Znaleziono 0 artykułów
14.06.2019

Skoki w boki Kazimierza

Michał P. Garapich z Gretą (Fot. Katarzyna Depta-Garapich)

Michał P. Garapich swoimi „Dziećmi Kazimierza” stworzył książkę gęstą, przytłaczającą i ożywczą, jak atmosfera przy rodzinnym stole, śmieszną i ponurą, wesołą i tragiczną. W cytowanych przez niego rodzinnych relacjach liczą się nie tylko słowa, ale także milczenie, które dopiero musi wypełnić treścią.

Zaczyna się jak horror: u progu XX wieku, w czerwcową bezksiężycową noc grupa mężczyzn zmierza w kierunku wiejskiego cmentarza. Są między nimi Michał Grzegorz Garapich, właściciel miejscowych dóbr i dworu w Cebrowie, poseł do galicyjskiego Sejmu Krajowego i wiedeńskiej Rady Państwa, oraz jego dwaj dorośli synowie i garść służby. To nie kondukt na potajemny pogrzeb. Wręcz przeciwnie, mężczyźni maszerują, skrywając się w ciemnościach, bo chcą jakieś zwłoki wykopać.

Kilka stron dalej będzie jeszcze groźniej. Zebrani w nabożnej ciszy żałobnicy opłakujący Laurę, młodą dziewczynę leżącą w otwartej trumnie. Nagle drętwieją z grozy i przerażeni uciekają, gdyż złożone w drewnianą skrzynkę ciało ożywa. Miną lata i dziewczyna zostanie żoną Michała Grzegorza, dziedziczką na Cebrowie. Jej dziwne nastroje, ale również to, że będzie zawołaną akuszerką cebrowskich dzieci, pańskich i włościańskich, ale też pańsko-włościańskich, a o tym właśnie jest książka „Dzieci Kazimierza”, praprawnuka Laury i Michała Grzegorza, również Michała.

I tu uwaga pierwsza: warto czytać tę książkę, mając pod ręką kartkę papieru i ołówek, by nie pogubić się w rodzinnych koligacjach zaplątanych jak motek wełny. Przy całej fantazji tkającej losy rodu Garapichów jednego im zbrakło: dzieciom nadawali w gruncie rzeczy te same imiona, co znakomicie komplikuje rysunek drzewa genealogicznego. Na dodatek rzecz dotyczy kilku pokoleń, a więc paru tuzinów ludzi, których łączy krew, a do II wojny światowej również miejsce zamieszkania. Dzielą zaś status społeczny, majątek, możliwość edukacji, a nawet szanse przeżycie, jako że ci ze dworu mają na lekarza, a wioskowi nie, zaś po 17 września 1939 roku na tych ze dworu polują bolszewicy, oszczędzając tych z czworaków. Śmierć więc kosi jednako w Cebrowie, lecz jest to śmierć różna, mimo iż zrównuje, bo ponoć po śmierci wszyscy równi, choć może nie do końca.

Jeden jest tylko tytułowy Kazimierz, syn Laury i Michała Grzegorza, pradziad Michała autora, dziedzic Cebrowa, wywodzący się z chorwackich zbójców, którego przodek przybył na Podole wieki wcześniej, w czasach, gdy władztwo cesarza Austrii rozciągało się od Adriatyku po Galicję. I tak pewien bałkański rozbójnik zawitał w okolice Lwowa, wżenił się w miejscową polską arystokrację, co czyni jego szlacheckie papiery wątpliwymi. Rodzinie Garapichów wypomni to po latach sam Ignacy Daszyński, kilkudniowy premier odradzającej się po zaborach Rzeczypospolitej i zawołany socjalista, który akurat hrabiów i wszystkich herbowych miał za trutniów. Opinia Daszyńskiego musiała dopiec Garapichom jak sól rzucona na świeżą ranę, co nie zmienia postaci rzeczy, że dalej zadzierali nosa, piastowali publiczne urzędy, wystawiali weksle na ziemię, tracili grosz.

Na dodatek Kazimierz, panisko całą gębą, z lubością oddawał się płodzeniu potomstwa i było mu chyba dalece wszystko jedno, czy matką zostaje pani hrabina czy włościanka. Było tych dzieci, ślubnych i nieślubnych, a było. Inni Garapichowie, choć zdecydowanie nie byli tak jurni jak Kazimierz, również siali na prawo i lewo.

Przy czym możemy założyć ze stuprocentową pewnością, że matkom dzieci Kazimierza taka sytuacja nie była bynajmniej obojętna, jak również nie jest obojętna autorowi. Także z tej przyczyny Michał P. Garapich postanowił odtworzyć rodzinną historię, a więc poszperać w pamiętnikach i w cesarsko-królewskich archiwach, wysłuchać opowieści seniorów, a przede wszystkim odszukać przyrodnich dziadków, stryjów, babcie i ciocie. A że przez całe Kresy II Rzeczypospolitej, jak również przez Cebrów przejechał kilkukrotnie w ostatnich stuleciach walec historii, okazuje się, że dzieci różnych matek (a czasem tej samej) i jednego ojca mogą być Polakami i Ukraińcami, rzymskimi i greckimi katolikami, herbowymi i włościanami, mogą mieszkać pod Lwowem, w Krakowie czy przy dzisiejszej niemieckiej granicy.

Michał P. Garapich wykonał niewiarygodną pracę, podobną – choć pewnie nie jest to dobre porównanie – do tej kopciuszkowej, gdy zła macocha kazała dziewczynce oddzielać mak od grochu lub soczewicy. W cytowanych przez niego rodzinnych relacjach liczą się nie tylko słowa, ale także milczenie, które dopiero musi wypełnić treścią. Przedzierał się przez luki w pamięci oraz emocje najbliższych, te z gatunku najsilniejszych, bo najbardziej intymnych, zagrzebanych w wacie niepewności, niechęci i wyparcia. Z pieprznych anegdot wyciągał morały. Wpisał wspomnienia w walkę o równouprawnienie płci, w konflikt między klasami społecznymi i narodowościami zamieszkującymi Kresy (tak, tak, z pewnego punktu widzenia można przyjąć, że Kazimierz bzykał dla Polski). Szlifował zadarte nosy, ale też udatnie wspierał i pocieszał, nawet tych, którzy już dawno nie żyją. Pocieszyć zmarłych to naprawdę wielka sztuka.

Autor stworzył książkę gęstą, przytłaczającą i ożywczą, jak atmosfera przy rodzinnym stole, śmieszną i ponurą, wesołą i tragiczną. Pisał faktami i emocjami, gdzie czasami szklanka ukraińskiego samogonu okazywała się więcej niż konieczna, a kłótnia, taka do pierwszej krwi, przynosiła wybawienie. Niekiedy pisał tak bardzo sprawiedliwie, że aż szlachetnie niesprawiedliwie, bo nie można być sprawiedliwym do końca, patrząc na to, co było, z dzisiejszego punktu widzenia. Tyle że innego punktu widzenia nie mamy i Michał P. Garapich znakomicie o tym wie. Wie również, że rodzinę – nikt na to nic nie poradzi – ma się tylko jedną. Choćby się zrazu nie wiedziało, że się ją ma w najbardziej nieoczekiwanych układach, konfiguracjach i miejscach.

Na okładce „Dzieci Kazimierza” Adam Zagajewski napisał: Trudno w to uwierzyć – że dzieje jednej rodziny wywodzącej się z nikomu nieznanej, zabitej deskami polsko-ukraińskiej wioski, dzieje pewnego jurnego dziedzica i jego pokłóconych lub zaprzyjaźnionych z sobą potomków mogą być interesujące. A jednak stają się niezwykle interesujące, fascynujące dzięki talentowi pisarskiemu autora.

Okładka książki (Fot. materiały prasowe)

Michał P. Garapich, „Dzieci Kazimierza”, Wydawnictwo Czarne

Maria Fredro-Boniecka
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę