszki Smoczyńskiej. W tym roku odpowiadał za film (debiutujących jako reżyserski duet) Małgośki Szumowskiej i Michała Englerta, który – jako pierwszy od pięciu lat polski film – pokazany zostanie w Konkursie Głównym. Twórcy oparli go na autorskim scenariuszu. Powstała opowieść o Żeni, masażyście ze Wschodu, który pracuje na bogatym, podmiejskim osiedlu. Ma wyjątkowy dar i uprzywilejowani mieszkańcy chętnie czynią go swoim powiernikiem. Jego niezwykłe zdolności odmienią życie każdego z nich.

Kamiński z Szumowską zna się od lat. Był wykładowcą w Filmówce, kiedy w 1994 r. zdawała na reżyserię. Mówi, że od razu dostrzegł w niej talent. Pierwszy raz pracowali razem dopiero w zeszłym roku, przy anglojęzycznej „Córce Boga”. – Odkąd obejrzałem „Śnieg…” na montażu, zastanawiam się, jak odbiorą go widzowie. Jest poruszający, ale przybiera też czasami groteskowy charakter. Na pewno rozśmieszy. To wielowątkowa opowieść. Jest tu bohater uruchamiający różne historie u różnych postaci, jak u Pasoliniego, choć nie aż tak filozoficzne. To jest kino życiowe, tajemnicze, dobrze zagrane. Szczególną uwagę zwracają świetne role kobiece. W roli Żeni zobaczymy znanego m.in. z serialu „Stranger Things” Aleca Utgoffa, w pozostałych – Maję Ostaszewską, Agatę Kuleszę, Weronikę Rosati, Katarzynę Figurę, Andrzeja Chyrę, Łukasza Simlata i Krzysztofa Czeczota.

„The Disciple”: Michał Sobociński

The Disciple /(fot. kadr z filmu)

Autorem zdjęć do tego nietypowego hinduskiego filmu jest polski operator Michał Sobociński („Sztuka kochania”). „The Disciple” to dopiero drugie dzieło Chaitanyi Tamhanego, także wybrane do Konkursu Głównego. Śledzi losy Sharada Nerulkara, który marzy, by zostać wykonawcą indyjskiej muzyki klasycznej. To długa droga, przypominająca nieco podróż aspirującego mnicha. Żeby móc się tym zająć, najpierw trzeba znaleźć guru, przewodnika i nauczyciela, któremu służy się nawet 40 lat. Dopiero po tym czasie można zostać dopuszczonym do wysokiego poziomu – poziomu improwizacji. – To film o przemijaniu snu. Z jednej strony bardzo „nieuniwersalny”, bo osadzony w specyficznym środowisku, kulturze. Z drugiej uniwersalny, bo opowiada o synu, który pragnie spełnić marzenie ojca i po drodze będzie musiał ustalić, czy to także jego marzenie – mówi Sobociński.

Choć kino indyjskie kojarzy się głównie z Bollywood, „The Disciple” nie mógłby być od tej estetyki dalszy. – To tak, jakby założyć, że każdy film amerykański to western – śmieje się operator. Według Sobocińskiego film Tamhanego jest niezależny i bardzo artystyczny. – To chyba jedyne takie doświadczenie w moim życiu. Wszystko musiało być po myśli reżysera. Pracowaliśmy wolno, kręcąc jedną scenę dziennie. Muzyka klasyczna Indii nie ma zapisu nutowego, więc przed kamerą występowali naturszczycy, z czego brało się nawet 50-70 dubli jednego kilkuminutowego ujęcia. Za to mogłem postawić takie światło, jakie chciałem, a każdy kostium, detal były idealne. Co ciekawe, film zrealizowany jest nie w hindi, a w języku marathi (tak, jakby w Polsce zrobiono film po śląsku).

Niesamowita jest historia o tym, jak Sobociński w ogóle na ten plan trafił. Reżyser „The Disciple” za pierwszy film dostał w 2014 r. w Wenecji Lwa Przyszłości – nagrodę za najlepszy debiut. Dzięki temu jego „Court” został indyjskim kandydatem do Oscara i wygrał Rolex Mentor and Protégé Arts Initiative, program filantropijny, w ramach którego Rolex znajduje zdolnemu twórcy patrona. Tamhane trafił pod skrzydła samego Alfonso Cuarona, któremu towarzyszył przy „Romie”. Meksykanin został potem producentem wykonawczym „The Disciple”. Kiedy Tamhane zapytał o radę Emmanuela Lubezkiego, operatora Cuarona, ten polecił mu właśnie Sobocińskiego. – Po zdobyciu głównej nagrody na Camerimage i wymienieniu na prestiżowych listach w Variety i American Cinematographer ze „Sztuką kochania” poleciałem na rozdanie nagród ASC [American Society of Cinematographers – przyp. red.] i tam się mieliśmy okazję spotkać. Okazało się, że bardzo im się spodobało to, co robię. Czy to nie jest niesamowite: Polak został polecony Hindusowi przez Meksykanów z Hollywood? – śmieje się Sobociński. Dla „The Disciple ” to dopiero początek drogi. Po debiucie w Wenecji trafi na TIFF, a następnie na New York Film Festival.

„Quo vadis, Aida?”: Ewa Puszczyńska, Antoni Komasa-Łazarkiewicz, Jarosław Kamiński

Quo Vadis, Aida? (fot. kadr z filmu)

W Konkursie Głównym znalazł się również film „Quo vadis, Aida?”, który jest koprodukcją Bośni i Hercegowiny, Austrii, Rumunii, Holandii, Niemiec, Francji i Norwegii. Polskę reprezentuje nagradzana producentka Ewa Puszczyńska („Zimna Wojna”, „Ida”). – Filmy wysokobudżetowe trudno realizować w ramach jednego kraju. Koprodukcja jest po to, żeby zgromadzić więcej pieniędzy. Liczą się też oczywiście aspekty pozafinansowe. Dzielimy się stroną kreatywną – montaż, kostiumy, muzyka są tu polskie – tłumaczy Puszczyńska. – Jestem wyznawczynią koprodukcji. To ma wymiar pozafilmowy. Poznają się ludzie, tworzą przyjaźnie, uczymy się siebie nawzajem, stajemy się bardziej tolerancyjni. Kino i filmy nie zmienią świata, ale poszczególnych ludzi tak.

Jak sama mówi, chciała wziąć w tym projekcie udział, bo reżyserkę filmu, Jasmilę Žbanić (nagrodzona Złotym Niedźwiedziem na Festiwalu w Berlinie „Grbavica”), ceni jako twórczynię i człowieka. – Wyznajemy te same zasady moralne, etyczne. „Aida…” jest o obojętności, bezsilności. Opowiada o wydarzeniach z przeszłości, ale jest bardzo aktualna. Akcja filmu rozgrywa się w Bośni w lipcu 1995 r. Tytułowa Aida jest tłumaczką ONZ w małym miasteczku Srebrenica. Kiedy serbska armia przejmuje miasto, jej rodzina znajduje się wśród tysięcy obywateli szukających schronienia w obozie ONZ. – Gdy byłem w Bośni, zobaczyłem, że to wszystko wciąż jest bardzo żywe – wtóruje Puszczyńskiej montażysta Jarosław Kamiński. – To napięcie jest bardzo intensywne. Mamy muzułmańskie miasto, a dookoła uchodźcy. Ksiądz zagłusza muezzina dzwonami, bogaty przedsiębiorca daje prace wszystkim, ale nie muzułmanom, w szkołach, niby dla wszystkich, dzieci są dzielone według wyznania. Mówi się, że Europa już 70 lat trwa bez większego konfliktu, ale przecież to nieprawda. Bałkany to nie jest obce ciało. To wcale nie jest odległa historia. Ten film jest strasznie aktualny.

Uderza bezpośrednio w serce. Ma ogromną siłę emocjonalną. Niby znamy te fakty, ale jakoś zdążyło się to wszystko już od nas oddalić – tłumaczy autor muzyki, Antoni Komasa-Łazarkiewicz. Masakra w Srebrenicy to jedno z najważniejszych wydarzeń w Europie końca XX w. Ale Žbanić postawiła na szczególny punkt widzenia. – Srebrenica to masakra mężczyzn, to oni zostali zabici, a my w tej zaciskającej się pętli mamy kobietę, która próbuje ochronić przed tym losem swoich najbliższych – tłumaczy Komasa-Łazarkiewicz, który włączył się w projekt na ostatnim etapie. Ustaliliśmy, że muzyka będzie stanowiła klamrę. W filmie jest kilka planów czasowych, do tego plan oniryczny. Muzyka tylko dotyka tych momentów. Nie ma jej dużo, ale otwiera i zamyka film, stanowi mocną ingerencję w tę opowieść.

Film realizowano w wielu państwach i lokalizacjach. Prace postprodukcyjne utrudniała pandemia, która zmusiła do przeprowadzenia wielu procesów zdalnie. – Jak tu nie mówić o fatum zastanawia się Kamiński. – W zeszłym roku zdjęcia się skończyły 11 lipca. W tym roku, jak Jasmila jechała do Łodzi na spotkanie podsumowujące projekt, to pękła jej opona – i w efekcie ostatni dzień montażu to też był 11 lipca. To data masakry w Srebrenicy, o której opowiadają w filmie.

„Komar” i „HOPPER/WELLES”: Filip Jan Rymsza

Hopper.Welles (fot. kadr z filmu)

Te dwa projekty łączy nazwisko Filipa Jana Rymszy, Polaka pracującego i od lat mieszkającego w Stanach Zjednoczonych. „Komar” („Mosquito state”) to projekt autorski, który trafił do sekcji Out of Competition. Akcja filmu osadzona jest w sierpniu 2007 r. Richard Boca, skrupulatny analityk danych z Wall Street, tkwi w swym penthousie z widokiem na Central Park. Jego załamanie nerwowe nabiera mocy, gdy zauważa, że modele komputerowe zachowują się nieregularnie, podobnie jak roje komarów rozmnażające się w jego mieszkaniu. Polskich nazwisk jest na liście współtwórców „Komara” więcej – za muzykę odpowiadał Cezary Skubiszewski, za scenografię Marek Warszewski, za charakteryzację Karolina Kordas i Alina Janerka, za kostiumy Katarzyna Lewińska, za dźwięk Sebastian Witkowski i Mateusz Adamczyk, kierownikiem produkcji jest Andrzej Besztak, a całość wyprodukowana została przez Wytwórnię Filmów Fabularnych i Dokumentalnych.

Reżyserem pokazywanego w Out of Competition – Non Fiction dokumentu „HOPPER/WELLES” jest sam Orson Welles, twórca „Obywatela Kane’a”. Przed kamerą w intymnej i kreatywnej rozmowie spotkał się z Dennisem Hopperem, wówczas gwiazdą numer jeden świeżo po „Easy Riderze”. Ale Welles zmarł w 1985 r., jak więc możliwe, że w 2020 r. premierę ma jego film? Nagranie powstało na początku lat 70., tylko nie ujrzało światła dziennego. Aż trafiło w ręce Rymszy. Oryginalny, pięciogodzinny materiał skrócił nagrodzony Oscarem montażysta, Bob Murawski („The Hurt Locker”, „Spider-Man”). Rymsza był zaś tym razem producentem z ramienia swojej firmy Royal Road Entertainment w koprodukcji z FIXAFILM.

„Niepamięć”: Bartosz Świniarski

Apples (fot. kadr z filmu)

Film budzi uzasadnione skojarzenia z „Memento” Christophera Nolana. Bohaterem „Niepamięci” jest mężczyzna, który z powodu tajemniczej pandemii zapada na amnezję. Zostaje objęty programem leczenia, który ma pomóc mu zbudować nowe życie. W ramach zaleconej terapii ma wykonywać nagrane na kasetach zalecenia lekarskie i dokumentować swoją codzienność polaroidem. Produkowany przez Mariusza Włodarskiego z Lava Films, koprodukowany przez DI Factory i wspierany przez PISF grecko-polski obraz „Niepamięć” („Apples”) debiutanta reżysera Christosa Nikou otworzy w tym roku sekcję Orizzonti. Autorem zdjęć jest Bartosz Świniarski.

Jakieś cztery lata wcześniej Christos był w jury, które przyznało nagrodę dla filmu krótkometrażowego z moimi zdjęciami. Pamiętał o mnie i zaprosił do wstępnych rozmów o „Apples”. Nasze wizje były sobie bliskie i po kilku skype’owych spotkaniach zdecydował, że przyjedzie do Warszawy, żeby spotkać się ze mną osobiście. Po niedługim czasie poleciałem do Grecji na pierwsze dokumentacje i spotkania. Tak to się zaczęło wspomina Świniarski. – Na planie obdarzył mnie dużym zaufaniem, był otwarty na moje propozycje i sugestie. Razem znaleźliśmy odpowiednią dla filmu formę opowiadania, która pozwoliła nam stworzyć konsekwentny i skromnie opowiedziany film. „Niepamięć” to ciepła, prosta i szczera historia z elementami komediowymi, ale ze smutnym kontekstem w tle. To film o stracie, żałobie i akceptacji, poszukiwaniu sensu życia i odnalezieniu go.

I to nie koniec…

W ramach Międzynarodowego Tygodnia Krytyki (Settimana Internazionale della Critica) pokazany zostanie włosko-polski „Non odiare” („Thou Shalt Not Hate”) Mauro Manciniego, wspierany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej i koprodukowany m.in. przez Alessandro Leone i Macieja Stern Sterzyńskiego. W sercu fabuły jest historia uznanego chirurga pochodzenia żydowskiego, Simone Segre. Kiedy na piersi ofiary wypadku bohater odkrywa nazistowski tatuaż, zostawia go samego sobie. Wyrzuty sumienia prowadzą go jednak do konfrontacji z rodziną mężczyzny.

W konkursie Giornate degli Autori/Venice Days pokazany zostanie polsko-rosyjsko-belgijski debiut Filipa Jurejewa „Kitoboy”. Na festiwalu premierę będzie miał też krótkometrażowy „Nightwalk” Małgorzaty Szumowskiej, będący częścią artystyczno-modowego projektu „Miu Miu Woman’s Tales”.

Ciekawe, czy filmy walczące o statuetkę w Konkursie Głównym zachwycą przewodniczącą jury Cate Blanchett? Jarosław Kamiński jest dobrej myśli. – Trwa dobra koniunktura na polskie kino. Bywają takie fale, niedawno doświadczyli tego Rumuni. Teraz nawet Czesi nam zazdroszczą! To nie tak, że się coś przypadkiem, nagle udało. Pawlikowski dużo zrobił, ale to nie tylko jego zasługa. Mamy po prostu bardzo zdolnych filmowców. Nie kiszą się we własnym sosie, nie powielają kalki. Ta grupa wzajemnie się napędza. To też efekt działania w miarę prężnego PISFU, zwiększenia produkcji. Jakby filmów było 15-20 rocznie, byłoby trudniej, a tak to się samo napędza. Mamy na świecie dobrą markę.

Anna Tatarska
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. Polacy na festiwalu w Wenecji
Proszę czekać..
Zamknij