Znaleziono 0 artykułów
26.11.2020

Sylwia Spurek: Przemoc domowa wciąż jest tabu

Sylwia Spurek (Fot. Karolina Harz)

Kiedy boimy się, przestajemy myśleć strategicznie, realizować cele. Nie stać nas na plany, próbujemy tylko przeczekać – mówi europosłanka, która przyznaje, że sama zna to uczucie zbyt dobrze i dlatego angażuje się w walkę z przemocą domową. W ramach akcji „16 dni akcji przeciw przemocy” będzie przekonywać polityków, że prawdziwa troska o rodzinę to zapewnienie wszystkim bezpiecznego domu. 

Ofiarą przemocy domowej jest co trzecia kobieta, czyli znam ich wiele. Być może jest w mojej rodzinie, bloku albo redakcji, w której pracuję. „Być może”, bo zazwyczaj cierpi w milczeniu. To naprawdę szokująca wizja.

A być może to była lub kiedyś będzie nawet pani.

O tym nie pomyślałam. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym się związać z mężczyzną, który podnosi na mnie rękę. Nie pozwoliłabym na to.

Każda z nas tak myśli, ale większość nie umie odczytywać sygnałów na wczesnym etapie związku. Nie zauważa mechanizmów, które rozwijają się niepostrzeżenie. Z mojego 21-letniego doświadczenia pracy z ofiarami przemocy domowej wynika, że problem może pojawić się nawet po kilku latach trwania relacji i dotyczy wszystkich grup społecznych – znanych z telewizji artystów, rodzin nauczycielskich czy rolniczych. 

Poza tym przemoc domowa może przybierać różne formy. Fizyczna wydaje nam się bardzo wyraźna, ale psychiczna, seksualna czy ekonomiczna jest już trudniejsza do wyłapania, choć nie mniej dotkliwa. Dopiero uczymy się nazywać te zjawiska, zdecydowanie za późno je wychwytujemy, a to dlatego, że nie mamy np. edukacji antydyskryminacyjnej, nie uczymy w szkole, czym jest przemoc, jak sobie z nią radzić, gdzie szukać pomocy. Jeżeli chodzi o przemoc ekonomiczną, to polskie prawo jest ślepe, nie mamy definicji takiej przemocy, nie jest wprost zakazana.

Sylwia Spurek (Fot. Karolina Harz)

W takim razie, jak się zaczyna? Kiedy powinnyśmy wyczuć, że nakręca się jakaś spirala przemocy, którą za moment będzie trudno okiełznać?

Niewinnie. Od małych gestów, nieprzyjemnych zachowań – lekko pogardliwych komentarzy albo szturchnięcia, po których zaraz następuje „przeproszenie”, że to niechcący, przez przypadek. Często pojawia się zaborczość. Zazdrość o kontakty z rodziną albo przyjaciółmi i próba ich ograniczania. Wyśmiewanie i opresyjne krytykowanie. Z czasem te zachowania się nasilają i zaczynają przybierać dużo bardziej poważne formy. Ograniczanie lub zakazywanie wychodzenia z domu, wulgarne wyzwiska, groźby, krzyk i w końcu przemoc fizyczna, bicie, duszenie, gwałty.

Rok temu powiedziała pani otwarcie: „To spotkało i mnie”. Przyznała pani, że dwukrotnie – jako dziecko i w dorosłym życiu – doświadczyła przemocy psychicznej.

Kiedy byłam dzieckiem, czyli w latach 90., myślałam, że tak wyglądają relacje między dziećmi i dorosłymi. Że ktoś, dlatego że jest starszy, ma prawo podważać moją wartość, decydować o tym, jak wyglądam, narzucać, z kim się spotykam, jakie mam cele i jak je realizuję.

A kiedy po raz pierwszy poczuła pani złość?

Byłam wychowywana w przeświadczeniu, że dziewczynki się nie złoszczą. Są sympatyczne i miłe. Kiedy coś im nie odpowiada, to milczą. Nie powinny też za bardzo koncentrować się na sobie, np. planować kariery. Bardzo długo więc nie umiałam wyartykułować swoich oczekiwań, ale w liceum, czyli w wieku 15-16 lat, poczułam niezgodę. Wkrótce wyjechałam na studia do dużego miasta. W ten sposób wyprostowałam plecy. Odcięłam kontakt tak szybko, jak pojawiło się samodzielne życie.

Myślę, że na złość mogłam sobie pozwolić dopiero później, kiedy poczułam się już naprawdę dorosła, czyli mając 20, może 30 lat. To był moment, kiedy potrafiłam zdefiniować tamte doświadczenia, zrozumieć mechanizmy przemocy. Ale byłam w stanie to zrobić, bo stawałam się niezależna, byłam już bezpieczna. Zrozumiałam, czemu podlegałam i ta świadomość dała mi przewagę. Od tamtej pory potrafię szybko dostrzec u kogoś przemocowe nawyki.

Dziś jest pani europosłanką, aktywistką i autorką książki napisanej razem z partnerem, z którym tworzy pani szczęśliwą relację. Mogłoby się wydawać, że to, co wydarzyło się kiedyś, nie ma już znaczenia. Przecież pani życie zamieniło się w pasmo sukcesów.

Możemy oczywiście rozmawiać w kategoriach martyrologii. Mogłabym opowiadać o tym, jak było mi trudno, ale chcę też podkreślić, że nie znalazłabym się tu, gdzie jestem, gdyby nie tamte doświadczenia. One w jakiś sposób stały się moim życiowym napędem.
Ambicja, konkurowanie z innymi i potrzeba niezależności w moim przypadku były koniecznością. 

Podobne artykułyDuffy: „365 dni” gloryfikuje przemoc wobec kobietKamila Wojtkiewicz W studia zaangażowałam się na 200 procent i już wtedy zaczęłam pracę dla organizacji pozarządowych, pomagałam ofiarom przemocy. Zdobyłam stypendium i pojechałam do Nowego Jorku, byłam też wolontariuszką w sztabie Hillary Clinton. Później znalazłam pracę w Warszawie i napisałam pierwszy w Polsce projekt ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Miałam pracę akademicką, doktorat i zajmowałam się koordynacją ze strony rządu procesu ratyfikacji przez Polskę Konwencji Stambulskiej. Potem profesor Adam Bodnar powołał mnie na funkcję zastępczyni rzecznika praw obywatelskich. Właściwie cała moja kariera związana jest z walką o prawa kobiet, a to dlatego, że najważniejszą rzeczą w moim życiu okazało się poczucie sprawczości. To, że mogę zawalczyć o siebie – wykształcić się, utrzymać, mieć satysfakcjonującą pracę, a przy tym robić ważne rzeczy dla innych – stało się źródłem mojej siły.

Sylwia Spurek i Marcin Anaszewicz (Fot.Karolina Harz)

Ale przekuwanie złych emocji z traumy w coś konstruktywnego nie zdarza się często. Żeby się odbić, musiała pani gdzieś znaleźć bezpieczny grunt.

Nigdy nie korzystałam z pomocy psychologicznej czy psychiatrycznej. Wiem, że takie wsparcie często jest niezbędne, ale ja znalazłam oparcie w siostrze – to z nią rozmawiam o problemach, konsultuję decyzje i spędzam wolny czas. Jest mi najbliższą kobietą. Właściwie nie znam podobnych siostrzanych relacji i choć zabrzmi to arogancko, to mogę powiedzieć, że wiem, że zrobiłaby dla mnie wszystko. Ja dla niej zresztą też. 

W zeszłym roku, kiedy rozpoczęłam kampanię do Parlamentu Europejskiego, siostra zawiesiła swoją pracę i życie prywatne na kołku. Przyjechała na miesiąc do Poznania, poświęcić się mojej kampanii. Spała na łóżku polowym, w 30-metrowej kawalerce na Łazarzu, gdzie mieszkałyśmy. Spędzałyśmy razem 24 godziny na dobę. Ogarniała wszystko, od strategii kampanii przez zarządzanie zespołem po organizację posiłków i transport. Bez jej zaangażowania nie wygrałabym tych wyborów. 

Poza siostrą wspierający jest też partner.

Marcin [Anaszewicz – przyp. red.] jest moim drugim filarem od 19 lat. Razem planujemy swoje kariery i wyznaczamy drogi do osiągania celów. On jest wizjonerem, widzi możliwości, ja jestem skuteczna w stopniowej realizacji. 

Decyzje podejmujemy wspólnie. Razem zadecydowaliśmy, że będę ubiegała się o funkcję zastępczyni rzecznika praw obywatelskich, a potem, że wejdę do polityki. Bo choć Marcin przez całe życie piął się po szczeblach kariery, to kiedy zostałam posłanką, zrezygnował ze swojej działalności politycznej, możliwości bycia posłem i wyprowadził się ze mną do Brukseli. Marcin daje mi oparcie i poczucie bezpieczeństwa. Jest przyjacielem, sojusznikiem, nigdy mnie nie zawiódł.

Czy jako dorosła osoba skonfrontowała się pani ze swoim prześladowcą z dzieciństwa?

Tak. Po latach spotkaliśmy się i powiedziałam wprost to wszystko, co układało się w mojej głowie przez kilkanaście lat. Nazwałam sytuację przemocą, przywoływałam konkretne zachowania, czarno na białym pokazałam, co się wtedy ze mną działo. Zrobiłam to bardzo spokojnie, bo było mnie na to stać, miałam za sobą potężną wiedzę o mechanizmach przemocy, swoją pozycję zawodową, wsparcie bliskich. Ale reakcją było wyparcie. 
Byłam zirytowana. Gdyby przyznał się do winy, powiedział coś ludzkiego, typu „Masz rację, nie powinienem się tak zachowywać”, wiedziałabym, że rozumie moje emocje, że się zmienił.
Mógłby się nawet usprawiedliwiać, powiedzieć o wychowaniu, złych wzorcach. Ale on nie widział swojej winy. 

Nie mogłam przyjąć jego „protokołu rozbieżności”, bo tu nie ma pola do kompromisu. 
Dziś z perspektywy czasu zastanawiam się, czy ta konfrontacja miała jakiś sens. Spotkanie, spojrzenie mu w oczy, nawet po latach wciąż kosztowało mnie wiele.

W wywiadach przyznała pani, że w dorosłym życiu znów stała się pani ofiarą mężczyzny. Znów ktoś poczuł się bezkarny i nadużył swojej władzy.

Tak, przyłapałam się na tym, że wychodząc z domu na spotkanie z nim, czuję strach. Wiedziałam, że ten mężczyzna będzie mnie ośmieszać, wyżywać się na mnie, manipulacyjnie nastawiać innych przeciwko mnie, że będę atakowana.

A strach to najgorsza ludzka emocja, nieracjonalna i niepotrzebna. Wszystko, co złe, pochodzi od strachu. Strach wyzwala agresję, wznieca wojny. Kiedy boimy się, przestajemy myśleć strategicznie, realizować nasze cele. Nie stać nas na plany, próbujemy tylko przeczekać. 

Znała pani te emocje.

Tak, więc kiedy wróciły, odezwała się moja „pamięć immunologiczna”. Wiedziałam, co będzie dalej i potrafiłam sięgnąć po swoje doświadczenie. Postawiłam swoje granice, a kiedy nie zostały uszanowane – postanowiłam zareagować. Bo ja chcę utrzymywać relacje tylko z tymi ludźmi, którzy są ze mną kompatybilni, podzielają moje wartości. Dla tych, którzy krzywdzą innych, nie ma miejsca w moim życiu. Ucięłam kontakt.

To było najlepsze rozwiązanie?

W tamtym momencie tak. Priorytetem była moja godność, moja przyszłość, moje zdrowie, i o to zadbałam.

Żyjemy w XXI w. w środku Europy, a w dalszym ciągu wiele kobiet nie może czuć się bezpiecznie we własnym domu, na uczelni, w miejscu pracy. Dla mnie przemoc, a zwłaszcza przemoc domowa, to największa ze współczesnych patologii. Nie rozumiem, dlaczego cywilizacyjnie jeszcze się z nią nie uporaliśmy.

Sylwia Spurek (Fot. Karolina Harz)

W swoich wystąpieniach podkreśla pani, że problem jednostek dotyczy całego społeczeństwa, a winą za brak skutecznych rozwiązań jednoznacznie obwinia pani polityków.

Tak, i to od lewa do prawa. W Polsce centrowy rząd przez całe lata nie wdrożył Konwencji Stambulskiej. Konwencja została zresztą ratyfikowana po ośmiu latach rządów, w przeddzień kampanii wyborczej. Przez całe lata rząd Donalda Tuska nie wprowadził mechanizmu policyjnego nakazu natychmiastowego opuszczenia lokalu przez sprawcę. I kobiety muszą czekać na decyzję sądu nawet pięć miesięcy. Co ciekawe, ten mechanizm wprowadził dopiero rząd PiS i wchodzi on w życie w grudniu. 

Ten sam rząd, który w walce o prawa kobiet widzi ideologię i chce wypowiedzieć Konwencję Stambulską. A to jedyna taka regulacja prawna, taka karta praw osób doświadczających przemocy domowej. Mówi, skąd bierze się przemoc, jak z nią walczyć, jak edukować, jakie są obowiązki państwa. To zbiór zasad, które wyznaczają kierunki nowelizacji istniejącego prawa. A cel jest jeden – bezpieczeństwo ofiar, ochrona ich zdrowia i życia. Wypowiedzenie Konwencji będzie jasnym sygnałem od rządu do policji, prokuratury, sądów – prawa ofiar przemocy domowej i seksualnej to nie jest nasz priorytet. A co z zaufaniem kobiet do swojego państwa? Co z ich poczuciem bezpieczeństwa?

Przemoc domowa jest tematem tabu. Nie mówi się o niej w szkole, w mediach. W firmach nie ma programów wsparcia dla ofiar przemocy. A gdyby w takich instytucjach na tablicach wisiały chociaż plakaty z infolinią dla ofiar, nauczylibyśmy się, że problem istnieje i w razie zagrożenia wiedzielibyśmy, gdzie szukać pomocy.

Unia Europejska też nie świeci przykładem.

Podobne artykułyElisabeth Moss: Przemoc nie jest winą jej ofiar Radhika Seth Komisji Europejskiej przewodniczy kobieta – Ursula von der Leyen, która obiecała mi osobiście, ale potem, w swoim publicznym wystąpieniu także posłom i posłankom w Parlamencie, milionom kobiet w całej Europie, że walka z przemocą wobec kobiet stanie się jej priorytetem. Niestety, mija rok i nie ma żadnych konkretnych działań. Cały czas monitoruję działania Komisji, pytam, co robi, mówię o tym na posiedzeniach Parlamentu. Robię to, bo wiem, że presja ma sens. Teraz – jako wiceprzewodnicząca Komisji Praw Kobiet i Równouprawnienia – będę robić to z jeszcze większą siłą. Kilka tygodni temu napisałam duży apel do pani przewodniczącej, pod którym na stronie www.trzymamstronekobiet.pl podpisało się już kilkadziesiąt tysięcy Polek i Polaków, i podpisów cały czas przybywa. W naszym wystąpieniu stawiamy na dwie sprawy – ratyfikację przez UE Konwencji Stambulskiej i dopisanie do listy unijnych przestępstw przemocy wobec kobiet. To byłaby rewolucja w obronie praw kobiet, bo dzięki temu UE zaczęłaby tworzyć własne prawo chroniące ofiary przemocy domowej. I wtedy nie byłybyśmy na łasce Jarków, Zbyszków, Andrzejów i innych panów, którzy od lat zamieniają nasze życie w piekło i odbierają nam kolejne prawa.

„Trzymam stronę kobiet” to pani hasło. Co jeszcze się za nim kryje?

Nie osądzam, nie obwiniam, nie podważam ich doświadczeń i działam, żeby prawa kobiet były w końcu w pełni respektowane, a ich naruszanie nie było ignorowane. 

Autorką hasła jest dr Zofia Smełka-Leszczyńska. Wymyśliła je na potrzeby mojej pierwszej kampanii w 2017 r. Nigdy nie sądziłam, że stanie się tak ważne i tak pojemne. Dzisiaj używają go nawet konserwatywni politycy i polityczki.

Marzy mi się, że w polityce będzie coraz więcej kobiet, które są silne i niezależne, że będą powstawały partie, dla których prawa kobiet staną się priorytetem, bez kompromisów, bez przymykania oka w imię partyjnych interesów. Jak znajdę osoby zainteresowane, to chętnie zacznę taką partię tworzyć.

Dla tej walki poświęciłam całe swoje dotychczasowe dorosłe życie. I chociaż czasami czuję się po ludzku zmęczona, a marzenia wydają się utopijne, to wiem, że sto lat temu, kiedy kobiety podjęły walkę o prawa wyborcze, wiele z nich mogło czuć się podobnie. Były marginalizowane i ośmieszane, ale dopięły swego. A dzięki nim, pierwszym feministkom, nie tylko mogę głosować, ale zasiadam w Parlamencie Europejskim i mam szansę tworzyć lepszą przyszłość. Kiedy to robię, naprawdę czuję się szczęściarą.

„16 dni akcji przeciw przemocy ze względu na płeć” to międzynarodowa kampania, organizowana przez Center for Women’s Global Leadership i poświęcona wspieraniu oraz koordynacji pracy mającej na celu zlikwidowanie przemocy ze względu na płeć na poziomie lokalnym, państwowym i międzynarodowym. Więcej informacji uzyskasz klikając w link. 

Basia Czyżewska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę