Znaleziono 0 artykułów
22.03.2023

Film z przeszłości: „Nagi instynkt”

22.03.2023
"Nagi instynkt" z 1992 roku (Fot. Getty Images)

Oglądanie dziś „Nagiego instynktu” Paula Verhoevena przypomina doświadczenie przekroczenia progu pokoju w ekskluzywnym hotelu, w którym wciąż jest duszno od przyspieszonych oddechów, ale nie ma już śladu kochanków. Zostały po nich tylko rozgrzana pościel, niedopity szampan i niepokojąca plama krwi pod łóżkiem. Thriller erotyczny z 1992 roku zrobił z Sharon Stone gwiazdę. Czy po ponad 30 latach od premiery słynna scena przesłuchania wciąż bulwersuje?

Kiedy „Nagi instynkt” wchodził na ekrany, Paul Verhoeven był już kilka lat po przeprowadzce z rodzinnej Holandii do Stanów Zjednoczonych. Zdobył sławę, ale bez przesady – jego filmy wyprodukowane w Europie kojarzyła głównie festiwalowa publiczność. Sytuacja zmieniła się po premierach „Robocopa” (1987) i „Pamięci absolutnej” (1991), dzięki którym stał się naczelnym prowokatorem Hollywood. Zasłynął z odważnej wyobraźni, która nie uznaje żadnych, a szczególnie moralnych granic.

Thriller z Sharon Stone i Michaelem Douglasem łączy z poprzedzającymi go tytułami sensacyjne zacięcie, różni – mariaż romansu z amerykańskim filmem noir. I śmielsze niż dotychczas w Hollywood rozerotyzowanie, które uczyniło go jednym z najbardziej kontrowersyjnych filmów 1992 roku („skandalicznym” okazał się nawet dla widowni festiwalu w Cannes, a to nie lada sztuka). Na oburzenie złożyło się kilka elementów: od kultowej, ale problematycznej sceny przesłuchania ze skrzyżowanymi nogami zaczynając, a na niefortunnym połączeniu wątków biseksualnych z psychopatycznymi morderstwami kończąc. Tylko publiczność pozostała niewzruszona opiniami krytyków, tłumnie wykupując bilety na seanse i świetnie się na nich bawiąc.

(Fot. TriStar Pictures/Courtesy Everett Collection)

Sułtan szoku urządza zabawę w kotka i myszkę

Paul Verhoeven, „sułtan szoku”, jak określił go niegdyś „Time”, słynie z zamiłowania do erotyzmu, przemocy i sensacji. To wszystko zapowiada już scena otwierająca film, kiedy wygięta w erotycznym akcie blondwłosa piękność, budząca słuszne skojarzenia z hitchcockowską Kim Novak, przy użyciu szpikulca do lodu zadźga kochanka (co istotne, przywiązanego do łóżka jedwabnym szalem Hermès). Choć w ciągu ostatnich 30 lat na ekranie widzieliśmy już wiele, scena nadal uderza śmiałością. To start nawet mocniejszy niż początkowe sekwencje niektórych filmów samego Hitchocka. Jego „Vertigo” stanowiło zresztą bezpośrednią inspirację dla Verhoevena – historia również rozgrywa się w San Francisco i też opowiada o byciu obiektem cudzej obsesji. Nagie ciało morderczyni będzie wyglądać w kadrze pięknie i niepokojąco jednocześnie. I tak już pozostanie do samego końca.

Śledztwo w sprawie brutalnego zabójstwa byłego gwiazdora rocka prowadzi Nick Curran (Michael Douglas) – glina z ciągotami do kokainy i równie problematyczną przeszłością co sama podejrzana. Okazuje się nią trzydziestoletnia kochanka zamordowanego, Catherine Tramell, która uosabia wszystko, czego może się bać mężczyzna: jest zabójczo piękna, inteligentna (ukończyła z wyróżnieniem psychologię i literaturę), nieprzyzwoicie bogata i, o zgrozo, wyzwolona seksualnie. Stopniowo komplikująca się gra w kotka i myszkę między parą bohaterów podbudowana zostaje niepokojącym napięciem, które podkreślą nominowane do Oscara melodie Jerry’ego Goldsmitha. Momentami ma się wręcz wrażenie, że kryminalna fabuła stanowi tylko pretekst dla rozgorączkowania bohaterów, niepewności ich intencji i pożądania, które nieustannie pulsuje pod powierzchnią eleganckich, dopracowanych w każdym calu kadrów, wypełnionych stylowymi rezydencjami na skraju oceanu i samochodami retro. To bezczelne pogrywanie z przyzwyczajeniami widza czyni film Verhoevena do bólu zuchwałym i seksownym, hipnotyzującym i przesadnym. Dziś owa pozbawiona dystansu konwencja w połączeniu ze śmiałymi jak na tamte czasy romansami bohaterów może momentami wywoływać efekt komiczny, ale – wbrew pozorom – uznałabym to za siłę filmu. I wkład w rozwój takiego języka kina, które na przekór konwenansom i poprawności politycznej pozostaje wierne przede wszystkim sobie. Oglądanie dziś „Nagiego instynktu” jest jak wejście do pokoju w ekskluzywnym hotelu, w którym wciąż jest duszno od przyspieszonych oddechów, ale nie ma już śladu kochanków. Musieli z niego uciec w pośpiechu – zostały po nich tylko rozgrzana pościel, niedopity szampan i niepokojąca plama krwi pod łóżkiem. Może jest nieco tandetnie, ale też intrygująco i na swój sposób szczerze. A to już znak firmowy Verhoevena.

(Fot. TriStar Pictures/Courtesy Everett Collection)

Siła kobiecej seksualności

Film to festiwal femmes fatales – oprócz Catherine istotną rolę odgrywają w nim także jej zazdrosna kochanka Roxy (Leilani Sarelle) oraz psycholożka policyjna i była partnerka Nicka, Beth Garner (Jeanne Tripplehorn). Wszystkie bohaterki są piękne i nieprzewidywalne – aż chciałoby się określić je mianem kobiet modliszek, które celowo kuszą i onieśmielają mężczyzn. Przechwytują ich pewność siebie i robią dokładnie to, czego „skromnym damom nie wypada”, czyli głośno komentują swoje seksualne podboje, publicznie się całują lub siadają w szerokim rozkroku. Stanowią ucieleśnienie męskich fantazji i lęków, co pomagają im osiągnąć stylowe, choć minimalistyczne stroje, takie jak szary garnitur czy słynna biała sukienka mini z golfem. Sądzę jednak, że w takim przedstawieniu kobiet więcej prowokacji niż zamierzonej mizoginii: seksualność ukazana zostaje jako kobieca siła, która pozostaje jednym z nielicznych obszarów niepoddających się męskiej kontroli. Kryminalna fabuła tylko tę nierówną relację płci podkreśla, proponując odważną grę ze stereotypami (a taka strategia zawsze niesie ryzyko). Co szczególnie istotne, podsuwa też własne zakończenie – w wersji Verhoevena femme fatale wygrywa, co nie zdarzało się często w klasycznych filmach noir.

Dominacja male gaze

Z drugiej strony zastanawiam się, czy scenariusz Joego Eszterhasa, adaptowany na duży ekran przez kobietę, ukazywałby ciała i reakcje bohaterek w ten sam (lub chociaż podobny) sposób. Być może tzw. silne, niezależne kobiety to po prostu pewna atrakcyjna konwencja, a zmiana z male na woman gaze okazałaby się odpowiedzią na niezręczność tego świata przedstawionego i wskazówką, jak serio należy go traktować. „Nagi instynkt” prowokuje dziś także do takich pytań, na szczęście powstrzymując się od jednoznacznych odpowiedzi.

Niestety, świadectwa mówiące o przebiegu pracy nad produkcją udowadniają, że kobiety w tamtym czasie owszem, mogły być silne i niezależne, ale tylko na ekranie. To właśnie po zewnętrznych elementach najlepiej widać (fundamentalne wręcz) zmiany percepcyjne i kulturowe, które nastąpiły w ciągu ostatnich dekad. Choć początek lat 90. był okresem, kiedy zaczęto śmielej eksplorować niegdyś dostępne tylko dla mężczyzn obszary, to wciąż nie był to łatwy czas dla kobiet pracujących w branży filmowej.

(Fot. Getty Images)

Nierówne traktowanie kobiet poza ekranem

Produkcja Verhoevena okazała się dla Sharon Stone gigantycznym wyzwaniem: aktorka na łamach swojej autobiografii opowiada, jak podczas zdjęć została popchnięta do granic wytrzymałości, lunatykowała, miewała koszmary. Żeby tego było mało, zarobiła 28-krotnie mniej niż Douglas, a jej nazwisko nawet nie pojawiło się na plakacie. Z dzisiejszej perspektywy najwięcej kontrowersji wzbudza jednak geneza powstania sekwencji na posterunku policji, gdy gwiazdę poproszono o ściągnięcie bielizny, tłumacząc, że biel rzekomo „odbija światło”. Słynna scena, do której Stone dopiero po latach się zdystansowała, miała dla niej wiele przykrych konsekwencji, m.in. przyczyniła się do odebrania jej praw do opieki nad dzieckiem oraz nadwątliła jej reputację jako profesjonalnej aktorki (na gali wręczenia Złotych Globów jej nominację wyśmiano).

Dziś, gdy nagość w filmach i serialach wydaje się powszechna, a usprawiedliwianie dyskryminacji i nadużyć prowokacyjnym strojem kobiet jest już bardzo nie na miejscu, tym większe oburzenie wywołuje fakt, że kultowy kadr miał aż tak poważne skutki. Ofiara, jaką poniosła Stone (bo trudno to nazwać inaczej), była nieproporcjonalnie duża do treści faktycznie implikowanych w produkcji Verhoevena. Tym bardziej że w trakcie słynnego przesłuchania to przecież Tremell sprawuje władzę nad zgrają zakłopotanych policjantów w krawatach, beztrosko sobie z nimi pogrywając. Prawdziwa prowokacyjność „Nagiego instynktu” nie zasadza się dziś zatem na jego rozerotyzowaniu czy nadmiernej brutalności, ale bazuje raczej na szerszym kontekście i podskórnym przeświadczeniu, że nie można być jednocześnie seksualnie niezależną i powszechnie szanowaną. Na szczęście w XXI wieku dzieje się tak coraz rzadziej.

Joanna Najbor
  1. Kultura
  2. Kino i TV
  3. Film z przeszłości: „Nagi instynkt”
Proszę czekać..
Zamknij