Znaleziono 0 artykułów
11.11.2019

Wanda Zawidzka-Manteuffel: Artystka wszechstronna

Baśń o ziemnych ludkach (Fot. Materiały organizatora / Łukasz Rossienik)

Rysowała właściwie mimochodem. Projektowała dyskretnie. Bliscy mówią, że nie było w niej za grosz ostentacji. 25 lat po śmierci artystki Wandy Zawidzkiej-Manteuffel w Warszawie odbędzie się wystawa jej prac. Ilustracje dla dzieci, wazony, przedmioty codziennego użytku – warto wybrać się na Saską Kępę.

To musiało być na początku lat 90. XX wieku. Magdalena Zawidzka-Kwiatkowska odebrała telefon z gminy czy z administracji z poleceniem opróżnienia piwnicy przy ulicy Walecznych 7 na warszawskiej Saskiej Kępie. W piwnicy przez ostatnie 30 lat mieściła się pracownia ceramiczna Wandy Zawidzkiej-Manteuffel. W tym samym domu artystka miała kawalerkę. Nie mieszkała już jednak na Walecznych, mieszkanko i pracownia stały puste. Jakiś czas wcześniej Magda wzięła 80-letnią Wandę do siebie na Niekłańską. Starsza pani przewracała się, słabła w oczach. Trzeba było się nią zaopiekować, ustawić leki, odkarmić, bo obiadki w barze mlecznym na Francuskiej były takie sobie. Magda była ukochaną bratanicą Wandy, a ta jej ukochaną ciotką. Trzymała dziewczynkę do chrztu, kilkadziesiąt lat później bratanica będzie trzymać dłoń Wandy w swojej dłoni w jej ostatnich chwilach.

Wanda Zawidzka-Manteuffel z braćmi (Fot. Materiały prasowe)

Magda zastała pracownię otwartą, ktoś wyłamał zamek. Złodzieje wynieśli ceramiczny piec. W rogu pomieszczenia piętrzyła się góra śmieci, tynku, tektury, trocin. Bura breja, bo okazało się, że pękła rura i zalała część pracowni. Magda zaczęła sprzątać śmieci, wygarniać bród. I nagle w tej brei zobaczyła połyskujące kolory, złoto, błękit, zieleń. To były szklane naczynia i wazony. Wanda z okazji imienin czy świąt obdarowywała bliskich ceramicznymi drobiazgami, ale nigdy nie pochwaliła się rodzinie tą akurat kolekcją. W reklamówkach na raty Magda przynosiła te skarby z pracowni do domu. Tak ocaliła wybitną kolekcję kilkudziesięciu szklanych obiektów Wandy Zawidzkiej-Manteuffel.

Szkło Wanda odkryła dla siebie późno, dopiero w latach 50. ubiegłego wieku. Wcześniej były rysunek, tkanina, ceramika. Była dobra we wszystkim.

Skąd u niej te zdolności artystyczne, nie wiadomo. Dwaj młodsi bracia skończyli politechnikę, zostali inżynierami – Stanisław elektrykiem, Janusz budowlańcem. Wanda wybrała naukę w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych.

Pani Zima (Fot. Materiały organizatora / Łukasz Rossienik)

Żeby rodzeństwo Zawidzkich mogło studiować, ich matka, Cecylia z Gościckich, przeniosła się z nimi z Płocka do Warszawy. Cecylia była już wtedy wdową. Na życiu jej i dzieci cieniem kładła się tragiczna śmierć Andrzeja Zawidzkiego. Ojciec Wandy, Staszka i Janusza popełnił samobójstwo. Zawsze był słabego zdrowia, po przebytym durze brzusznym cierpiał na dolegliwości żołądkowe. Na zagraniczne kuracje sprzedał nawet rodzinny majątek Worowice pod Płockiem. Kiedy kolejny pobyt w Szwajcarii nie pomógł, Andrzej kompletnie się załamał. 13 stycznia 1924 roku odebrał sobie życie wystrzałem z rewolweru. Wanda miała wtedy 18 lat.

Iskierki (Fot. Materiały organizatora / Łukasz Rossienik)

Pewnie niewiele wcześniej ktoś, może któryś z braci, zrobił jej to zdjęcie, na którym siedzi roześmiana z przyborami malarskimi w dłoni.

To były zamierzchłe czasy pierwszego roku w Akademii Sztuk Pięknych. Wtedy na przerwach mieszał się parter (pracownie ogólne) z pierwszym piętrem, już nie mówiąc o drugim, gdzie były same „wyższe sfery” studenckie. Mieszało się to towarzystwo, tym bardziej że mieliśmy taki uroczy zwyczaj: w okresie jesiennym i zimowym urządzano prawie co tydzień tzw. czarne kawy – zwyczajne potańcówki. Mieliśmy więc okazję poznać się prywatnie – wspomina Halina Jastrzębowska, projektantka i architektka wnętrz. – Wandzia Manteuffel chyba o rok wcześniej ode mnie zaczęła studia i była w pracowni Tichego, na pierwszym piętrze, kiedy ja uczęszczałam do pracowni ogólnej.

Wanda świetnie odnalazła się w Szkole Sztuk Pięknych (wtedy jeszcze nie ASP), studia zaczęła w 1926 roku. Eteryczna, ale nie stroniła od zabawy. „Były to lata wspaniałe – pisał artysta grafik Konstanty M. Sopoćko. – Żyło się tu bardzo intensywnie i bardzo wesoło w tym gmachu na Powiślu, ufundowanym przez zacną obywatelkę Eugenię Kierbedziową, a wybudowanym według planów architekta A. Graviera, tego samego, u którego zdawałem w politechnice z perspektywy”.

Na szalone bale kostiumowe przychodzili studenci i uznani twórcy (to tutaj rysowniczka Maja Berezowska rozśmieszała wszystkich, tańcząc w przebraniu marynarza). I jeszcze szopki! „W tym wielkim korytarzu na parterze ileż to szopek się odbyło – wspomina Sopoćko. – Owych słynnych szopek, na które przychodziła cała kulturalna Warszawa. Pamiętam, jak przez szpary w kulisach chłonęliśmy widok rozbawionej sali. Jak cieszyły nas zapamiętałe brawa i śmiech Tuwima, Słonimskiego i Wieniawy. Przysięgłych widzów na każdej premierze”.

(Fot. Materiały organizatora / fot. Marcin Koniak, Desa Unicum)

Zabawa zabawą, ale warszawska Szkoła Sztuk Pięknych miała program i misję. Studentów uczono projektowania obiektów codziennego użytku. Sukces polskich artystów na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej i Wzornictwa w Paryżu w 1925 roku pokazał, że rodzime wzornictwo ma się świetnie. Wanda Zawidzka uczyła się u twórców tego sukcesu, jej profesorami byli Wojciech Jastrzębowski, Lucjan Kintopf, Miłosz Kotarbiński, Tadeusz Pruszkowski, Karol Tichy. Próbowała sił w warsztatach kilimkarstwa i ceramiki. Kilimkarstwo nie bardzo ją pociągało, za to pokochała projektowanie tkanin żakardowych. Po drugiej wojnie światowej wróci do tematu w kilkunastu autorskich projektach dla spółdzielni Ład. Grafikę studiowała u wybitnych artystów, Władysława Skoczylasa i Edmunda Bartłomiejczyka, który był opiekunem jej dyplomu.

Obroniła się w 1934 roku. Wkrótce przystąpiła do Koła Artystów Grafików Reklamowych (KAGR) oraz zilustrowała swoją pierwszą książkę dla dzieci, „Kasia i księżyc” Zuzanny Rabskiej.

Jeszcze na studiach poznała swojego przyszłego męża, Edwarda Manteuffla. On również zajmował się grafiką, a do tego projektowaniem wnętrz. Był rozchwytywanym artystą, wystarczy wspomnieć, że stworzył dekoracje sal na transatlantykach MS „Piłsudski” i MS „Batory”, stołecznego sklepu E. Wedla przy Szpitalnej oraz zegara słonecznego na Wieży Grodzkiej Zamku Królewskiego.

Wanda Zawidzka-Manteuffel z mężem (Fot. Materiały prasowe)
Pięć Zoś (Fot. Materiały organizatora / Łukasz Rossienik)

Ślub Wandy i Edwarda odbył się wiosną 1939 roku. Krótkie to było małżeństwo, jakby okiem mrugnąć. Ślub, a zaraz potem mobilizacja, wojna, rozłąka na wieczność. Edward został wywieziony do Starobielska, zamordowany w Charkowie. Jest na liście katyńskiej. Ale o tym Wanda dowie się wiele lat później. Na darmo szukała go przez Czerwony Krzyż. Dopiero Magda pojedzie na jego grób, zapali świeczkę przy fotografii Wandy i Edwarda. – Musieli się bardzo kochać – mówi. – Kiedy nie wrócił, Wanda zamknęła się w sobie.

Na razie jeszcze czuła się mężatką, jeszcze nie była wdową. Po prostu dosięgły ją wojenne trudności. Dom przy Filtrowej, w którym mieszkali Zawidzcy, trafiła bomba. Wanda wygrzebała z gruzów garść nadpalonych srebrnych łyżek i pękniętą chińską filiżankę. Trzeba było tułać się po rodzinie i znajomych. Wanda była częstym gościem w majątku kuzynostwa Umińskich w Jędrzejowie. Trzeba też było zarabiać, więc wraz z Heleną Grześkiewiczową wyrabiała tkaniny samodziałowe, modelowała kapelusze, robiła je nawet z trocin. Do kapeluszy zresztą miała rękę. Lubiła nakrycia głowy. Zachowało się kilka jej zdjęć w fikuśnych kapelusikach. Najważniejszym wojennym zajęciem była aktywność konspiracyjna. Wiadomo, że Wanda była łączniczką przy Referacie 999, kryptonim Korweta, w Wydziale Bezpieczeństwa i Kontrwywiadu Komendy Głównej AK, w którym rozpracowywano ruch komunistyczny w Polsce. Szefem Korwety był prof. Stanisław Ostoja-Chrostowski, rzeźbiarz, malarz i grafik, specjalizujący się w drzeworycie. Wanda miała szczęście, że po wojnie nie trafiła do więzienia.

Potem był rok 1945. Warszawa leżała w gruzach jak roztrzaskany garnek. Bracia Zawidzcy jeszcze w czasie okupacji zamieszkali na Saskiej Kępie. Zaraz po wojnie Wanda i jej matka również przeniosły się na Kępę do domu przy Walecznych 7. Mieszkanko było małe, miało ledwie 19 metrów kwadratowych, pokój z wnęką kuchenną w korytarzyku. Dookoła sami plastycy. Vis-à-vis Wandy mieszkała Zofia Czasznicka, artystka specjalizująca się w tkactwie. Był też Józef Czerwiński, twórca rysunków i ilustracji książkowych oraz wielu kart i pocztówek. Wesoły to był dom, gdzie sąsiedzi chętnie do siebie wpadali w odwiedziny. Wanda mieszkała niemal po spartańsku – najważniejszym meblem był rajzbret, na nim papier i materiały do rysowania, regał z książkami, tapczan i wygodny fotel z frędzlami. Tapczan i fotel są teraz u Magdy. Fotel dostał nową tapicerkę, ale frędzle są. Ten fotel widać na wielu rysunkach Wandy, w jej ilustracjach książkowych. Fotel – model.

Lis i zając (Fot. Materiały organizatora / Łukasz Rossienik)

Powojenna rzeczywistość stawiała przed projektantami nowe wyzwania. Najpierw kraj w ruinie i brak mieszkań, potem próby poradzenia sobie z dojmująco małym metrażem, zaprojektowanie i urządzenie tego metrażu godziwie i pięknie (stąd ażurowe regały, które dzielą przestrzeń, moduły itp.). Dylematy, czy huta szkła powinna produkować żarówki, czy wazony. Ludzie bardziej potrzebowali żarówek. A jeśli wazony, to jakie? Przecież nie te z przedwojennych, kapitalistycznych i drobnomieszczańskich wzorników. Polska Rzeczpospolita Ludowa potrzebowała nowych wzorów, na miarę nowych czasów. Do pracy dla wzornictwa ruszyli przedwojenni twórcy i młodzi adepci akademii sztuk pięknych.

Wanda Zawidzka-Manteuffel od razu zawiązała współpracę z Wandą Telakowską, organizatorką Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Telakowskiej przyświecała szczytna idea: „Piękno na co dzień i dla wszystkich”. Zawidzka-Manteuffel projektuje ceramikę i tkaniny drukowane, dla reaktywowanej spółdzielni Ład robi żakardy, no i po raz pierwszy mierzy się ze szkłem w hucie w Szczytnej Śląskiej. Z początku lat 50. pochodzi zestaw szkła prasowanego Perełki. Projektantka dostała za niego I nagrodę w konkursie Instytutu Wzornictwa Przemysłowego.

Wanda Zawidzka-Manteuffel (Fot. Materiały prasowe)

Uczyła się szkła z zapałem. – Szkło bardziej leżało w naturze Wandzi niż ceramika – stwierdza Halina Jastrzębowska. – Ten materiał daje subtelniejsze efekty. Wandzia była zawsze zawzięta; wgłębiała się w chemię, pamiętam, że miała taki gruby zeszyt. „Chcę to zrobić, więc muszę przecież to zrozumieć” – mawiała. Jastrzębowska nieraz obserwowała Wandę przy projektowaniu. Na początku lat 50. w trójkę z Henrykiem Gaczyńskim pracowali nad kryształowymi żyrandolami do Pałacu Kultury i Nauki.

(Fot. Materiały organizatora / Łukasz Rossienik)

Wanda zrobiła wiele wzorów dla przemysłu. Ale szczególnie piękne są jej szklane obiekty artystyczne, niedzielne, bo powstawały przeważnie w niedziele. Od połowy lat 60. Wanda Zawidzka-Manteuffel pracowała na stanowisku projektanta szkła w Hucie Szkła Gospodarczego „Irena” w Inowrocławiu. W ciągu tygodnia pracowała nad naczyniami wieloseryjnymi. W niedziele, kiedy wolne były otwory przerobowe w wannach szklarskich, puszczała wodze fantazji. W ich realizacji pomagał jej hutnik Władysław Olejniczak, który w Irenie pracował od 1924 roku. – Rozumieliśmy się zawsze bardzo dobrze – wspomina. – Wykonywałem wszystkie wzory pod dyktando pani Wandy – bardzo wiele wzorów robiłem posypywanych tzw. sieczką, którą wcześniej przygotowywałem. Wzory formowane od ręki, bez formy, były wykonywane oczywiście bez dokumentacji – to, co kazała pani Wanda robić, stojąc przy mnie, to wykonywałem. Bardzo wiele pracowaliśmy w niedziele.

Szkło nieustannie ją zachwycało. Powiedziała kiedyś: – Szkło jako tworzywo artystyczne obdarzone jest cudownymi właściwościami: daje się kształtować według woli artysty, dysponuje możliwością wyzyskania gry świateł oraz dowolnie stosowaną przezroczystością i bogactwem barw.

Na portrecie olejnym z 1935 roku Wanda siedzi ze szkicownikiem w ręku, zajęta rysowaniem. Autorką obrazu jest inna Wanda, Świeżyńska-Schinzlowa. A ten gest, to rysowanie jakby mimochodem, jest świetnie uchwycony. Właśnie tak rysującą Wandę zapamiętała bratanica Magdalena Zawidzka-Kwiatkowska. Bo Wanda nieustannie portretowała ją i jej trzy siostry oraz dwie kuzynki. Stanisław miał cztery córki, Janusz dwie. Wanda doczekała się więc sześciu bratanic. Siostry Zawidzkie służyły jej za wdzięczne modelki. Ich postacie zaludniają wiele książeczek dla dzieci, bo po wojnie Wanda znowu robiła ilustracje, współpracowała z wydawnictwami. – Przychodziła do nas zawsze ze szkicownikiem. Nigdy nas nie ustawiała, nie prosiła o pozowanie, dyskretnie obserwowała, starała się uchwycić ruch – wspomina Magdalena. – Rozkoszne dzieci, buzie roześmiane. Jak patrzę na te obrazki, to jakbym siebie widziała.

Wanda Zawidzka-Manteuffel rysująca / (Fot. Materiały prasowe)

Miała wdzięk. Poruszała się z wdziękiem, uśmiechała się z wdziękiem.

Kiedy mowa o Wandzie Zawidzkiej-Manteuffel, wciąż powracają określenia: subtelna, delikatna; zarówno gdy chodzi o jej projekty, jak i o nią samą. Halina Jastrzębowska tak opisuje przyjaciółkę: – Wandzia była tak uroczym człowiekiem pod każdym względem, że trudno byłoby jej nie zauważyć. Mimo całej jej niesłychanej skromności i dyskrecji, bo była szalenie delikatna we wszystkim. Nie należała do tych, którzy idą z hymnami światoburczymi w pierwszym szeregu. To bardzo dla niej charakterystyczne: za grosz ostentacji. Ale potrafiła być bardzo dowcipna takim cichym, dyskretnym dowcipem. Przy tym na Wandzi zawsze można było polegać. To zabawne, bo to przecież wątła kobietka. Istna bańka mydlana! Przechodziła przez życie z dyskrecją, wytworna i samoswoja. Nigdy nie była banalna. Wszystko, co robiła, było odbiciem jej osobowości.

Dama w każdym calu. Nawet w ostatnich latach życia, kiedy mieszkała u Magdy i już coraz rzadziej wstawała z łóżka, a do stołu przychodziła ubrana w szlafrok, to zawsze do tego szlafroka przypinała broszkę, pod szyję wiązała apaszkę, w dłoni trzymała torebeczkę.

* Ilustracje i przedmioty codziennego użytku autorstwa Wandy Zawidzkiej-Manteuffel można zobaczyć w warszawskim Promie Kultury Saska Kępa. Wystawa „Najmilsi” potrwa od 22 listopada do 27 grudnia 2019 r.

Małgorzata Czyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę