Znaleziono 0 artykułów
14.02.2018

Prof. Maria Poprzęcka: Spadły na mnie te meble

Prof. Maria Poprzęcka (Fot. Błażej Żuławski)

Spotykanie się z prof. Marią Poprzęcką po to, by rozmawiać o przedmiotach, jest trochę jak spotykanie się z papieżem, żeby zapytać, gdzie jest najbliższy konfesjonał. Pani profesor, wykładowca historii sztuki na warszawskim uniwersytecie, od lat wypowiada się na temat sposobów patrzenia na sztukę, obcowania z nią. Nam opowiedziała o tym, jak postrzega rzeczy, z którymi mieszka i mieszczan, którzy przywiązują się do sprzętów.

Na wstępie naszego spotkania pada pytanie do mnie – czy wiem, że „Vogue” jako pierwszy opublikował drastyczne zdjęcia amerykańskiej fotografki Lee Miller z wyzwolonego przez aliantów obozu w Dachau. Nie wiedziałam. Wracamy więc do głównego powodu naszej rozmowy, która toczy się przy stole pani profesor, w jej mieszkaniu na Sadach Żoliborskich.

Patrzymy na bardzo osobliwe meble roboty mojego dziadka. Dziadek był niespełnionym artystą, bardzo wszechstronnym człowiekiem. W XIX wieku zostałby nazwany „oryginałem”. Pracował jako nauczyciel rysunku, latem dorabiał jako konserwator w kościołach, czy rysownik przy pracach inwentaryzacyjnych. Kiedy ze swojej nauczycielskiej pensji uzbierał na mieszkanie w spółdzielni na Filtrowej, postanowił umeblować je sam. Meble zostały przez niego zrobione w latach 30., ale nie mają nic wspólnego z tym, co wtedy powstawało. Gdyby spojrzeć na nie okiem historyka sztuki, no to, powiedzmy, wskazywalibyśmy na 1880 rok, a to jest 1937.

Kredens w mieszkaniu Prof. Marii Poprzęckiej (Fot. Błażej Żuławski)

Oglądamy dwie witryny, kredens, szafkę zegarową. Przepiękną i rzeczywiście zupełnie niezwykle zdobioną intarsjami i masą perłową. Pani profesor opowiada, że stare meble są bardzo praktyczne – mają szufladki, przegródki, wysuwane blaciki. A okazały kredens dzielił na pół pokój w tzw. kołchozie, w którym w latach powojennych mieszkała rodzina. Nie do końca wierzę, że moja rozmówczyni patrzy na sprzęty głównie przez pryzmat funkcji.

Mieszkanie Prof. Marii Poprzęckiej (Fot. Błażej Żuławski)

Nie, oczywiście, że nie tylko. Ale też mam do nich dystans, stoją dla mnie za nimi głównie ludzie. Moja matka nienawidziła tego kredensu, bo to dla niej był taki „mebel z poprzedniego pokolenia”. U mnie w domu się mówiło – ach, to nie jest żaden antyk, to jest przez jakiegoś wiejskiego stolarza zrobione. Na szczęście go nie wyrzucono. Może rzeczywiście jest mało dopracowany stolarsko, ale w tej chwili jestem bardzo szczęśliwa, że go mam. Po prostu te starocie mam, bo one spadły na mnie jako rzeczy odziedziczone z rodzinnego domu. Nigdy niczego nie kupiłam na żadnym pchlim targu.

Mieszkanie Prof. Marii Poprzęckiej (Fot. Błażej Żuławski)

Odkąd inteligencja staje się dosyć odrębną klasą społeczną, czyli od połowy XIX wieku, nuworyszostwo ma złe notowania

Rozmawiamy chwilkę o zbiorze wywiadów „Dom Polski”, które opublikowało wydawnictwo Czarne. W jednej z rozmów historyk designu Beata Bochińska (moja studentka – uśmiecha się pani profesor) mówi o kategorii „domu inteligenckiego” – bardziej eklektycznego, a przez to autentycznego, bo znajdują się w nim sprzęty i przedmioty właściwe sposobowi życia otwartemu na różnorodność i inność. Pani profesor kiwa głową i przytacza przykład zasypanego książkami mieszkania profesor Marii Janion albo Tadeusza Konwickiego ze zbieraniną mebli, z niepasującymi do reszty „góralskimi krzesełkami”, ale też mówi: – Myślę, że mówienie o „domu inteligenckim” to rodzaj mitologizacji ginącej warstwy społecznej.

Mieszkanie Prof. Marii Poprzęckiej (Fot. Błażej Żuławski)

Pozwalam sobie zadać pytanie, które – mimo wszystko – wydaje mi się zasadne: a co mają robić osoby, na które przedmioty „nie spadły”? Kupować w Ikei? Szukać na śmietnikach? Moja rozmówczyni mówi, że jej przyjaciele, którzy są w podobnej sytuacji, jakoś sobie jednak poradzili i mają piękne domy, nie popadając w nadmierną ekscytację sprzętami.

Obrazy i szkatułka w mieszkaniu Prof. Marii Poprzęckiej (Fot. Błażej Żuławski)

Bardzo przepraszam, ale drepczemy w tej rozmowie wokół hasła „elitaryzm” – mówię.

No nie ma cudów, tak – odpowiada pani profesor. I dodaje: – Odkąd inteligencja staje się dosyć odrębną klasą społeczną, czyli od połowy XIX wieku, nuworyszostwo ma złe notowania. I stąd właśnie, mówiąc współczesnym językiem, luźny stosunek do rzeczy. Nuworysz będzie miał nowy mebel, a ja będę miała stary mebel, po dziadku. I niech on będzie zniszczony, nie oddam go do renowacji. Znam osoby, które świadomie nie oddają do konserwacji starych mebli. Chodzi także o demonstrację niezależnego stosunku do dóbr materialnych, do posiadanych przedmiotów. To postawa typu: „mam stary piękny zabytkowy stół, ale właśnie jego wartość jest między innymi w tym, że widać jego historię, że tutaj ktoś rozlał atrament, a komuś przewróciła się świeczka i nadpaliła róg, a nie, że to jest stół na glanc, zrobiony przez konserwatora za ciężkie pieniądze”. Ja taką postawę bardzo dobrze rozumiem, mimo tego, że sama akurat nie zniosłabym takiego stołu.

Śmiejemy się.

–  Ale tutaj, jeśli by tak pani poleciała wzrokiem po tych meblach, to myślę, że powinno się co jakiś czas coś pouzupełniać, na przykład te szyldziki w komodzie, bo są już wyrobione. Kiedyś nawet sama próbowałam zakleić ubytki czarną masą z marketu budowlanego, ale to się natychmiast wykruszyło, więc porzuciłam myśl o konserwowaniu na własną rękę.

Pies Prof. Marii Poprzęckiej (Fot. Błażej Żuławski)

I znów mówimy, że może to być odpór dawany fetyszyzowaniu przedmiotów, ale równie dobrze zwykłe niedbalstwo. Z tej okazji pani profesor podnosi temat „polskiego dworku”.

Polski dworek jest dziś jedną z narodowych legend. Widzimy dworki przez pryzmat ich wypieszczonych przez dekoratorów i rekwizytorów filmowych wcieleń. Ale kiedy obejrzymy dawne zdjęcia niektórych dworków, zwłaszcza siedzib drobnej, ubogiej szlachty, to nierzadko zobaczymy drewniane budy, niewiele różniące się od okolicznych chałup. Tyle, że zawsze nobilitowane znamieniem szlacheckości jakim jest ganek, choć czasem nawet bez kolumn, wsparty na dwóch pobielonych słupach. Jest tekst Miłosza, bezlitośnie demitologizujący polski dworek – że było brudno, latem wszechobecne muchy, że myto się raz w tygodniu. Miłosz pisze to z perspektywy XX-wiecznej higieny amerykańskiej. I nie mieści mu się w głowie, że było całkowicie normalne, iż służba raz w tygodniu zagrzewała wodę i wtedy się wszyscy kąpali, w kolejności hierarchicznej, w tej samej wodzie.

Nuworysz będzie miał nowy mebel, a ja będę miała stary mebel, po dziadku. I niech on będzie zniszczony, nie oddam go do renowacji

 Czy taka nonszalancja wobec porządku, schludności przeminęła? – dopytuję. – Może nie do końca – ocenia pani profesor. – Pamiętam jak kiedyś moja przyjaciółka, tak zwane „bardzo dobre nazwisko”, wybrzydzała na swojego malutkiego synka: „Z niego wyrośnie straszny drobnomieszczanin”. Bo owinął swoją czystą koszulką brudną poduszkę. A wracając do naszych domów – mieszkanie nie może wyglądać jak z eleganckiego magazynu, musi się coś zalać, nadkruszyć, zniszczyć, ale dobrze by było, żeby było…

Ładnie?

Pięknie.

Anna Theiss - Socjolog, historyk sztuki, marszand sztuki współczesnej, partner firmy Aurabilia.

Anna Theiss
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę