Znaleziono 0 artykułów
23.06.2022

Andrzej Seweryn: Król(owa) aktorstwa

23.06.2022
Kadr z "Królowej" (Fot. materiały prasowe)

Nie dzieli ról na filmowe, serialowe czy teatralne. Dla niego liczy się po prostu rola. Zawsze otwarty na zawodową przygodę i kolejne wyzwania, tylko z wiekiem aktor staje się odważniejszy.

„Mówiłem im, że się nie rozdwoję, ale się uparli” – napisał na Instagramie Andrzej Seweryn (lub ktoś, kto jego oficjalny profil prowadzi), po czym dodał, zapowiadając nowy serial na Netfliksie: „Poznajcie Sylwestra i Lorettę”. Sylwester to bardzo elegancki starszy pan w nienagannie skrojonym garniturze, o szlachetnych rysach twarzy i tajemniczym spojrzeniu. Loretta to blond piękność w cekinowej sukni z porządnym dekoltem i zanurzonym w nim obfitym naszyjnikiem oraz lekkim, zawadiackim uśmiechem. I ona, i on to ta sama osoba, kreowana przez Andrzeja Seweryna w polskiej produkcji pod tytułem „Królowa”. Informacja o niej, opatrzona oczywiście zdjęciem Loretty, przeleciała przez nasze internety i wszelakie inne media lotem błyskawicy. Pod tym postem aktor zebrał niemal 70 tysięcy lajków – ponad pięć razy więcej niż ma stałych followersów – oraz niezliczone medialne komentarze. Lewa strona świata nowym wcieleniem Seweryna poczęła się niechybnie zachwycać, zaś prawa strona zabrała się do swego znanego już nam dobrze kwękania o „potworze dżender”. Obie strony połączyło jedno – zaskoczenie. Andrzej Seweryn jako drag queen? Szok.

Andrzej Seweryn (Fot. Getty Images)

Zszokowani mogli być oczywiście tylko ci, którzy nie mają wielkiego pojęcia o dorobku, otwartości na przygodę i ciekawości Andrzeja Seweryna, który im starszy, tym wydaje się zadziorniejszy, pokazując zarówno na ekranie, jak i na scenie swoje wielkie aktorskie możliwości – raz może zagrać drag queen, a innym razem – pryncypialnego księdza, jak to miało nie tak dawno miejsce w filmie „Zieja”. To nudne jak flaki z olejem, złożone z ciosanych w drewnie scen, nieznośnie dydaktyczne i bogoojczyźniane dzieło Roberta Glińskiego, byłoby nie do oglądania, gdyby nie Andrzej Seweryn (w roli tytułowej) oraz inny wybitny aktor, partnerujący mu Zbigniew Zamachowski (w roli przesłuchującego księdza majora Grosickiego). Dobre kino w „Ziei” oglądamy tylko wtedy, gdy na ekranie pojawia się Seweryn (i/lub Zamachowski). To najlepiej świadczy o wadze jego talentu.

(Fot. materiały prasowe)

Andrzej Seweryn urodził się, w związku z powojenną zawieruchą, w niewielkim Heilbronn niedaleko Stuttgartu, w którego okolicach poznali się wywiezieni do Rzeszy na roboty rodzice. Do Warszawy przybył jako małe dziecko. Tam – na Żoliborzu, w domu bez łazienki – się wychowywał. Tam wstąpił jako dziewięciolatek do walterowców, komunistycznego harcerstwa (ojciec był partyjny), gdzie poznał przyszłych tuzów opozycji. Tam zainteresował się aktorstwem (wiadomo: ogniska i apele). Tam zawędrował do teatru w Pałacu Młodzieży, gdzie poznał Stanisławę Celińską, w której się ponoć podkochiwał z wzajemnością. Tam w końcu, w pamiętnym roku 1968, skończył aktorstwo w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej (dzisiaj Akademii Teatralnej). Jego symboliczne wejście w dorosłe życie było, można powiedzieć, dość spektakularne. Młody aktor, zaangażowany opozycyjnie, współorganizował sławetny protest przeciwko zdjęciu z afisza przez władze komunistyczne „Dziadów”, które Kazimierz Dejmek wyreżyserował w Teatrze Narodowym. Rozrzucanie antyradzieckich ulotek skończyło się dla niego kilkoma miesiącami w więzieniu.

Na początku swej artystycznej drogi Seweryn związał się z Teatrem Ateneum, w którego zespole pozostał do roku 1980, kiedy to coraz bardziej zastanawiał się nad tym, czy bycie gwiazdą stołecznej sceny z wygodną parą kapci w garderobie jest tym, co go interesuje. Nie, nie interesowało go to, bo zawsze był człowiekiem ciekawym nowego, ciekawym innego. Wtedy właśnie wyjechał do Paryża, gdzie Andrzej Wajda reżyserował akurat Witkacego i gdzie wielki talent Seweryna dostrzegli błyskawicznie Francuzi, co skończyło się propozycją grania w tamtejszym Théâtre National de Chaillot i na kilku innych scenach w spektaklach takich reżyserów, jak choćby wielki Patrice Chéreau.

(Fot. materiały prasowe)

A Polska? Cóż, zaangażowanemu opozycyjnie artyście kraj, w którym wprowadzano właśnie stan wojenny, nie miał wiele do zaoferowania. Zakończyło się wówczas także jego drugie małżeństwo – z Krystyną Jandą, z którą ma córkę Marię Seweryn. Nic go więc nad Wisłą nie trzymało, mógł zacząć układać nowe życie nad Sekwaną. Tam ożenił się po raz trzeci (i nie ostatni), tam dojrzał go szybko i zaoferował pracę jeden z gigantów europejskiego teatru, Peter Brook, z którym Seweryn spędził kilka kolejnych artystycznych sezonów, grając na całym świecie między innymi w jego legendarnej, trwającej z przerwami piętnaście godzin „Mahabharacie”.

To wszystko zaprowadziło go na początku lat 90. do niezwykle ważnej instytucji francuskiego życia teatralnego, czyli Comédie-Française. Andrzej Seweryn stał się tym samym trzecim od bodaj 1680 roku cudzoziemcem, którego Comédie-Française zaprosiła do swego zespołu, gdzie spędził kolejnych 20 lat. We Francji grał, we Francji zdobywał uznanie, we Francji uczył aktorstwa młodych. Młodych, z którymi miał zawsze bardzo dobry kontakt, i którzy go zawsze interesowali. Nie kto inny jak Andrzej Seweryn poszedł ongiś na studencki spektakl Anny Smolar i zaproponował jej, jeszcze w Paryżu, asystenturę – dzisiaj Smolar to znakomita, uznana, nagradzana i pracująca w Polsce reżyserka teatralna.

(Fot. materiały prasowe)

Jego życie artystyczne to oczywiście nie tylko teatr, ale również film: od Maksa Bauma w Wajdowskiej „Ziemi obiecanej” zaczynając (a jest to rok 1974), na znanych młodszej widowni rolach, choćby w „Różyczce” Jana Kidawy-Błońskiego, „Ostatniej rodzinie” i „Królu” Jana P. Matuszyńskiego, wspomnianym „Ziei” czy „Rojście” Jana Holoubka, kończąc. Mały ekran, duży ekran, mała scena, duża scena – wszystko to ma dla niego tak samo ważne znaczenie, do wszystkich ról podchodzi równie poważnie. Nie lubi nawet, kiedy się używa sformułowania „rola filmowa” czy „rola teatralna”. – Jest po prostu rola – powiedział mi kiedyś bardzo stanowczo.

Po ponad 30 latach na emigracji Andrzej Seweryn wrócił do Polski, gdzie wielu widziało go w rozmaitych dyrektorskich fotelach. Dostawał oferty kierowania największymi scenami: Teatrem Narodowym w Warszawie, Starym Teatrem w Krakowie czy Teatrem Polskim we Wrocławiu. Przyjął w końcu propozycję poprowadzenia stołecznego Teatru Polskiego, który za jego trwającej już dekadę dyrekcji otrzymał imię Arnolda Szyfmana (pomysłodawcy, twórcy i budowniczego tej jednej z największych warszawskich scen). Wielu – ze mną włącznie – nie spodziewało się w Polskim Seweryna niczego poza dość tradycyjnym, żeby nie powiedzieć konserwatywnym, repertuarem, ale on i tu zaskoczył, bo jak inaczej nazwać zaproszenie na scenę Pożaru w Burdelu czy takich twórców, jak choćby Monika Strzępka z Pawłem Demirskim, którzy zrobili tam dwa głośne spektakle: „Króla” Szczepana Twardocha i ostatnio „M.G”, inspirowanego kuchennymi rewolucjami Magdy Gessler.

(Fot. materiały prasowe)

Gdy trzy lata temu Andrzej Seweryn obchodził pięćdziesięciolecie pracy artystycznej, w Teatrze Polskim pojawili się dosłownie wszyscy – z Donaldem Tuskiem, ówczesnym przewodniczącym Rady Europejskiej, włącznie, co mówi dużo o pozycji szanownego jubilata w polskiej kulturze. Pozycji, którą umie wykorzystywać na rzecz zarządzanej przez siebie instytucji. To przecież właśnie dyrektor Seweryn namówił kiedyś prywatny biznes do dotowania notorycznie niedofinansowanego teatru. Polski mógł wówczas liczyć na wsparcie i Jana Kulczyka, i Banku PKO BP, którym długie lata kierował Zbigniew Jagiełło. Takie to były czasy.

W kwietniu tego roku Andrzej Seweryn skończył 76 lat, ale nie należy do tych artystów, którzy lubią się skupiać na celebrowaniu przeszłości. Choć aktor tradycję sobie ceni, patrzy przede wszystkim w przyszłość, a ta wydaje się niezwykle ciekawa i obiecująca. Seweryn jest żywym dowodem na to, że dobrze prowadzoną karierę można rozwijać, będąc już dawno w wieku emerytalnym. Mało tego, że można mieć znakomity kontakt z coraz młodszymi ludźmi, że można z nimi pracować, osiągając kolejne sukcesy, że można być dla tych, którzy ubierają odświętne ubranie w drodze do Teatru Polskiego, oraz tych, którzy w rozciągniętym dresie odpalają wieczorem Netfliksa. A co do tego, że wszyscy go odpalimy, kiedy zacznie się streaming „Królowej”, nie mam żadnych wątpliwości. Uwielbiający takie wyzwania Andrzej Seweryn pewnie też.

Artykuł pochodzi z „Vogue Polska Leaders” z 2021 roku.

Mike Urbaniak
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę