Znaleziono 0 artykułów
21.03.2019

Jest zwiastun filmu „Słodki koniec dnia” z Krystyną Jandą

Kadr z filmu "Słodki koniec dnia" (Fot. Materiały prasowe)

Jacek Borcuch swoim pokazanym na festiwalu w Sundance filmem zabrał głos w sprawie kryzysu uchodźczego. Jego bohaterka grana przez Krystynę Jandę to Polka mieszkająca we Włoszech. Jej niepoprawna politycznie przemowa spada na lokalną społeczność jak bomba. W tym samym czasie, gdy prawdziwa bomba terroryzuje Rzym… 

Małgorzata Szumowska od lat jest gwiazdą festiwalu w Berlinie. Paweł Pawlikowski podbija Cannes. Zaś Jacek Borcuch staje się najważniejszym polskim reprezentantem na festiwalu Sundance. Święto kina niezależnego, powołane do życia przez Roberta Redforda 35 lat temu, zdaje się coraz bardziej lubić polskie kino. To tu trzy lata temu swoją nagrodę specjalną jury przyznało „Córkom dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej. Rok później nagrodę za najlepszy dokument (kategoria dyskusyjna…) odbierał Michał Marczak („Wszystkie nieprzespane noce”). Borcuch jest jednak prawdziwym sundance’owym weteranem – „Słodki koniec dnia” (oryg. „Dolce fine giornata”) to już jego trzeci obraz w Park City, po „Wszystko, co kocham” (2009) i „Nieulotnych” (2013), które zagwarantowały nagrodę za najlepsze zdjęcia Michałowi Englertowi. „Słodki…” pokazywany jest w konkursie międzynarodowym dla filmów fabularnym.

W napisanym wspólnie ze Szczepanem Twardochem scenariuszu Borcuch skupia się na Marii Lange (Krystyna Janda). Nagrodzona Noblem pisarka, polska Żydówka, mieszka w toskańskiej Volterrze. Artystka darzona jest wielką estymą nie tylko przez międzynarodową prasę, ale także lokalną społeczność. Tym większy szok wywołuje kontrowersyjna przemowa, którą wygłasza podczas odbierania nagrody przyznanej jej przez miejscowe władze. 

Kadr z filmu "Słodki koniec dnia" (Fot. Materiały prasowe)

W Volterrze coraz silniej odczuwalna jest imigrancka paranoja. Pogłoski o zbiegłych z obozu na Lampedusie obcych wywołują u mieszkańców coraz większy popłoch. Maria nie dba o konwenanse. Jest człowiekiem idei. Sama zresztą pielęgnuje bliską relację z Egipcjaninem Nazeerem (Lorenzo De Moor). Przybyszy z daleka, obarczonych traumatycznymi historiami, wbrew widocznym na pierwszy rzut oka różnicom wiele łączy. 

Wbrew dominującej narracji w niezwykle napiętym, wrażliwym momencie kobieta nie idzie na kompromis. Z pogardą i bolesną szczerością mówi o dwulicowości polityki uchodźczej we Włoszech i w Europie. Jej słowa spadają niczym bomba, kilka dni wcześniej zdetonowana w Rzymie przez terrorystów. Poniosą się wiralową falą po świecie, przysparzając przykrych konsekwencji nie tylko włodarzom, ale także bliskim pisarki. Gdy przemowa Marii stawia ją w centrum zainteresowania, traci status gwiazdy, której wolno więcej.

– Tak naprawdę nie wiadomo, jednoznacznie, po której stronie jest Maria prywatnie. Teza, którą stawia w przemówieniu, jest bardzo kontrowersyjna. To quasi-terrorystyczny intelektualnie akt, wynikający z głębokiej niezgody na ogólną sytuację. Maria wypowiada się jako artystka. Ale czy artysta ma prawo do tego typu bulwersujących wypowiedzi: że akt terrorystyczny może być sztuką? Myślę, że film, ma takie prawo. Ta scena to otworzenie tematu, prowokacja zmuszająca do namysłu i prowokująca dla widzów.  Scenariusz celowo tego nie definiuje do końca, ani ja tego nie definiowałam grając. Byłoby to naiwne w obliczu złożoności problemów jakie mamy w tej chwili w Europie i na świecie. w tym scenariuszu podobało mi się właśnie to, postawienie tylu pytań, otworzenie tylu tematów, problemów,  pozostawionych do rozsądzenia widzowi – mówi Vogue.pl Krystyna Janda.

Kadr z filmu "Słodki koniec dnia" (Fot. Materiały prasowe)

Międzynarodowe media przyjęły film ze sporym entuzjazmem jak jeden mąż, podkreślając świetny występ Krystyny Jandy i aktualność tematu. Tomris Laffly z prestiżowego bloga założonego przez legendę krytyki filmowej, Rogera Eberta, nazywa „Słodki koniec…” godnym uwagii wymienia go wśród wyróżniających się pozycji tegorocznego międzynarodowego konkursu dramatycznego. 

Poprzez historię Marii i Nazeera (…), których, pomimo różnic, łączy podobne spojrzenie na sztukę i cywilizację, Borcuch i Twardoch badają aktualne wątki towarzyszące tematowi imigracji – irracjonalny lęk, który jest bolączką nie tylko Europy, ale i całego świata. Przykładów nie trzeba daleko szukać, snuta przez naszą administrację fantazja o granicznym murze jest wersją tej nielogicznej paniki – pisze Laffly.

Kadr z filmu "Słodki koniec dnia" (Fot. Materiały prasowe)

Także dla Krystyny Jandy związek Marii i Nazeera jest bardzo wymowny. – Nazeer jest osobą prześladowaną, traktowaną podejrzliwie. Dokoła wciąż narasta wrażenie, że uchodźcy robią coś złego, nie są godni zaufania. A Maria nie traktuje Nazeera podlegle, a jak partnera. W sytuacji konfliktu narodowościowego, uchodźczego, jaki mamy w tle, ich przyjaźń, zaufanie, bliskość, jest wymowne, mają znaczenie. Także symboliczne – zauważa niekwestionowana gwiazda filmu.

Tomris Laffly chciałaby, żeby film z większą głębią i zaangażowaniem przyglądał się światu Nazeera i funkcjonowaniu imigrantów w małomiasteczkowej społeczności. Jednocześnie podkreślając, że „Słodki koniec dnia” stawia właściwe pytania na temat niebezpiecznie eskalującej ksenofobii i zostaje z widzem na długo dzięki końcowemu, metaforycznemu ujęciu.

Recenzent portalu Ioncinema Nicholas Bell wspomnianą finalną sekwencję porównuje do „The Square” Rubena Östlunda. Kanadyjczyk przyznaje filmowi Borcucha 3,5 gwiazdki, określając go mianem doskonale napisanego i wykonanego ćwiczenia. Borcuch doskonale rysuje analogie między polską i europejską historią (z jej najważniejszymi momentami, jak Holokaust czy stan wojenny) a ikoniczną polską aktorką Krystyną Jandą (której wczesną karierę definiował przecież ten okres), największą atrakcją swojego filmu. Bell zauważa też świeże spojrzenie reżysera. Film Borcucha to być może pierwsza produkcja na tę skalę, która pokazuje, jak kryzys uchodźczy działa na poziomie lokalnym. Odważni działacze humanitarni z „Fuocoammare.Ognia na morzu” Gianfranco Rosiego(…)jawią się niczym odległe fantazje, zestawieni z lekceważącymi, niezainteresowanymi urzędnikami z Toskanii, których oglądamy na ekranie. Podkreślenie znaczenia perspektywy kogoś z zewnątrz to być może największy atut filmu. 

Kadr z filmu "Słodki koniec dnia" (Fot. Materiały prasowe)

O tym, jak blisko film Borcucha dotyka rzeczywistości, mówiła mi po międzynarodowej premierze Kasia Smutniak, wcielająca się na ekranie w rolę córki Marii, Annę. – Dokładnie teraz, kiedy my pokazujemy na Sundance nasz film, we Włoszech właśnie dzieje się historia. Kilka dni temu do portu w Syrakuzach przybył statek „Sea Watch”, na którym przebywa 47 uratowanych z morza migrantów. Rząd udzielił zgody na cumowanie, jednocześnie podtrzymując decyzję o zakazie zejścia na ląd z powodu przekroczenia ustalonych limitów – mówi aktorka. Smutniak opowiadała, jak biurokratyczna reakcja włodarzy stała się zarzewiem protestów. Inspirowani przez intelektualistów i ludzi kultury obywatele chcieli pokazać, że wbrew ustawom i zakazom ich serca pozostają otwarte. W wypowiedzi dla „Gazety Wyborczej” aktorka podkreślała, że to nie jest abstrakcyjny temat, on dotyka nas wszystkich. Kiedy z sytuacji moralnej robi się sytuację polityczną, to jest moment, w którym trzeba wstać i wyjść na ulice. To właśnie dzieje się teraz we Włoszech.

Allan Hunter ze „Screen International” przypisuje atrakcyjność „Słodkiego końca dnia” postaci Marii, kobiety po sześćdziesiątce, która jest instynktowną buntowniczką i prowokatorką, usiłująca odnaleźć swoje miejsce w świecie. Początkowo sympatyczna, Maria wraz z rozwojem akcji staje się coraz bardziej niejednoznaczna i pełna sprzeczności. Jej wiara w tolerancję i wolność jest godna podziwu, ale przekonanie, że może robić, co chce, bez obawy o konsekwencje, podszyte jest arogancją. Borcuch podkreśla to poprzez najdrobniejsze detale (jej odmowa niepalenia w miejscach publicznych) i w zamaszystych gestach (naiwność w kwestii wpływu jej słów na ludzi). Krytykowi spodobał się też klasyczny klimat filmu, który wpisuje się w europejską tradycję kina arthouse’owego, zachęcającego do dyskusji, politycznie zaangażowanego. Hunter wskazuje na lekką pretensjonalność filmu Borcucha, która i mnie momentami uwierała. Ostatecznie nazywa go jednak eleganckim, angażującym i poruszającym. Śpiewający w tle „It Was a Very Good Year” Frank Sinatra to wyjątkowo ironiczny wybór muzycznego podkładu – zauważa Hunter. 

Zobacz zwiastun:

 

https://www.youtube.com/watch?v=as9t4DHtiXM

Anna Tatarska
Komentarze (1)

Wyloguj się
Zuzanna Dudek
Zuzanna Dudek10.05.2019, 15:35
Ja już po seansie. Piękne widoki i muzyka to ogromny plus tego filmu. Ale sama fabuła jest bardzo interesująca, nie przypominam sobie filmu o podobnej tematyce. I dwie wspaniałe aktorki w duecie matka - córka. Warto również dla nich ;)
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę