Znaleziono 0 artykułów
27.01.2024

„Kos” na festiwalu w Gdyni dostał Złote Lwy. I zasłużył na nagrodę jak mało który film

27.01.2024
(Fot. materiały prasowe)

„Kos” w reżyserii Pawła Maślony to obraz utytułowany, zdobywca Złotych Lwów na ostatnim festiwalu w Gdyni, a więc istnieje niebezpieczeństwo, że jego fenomen będzie przehajpowany. W przypadku tego filmu jednak efekt utrzymuje się długo po seansie. Powiedzonka wchodzą w krew, postaci żyją, gdy zgaśnie światło. Jacek Braciak, tytułowy Tadeusz Kościuszko „Kos”, nie bierze na siebie więcej światła, niż to konieczne, Agnieszka Grochowska gra z wielką aktorską klasą, lekkością oraz humorem, Robert Więckiewicz kreuje figurę współczesnego Zagłoby, skrzyżowanego z Wilkiem z radzieckiej kreskówki „Ja ci jeszcze pokażę!”.

A kysz, mole! Odkurzamy kostiumy. Złaź, rdzo! Ostrzymy rapiery. Oto idzie ławą polskie kino w poszukiwaniu rodzimej historii. Nareszcie, jak przez lata pragnęli włodarze, udało się stworzyć modę na dawne tradycje. Bohaterowie w żupanach patrzą znajomym spojrzeniem. Trzeba tylko utrzymać kontakt wzrokowy, a wreszcie poskładani wrócimy do domu. Z kapsuły czasu wydobędą się nasi przodkowie – tacy sami jak my, tylko odrobinę lepsi niż my teraz. Pokażą nam wzory postępowania, przedstawią się jako autorytety. Jeśli dobrze im się przyjrzeć, kto wie, czy nie zainspirują nas do rozwiązania problemów. Wyłoni się nowa wspólnota, odnowi mit wielkiej ojczyzny, która tak szybko biegła przed siebie po ’89 roku, że po drodze pogubiła swoich patriotów. Temu służą rekonstrukcje historyczne, żeby wyleczyć wiekami niezagojone rany.

(Fot. materiały prasowe)

Na polskich ekranach obserwujemy gromadny powrót do Sarmatów, chłopów, bitew faktycznych i niedoszłych. Gdziekolwiek spojrzeć, wyziera postać odziana w kontusz, twarz znana z serialu. I gdyby nie sumiaste wąsy, można by pomyśleć, że bawimy się tak samo jak zwykle, ale jakoś głośniej, mocniej, dosadniej. Może twórcom znudził się mały realizm spod znaku łez przy lodówce i kłótni nad zlewozmywakiem, może mają już dość praktycznych wydmuszek, wyrzucanych po jednym sezonie. Zatęsknili za kinem cięższego kalibru. Pragną mocnej stylizacji, polotu sukien szytych z koła, haftów odręcznych zamiast maszynowych, ciężaru futrzanej szuby. Niech nawet będzie drogo i niepraktycznie, ale starczy na lata. Nakręćmy znów filmy, które można będzie powtarzać podczas każdych świąt. Niech ten sam dźwięk niesie się po klatce, huczy zza każdych drzwi jak podczas meczu reprezentacji. Na koń, po broń! Wróćmy do oglądania filmów w telewizji!

Zanim uderzymy w zapomniany oręż, zmierzmy się z podręcznikiem o dawnych dziejach. Jak daleko trzeba go przekartkować, żeby znaleźć coś na dzisiejszą miarę? Twórcy szafują datami: 1670, 1794 czy 1863 – byle przed XX wiekiem, gdy wszystkie pewniki się posypały. Znany pisarz science fiction William Gibson ocenił, że „trudniej wyobrazić sobie to, co minęło, niż przyszłość”. Dlatego historia jest domeną fantazji jeszcze bardziej niż futurystyczne wizje. Zapominamy o tym, zwłaszcza gdy wmówi się nam, że dokładnie tak było. A przecież możemy się tylko domyślać, jak coś się zdarzyło, po co, dlaczego i kim właściwie byli ci ludzie. Zgodnie z mechanizmem projekcji narzucamy własne wyobrażenia na fakty, bitwy, postaci z pomników. Gdy zastanawiamy się, jak mogłoby wyglądać polskie kino historyczne, siłą rzeczy pojawiają się pytania: z czym przychodzimy do przeszłości? I co chcemy w niej znaleźć? Twórcy snują wizję tego, jak chcieliby widzieć Polskę obecną. Czy tego chcą, czy nie, bieżąca sytuacja przenika do ich dzieła.

(Fot. materiały prasowe)

Nie tylko „Kos”, lecz także „1670” oraz „Powstaniec 1863”. Polskie kino znów przygląda się historii  

Zacznę od filmu, który rekomendują wielcy reżyserzy Filip Bajon i Jerzy Hoffman: „Powstańca 1863”, poświęconego postaci księdza, przywódcy styczniowego, który prowadzi zastęp wiernych oraz armię 40 szabel na Podlasiu. – Umiem biedować, umiem obfitować. Do wszystkich warunków jestem zaprawiony – poucza ksiądz Brzóska, zgodnie z nauką Kościoła zawartą w Liście do Filipian. Podniosłe dźwięki bębnią w sumienie widzów, ckliwe obrazy wypychają łzy spod powiek, gdy zwykli ludzie zostają zmuszeni stać się żołnierzami, sprzeciwić silniejszej potędze sprytem, fortelem, przebraniem – wszystko, by pokonać carską przemoc. Przeciwko Rosji wszyscy razem w chrześcijańskim duchu – ta idea spaja przestarzały film Tadeusza Syki ze współczesnością.

(Fot. materiały prasowe)

Najgłębiej w historii pozornie spoczywa „1670” – komediowy serial Netflixa o przywarach Polaków. Najpłycej leżą jego obserwacje z bliską datą ważności skomponowane jak memy, tiktokowe trendy, fejsbukowe inby. Historia jest tu filtrem nałożonym na żarty z Parady Równości, globalnego ocieplenia czy miasteczka Wilanów. Kabaret ma oczyszczać złogi bieżących niesnasek.

Główny bohater o znajomo brzmiącym imieniu Jan Paweł ma być typowym Polakiem, otoczonym przez kordon Andrzejów i Grażyn, lecz sam jest z nich wszystkich najgorszy. Postać jak z kawału o Polaku, Rusku i Niemcu zaprasza rodaków do seansu autoironii.

(Fot. materiały prasowe)

Paweł Maślona, reżyser „Kosa”, bywa porównywany do Quentina Tarantino

„Kos”, o którym chcę tu opowiedzieć, to obraz utytułowany, zdobywca Złotych Lwów na ostatnim festiwalu w Gdyni, a więc istnieje niebezpieczeństwo, że jego fenomen będzie przehajpowany. Często tak się zdarza, że film powala na tle niezbyt lotnych rywali, dlatego w atmosferze posuchy spragnionych rewelacji dziennikarzy zostaje okrzyknięty objawieniem jakiegoś festiwalu. Potem ogląda się go na zimno przy stole i czar pryska. Ot, i kolejne wydarzenie, o którym zapomni się następnego dnia. W przypadku tego filmu jednak efekt utrzymuje się długo po aplikacji. Powiedzonka wchodzą w krew, postaci żyją, gdy zgaśnie światło, i chciałoby się mieć w planie powtórkę najdalej na najbliższe święta.

(Fot. materiały prasowe)

Przedmiotem drwin, podobnie jak w „1670”, jest szlachta polska, w jej szeregach stają najlepsi polscy aktorzy. Jednak w „Kosie” to nie są żarty spod pachy, lecz galeria przerażających karykatur. Śmiech z nich jest nerwowy, przepełniony lękiem, do czego jeszcze są zdolni. Przemoc przedstawiona w filmie jest realna i to najbardziej różni Pawła Maślonę od Quentina Tarantino, do którego jest nagminnie porównywany. Przecież „Kos” to nie pulpowa groteska, w której przemoc ujęta bywa w cudzysłów i nawias. Tu okrucieństwo jest realne, groza obecna tu i zaraz. Owszem, podczas seansu kojarzą się konkretne sceny z „Django” czy „Bękartów wojny” – widać, na jakim kinie wyrośli polscy twórcy. Jednak z dorobku Tarantino najbliżej „Kosowi” do „Nienawistnej ósemki” (2015) – niespełna trzygodzinnej nasiadówy w karczmie, gdzie lądują dwaj łowcy głów, skazani na oryginalne towarzystwo. Western zamknięty we wspólnej przestrzeni tu też mija na niby luźnej pogawędce, w której nie wszyscy są tymi, za których się podają. „Kos” żywi się wzajemną nieufnością, humorem wynikłym z nieporozumienia i napięciem, które sięga zenitu. Tylko czekamy, gdy wszyscy zaczną się nawzajem wybijać. Powodów do krwawej zemsty jest co najmniej parę.

(Fot. materiały prasowe)

Jacek Braciak, Bartosz Bielenia, Agnieszka Grochowska – świetna obsada to kolejny atut „Kosa”

Jedną z głównych postaci jest tytułowy Kos, czyli Tadeusz Kościuszko, w chwili powrotu z Ameryki. Jednak scenariusz nie skupia się na nim: ani go nie powiększa niczym lupa, ani go nie idealizuje. Ot, jest jednym z wielu, tyle że ma funkcję przywódczą. Tę dźwięczną szarość wydobywa z postaci Jacek Braciak. Jego Kos nie bierze na siebie więcej światła, niż to konieczne. Jako imć Bieda chowa się w cieniu niby tłumacz imć Bostona, rzekomego handlarza cukrem. W ten sposób „kasztanowy i ten drugi” próbują przeżyć noc w majątku pułkownikowej Marii Giżyńskiej, dawnej kochanki Kościuszki. Wciela się w nią z wielką aktorską klasą, lekkością oraz humorem Agnieszka Grochowska, która też nie wlewa do swej kreacji ani kropli więcej, niż potrzeba. Tak jak Kos nie jest solistką, lecz gra w ansamblu, w którym słychać także jej krewną, śmiałą pocztylionkę (Matyldę Giegżno) – następczynię kobiety, która odważa się nie bać.

Tytułowego naczelnika sił zbrojnych poznajemy przez filtr czarnoskórego towarzysza, którego wyzwolił z niewolnictwa i który wspólnie z nim przyjechał do Polski. Wcielający się w postać Dominga Jason Mitchell („Mudbound”, „Straight Outta Compton”, „Mustang”) pełni funkcję dynamitu – rozbija napięcie, nadbudowuje znanym okolicznościom nowy kontekst, wprowadza poczucie absurdu. Już pierwsze zdanie, niedbale rzucone: „Get the fu*k out of here”, pozwala ujrzeć sprawy z większego dystansu. Bowiem „Kos” żartuje półgębkiem, ze swoim humorem się nie narzuca. 

(Fot. materiały prasowe)

Prześniona rewolucja ma obalić polskie niewolnictwo

Z perspektywy Dominga magnaci to kołtuni, na których nie można polegać, czego najlepszym dowodem jest Stanisław fircyk Duchnowski (Piotr Pacek), niezdolny do wsparcia insurekcji. Chłopi zaś mają chęć do bitki, ale brak im sprzętu oraz umiejętności. Kosynierzy ładnie wypadną na polu, ale niewiele wskórają. Przegląd dostępnej broni budzi lęk Dominga, że plany Kosa to czyste mrzonki. Prześniona rewolucja ma obalić polskie niewolnictwo, w którym brat jest wyzyskany i traktowany przez brata jak nieczłowiek. Słyszymy opowieść, że podobnie było w Stanach Zjednoczonych: sam George Washington, gdy miał spróchniałe zęby, wstawił sobie nowe, wyrwane niewolnikom, którym jednakowoż zapłacił, a i tak konstytucyjnie czarny stanowił trzy piąte białego. Mimo to udało się wprowadzić abolicjonizm niedługo po tym, jak Kos z Domingiem znaleźli się w miejscowości o pięknej nazwie (należy wymówić z amerykańskim akcentem): Szymbarkowice. Jednak Polska Ameryce nierówna, więc nie może się ziścić ludowa rewolucja. Przynajmniej w 1794 roku, bo już w roku 2024 czemu by nie? Film rejestruje etap, na którym poznajemy sytuację, jaka prowadzi nie do pojednania, lecz do bratobójczej walki. I znów wypada zapytać: wtedy czy teraz?

Symbolem wyzwolenia jest Ignac o woskowej, kostropatej twarzy, spod której przeziera anielski rys Bartosza Bieleni. Polski chłop dogaduje się z byłym niewolnikiem ze Stanów „po naszemu”, czyli mówiąc po polsku wolno i wyraźnie, jak nieraz rodacy nieznający angielskiego. To jednak chyba jedyny przytyk, na jaki pozwala sobie „Kos” w doraźnej satyrze. Wzruszyła mnie scena, gdy Domingo i Ignac oglądają swoje blizny. Polskiemu chłopu brak „ashe” – znaków mocy wyrytych na piersi, by poczuć godność i siłę. Nasza kultura nie wykształciła mechanizmów obronnych, które pozwalają niewolnikom obalić reżim. Zostaje tylko poczucie niskiej wartości i żądza odwetu bez końca. Fantastyczna muzyka Mikołaja Trzaski sugeruje chwilami, że chłopom zostaje uciekać do dżungli zamiast do znajomego lasu. Wszędzie czai się niebezpieczeństwo, nie ma do jakich bóstw zwrócić się po pomoc.

(Fot. materiały prasowe)

– A może wy wcale nie chcecie tych wojen wygrywać? – prowokuje Dunin, rotmistrz carskiego pułku strzelców konnych. Robert Więckiewicz kreuje figurę współczesnego Zagłoby, skrzyżowanego z Wilkiem z radzieckiej kreskówki „Ja ci jeszcze pokażę!”. Jego postaci, zdecydowanie najbarwniejszej w całym korowodzie, lepiej nie gościć po kolędzie. Ma gadane i straszy samym błyskiem w oku, ale chciałby, by „najciekawsza stypa w Galicji” posypała się trupem, jak tylko osuszy ostatnią butelczynę. W usta Dunina, zatopione w kłębach dymu z kopconej fajki, włożono same bon moty. Zostaje w myśli zwłaszcza dosadne: „Nie każdy naród jest przeznaczony do wielkości”, ale i „Sto wiorst nie droga, sto rubli nie pieniądz, sto gram nie wódka”. Scenarzysta Michał A. Zieliński naprawdę popisał się inwencją. Więckiewicz bawi się słowami jak bohater z powieści Sienkiewicza. Jego odzywki mogłyby żyć wyrwane z kontekstu niczym „Ojciec, prać?” Kiemlicza z „Potopu”, unieśmiertelnione w reklamie Polleny 2000 z 1993 roku. Jednak Dunin w „Kosie” uosabia rosyjskie zagrożenie i służy za widmo potencjalnej wojny, jaka miałaby nas czekać. Grozę osładza więc język, jakim mówi postać – szczególna mieszanina rosyjskiego, ukraińskiego i polskiego, jaką od rozpoczęcia wojny słychać u nas na ulicach. Oswojona mowa, jaką nauczyliśmy się rozumieć i wytwarzać na potrzeby porozumienia, jest ważniejsza niż nieznajomość angielskiego.

Tęsknota za kinem gawędziarskim, czyli sienkiewiczowskim, ale takim, które nie mitologizuje szlachty jako troskliwych opiekunów chłopstwa, a zamiast tego ma świadomość społeczną, wstawia się za losem uciskanych: kobiet, chłopstwa i Żydów, zostaje w „Kosie” wypełniona. Film nie ma ambicji, by tworzyć symbole, wbijać w ziemię dwa miecze jak w „Krzyżakach” (1960) Aleksandra Forda. Zamiast tego pokazuje sierp – zwykłe narzędzie rolnicze, złożony na grobie „chama”, obywatela drugiej kategorii. Jakie są koszty budowy imperium, tłumaczy w prostym wyliczeniu pułkownikowa Giżyńska. Ile to więzień trzeba pobudować, ile kul wytoczyć, ile ciał żołnierzy zgnije na polu bitwy, ile zostanie sierot i pokrzywdzonych kobiet – czy warte jest tego imperium? Przesłanie „Kosa” w tym momencie przestaje być tylko doraźne, lecz sięga dalej w pacyfizm, empatię i budowanie więzi między mniejszościami. Może to właśnie były mrzonki Kościuszki – tego bohatera wcale nie bez skazy. Czemu nie pozwolić sobie ujrzeć na ekranie, jak iszczą się najśmielsze marzenia, podlane melancholią i ironią? Seans „Kosa” zamiast odreagowaniem w nurcie kina „rape and revenge” staje się potencjałem wyzwolicielskiej wyobraźni.

Na koniec zacytuję Dunina: „Jak to mówią: dobre słowo lepsze od dobrego pieroga”. Ale jak w innym miejscu tłumaczy Kos: „Imć Boston generalnie nie słodzi”.

Adriana Prodeus
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. „Kos” na festiwalu w Gdyni dostał Złote Lwy. I zasłużył na nagrodę jak mało który film
Proszę czekać..
Zamknij