Znaleziono 0 artykułów
18.04.2019

Wysokie obcasy i wyraziste poglądy

Alicja Wysocka-Świtała (Fot, Luka Łukasiak)

Trzeba pokazywać dziewczynom, że nie muszą być grzeczne. Mają prawo sięgać po wysokie stanowiska, rozmawiać o pieniądzach i biznesie – mówi Alicja Wysocka-Świtała, która razem z mężem prowadzi agencję Clue PR. 

Macie z mężem własną agencję PR-ową. Jesteś dumna z tego, co osiągnęliście?

Tak, weszliśmy do pierwszej ligi agencji. Ponieważ na polskim rynku nie wszystkie karty zostały jeszcze rozdane, możemy się starać o tych samych klientów, co wielkie korporacje. Ale nad sukcesami przechodzimy chyba za często do porządku dziennego. Uznajemy je za coś oczywistego, zamiast cieszyć się każdym osiągnięciem, np. tym, że zaraz przenosimy się do nowego dużego biura. Nie trzeba codziennie otwierać szampana, ale nie powinniśmy uznawać za normę tego, co wyjątkowe, czyli samodzielności, którą udało się nam wypracować. Udało się również zbudować silny zespół, bez którego taki rozwój firmy nie byłby możliwy.

Niepowodzenia bardziej przeżywacie?

Tak, porażki analizujemy, wyciągamy z nich wnioski i zapamiętujemy na długo. Ludzie sukcesu często mówią, że porażki ich wzmacniają. Ja przyznaję, że mnie niepowodzenia denerwują. Ale wiesz co, tak naprawdę przez większość czasu nie osiągasz spektakularnych sukcesów ani nie ponosisz bolesnych porażek. Rzeczywistość prowadzenia firmy to zwyczajny wtorek, bez fajerwerków, ale i bez pożarów. A nas cały czas nosi. Wciąż chcemy więcej.

Klientów, pieniędzy, wyzwań?

Wyzwań chyba najbardziej. W naszej branży nagroda jest odroczona, bo przecież kampanii nie realizuje się z dnia na dzień. Nie mówiąc już o budowaniu mocnego zespołu, bo to trwa latami. Ta praca nigdy się nie kończy.

Alicja Wysocka-Świtała (Fot, Luka Łukasiak)

Zanim założyliście firmę, przepracowałaś kilka dobrych lat w agencjach reklamowych i marketingowych. To były dla ciebie cenne doświadczenia?

Pracę zaczęłam na czwartym roku studiów dziennikarskich, po powrocie z Erasmusa w Oslo, w międzynarodowej agencji reklamowej Havas. Branża się wtedy rozwijała, działały już duże sieciówki, było też kilka mocnych polskich firm i rodzące się butikowe agencje social media. Budżety były spore, dzięki czemu uczyłam się myślenia szerokozasięgowego. Wyjechałam też popracować w kreacji w centrali Havas w Nowym Jorku, dzięki rekomendacji mojego ówczesnego dyrektora kreatywnego Jacka Szuleckiego. Zobaczyłam tam zupełnie inny styl pracy, inny rozmach i faktycznie po powrocie trudno mi było podchodzić do polskiej reklamy tak samo jak przed wyjazdem do Stanów. Ponadto dyrektorami kreatywnymi w Polsce byli w tamtym okresie głównie mężczyźni po 40. Między innymi dlatego podjęłam decyzję o przejściu do PR-u, bo przekonałam się, że struktura zatrudnienia w reklamie jest płaska i zbyt długa droga dzieliłaby mnie od pozycji zarządzającej. Trafiłam do agencji PR FleishmanHillard, gdzie dostałam pod opiekę ciekawe marki, w tym jedną kampanię nagrodzoną SABRE Awards. Odnalazłam się w połowie drogi między kreacją a strategią.

Założenie własnej firmy było spontaniczną decyzją?

Nie do końca. Zastanawiałam się nad tym krokiem kilka miesięcy, ale jak podjęliśmy decyzję, to poszło szybko. Karol mnie do tego namawiał, miał już wcześniej firmę. W roku założenia naszej agencji wzięliśmy ślub. To był dla nas czas intensywnych zmian. Chcieliśmy założyć własną agencję po to, żebyśmy mogli sami decydować, w jakim tempie i do jakiego punktu chcemy się rozwijać. Własna firma to ryzyko, ale i szansa.

Także finansowe?

To ryzyko nieustające! Nieustannie trzeba inwestować w rozwój, w szkolenia, narzędzia, sprzęty. Kapitał w firmie musi krążyć.

A ryzykiem było też założenie firmy z własnym mężem?

Mnóstwo ludzi nam tak mówiło, ale okazało się, że to była najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym prowadzić biznes z kimś innym. Rozumiemy się z Karolem w pół słowa, chociaż nasze kompetencje są ściśle rozdzielone. Różnice zdań się nam oczywiście zdarzają, ale cel przyświeca nam ten sam: chcemy tworzyć najlepszą agencję technologiczną na polskim rynku. Karol był zawsze mocny w dziedzinie technologii, ja zajmowałam się budowaniem marki, brandingiem, storytellingiem. Udaje się nam to zgrabnie łączyć. Ukierunkowujemy teraz agencję na tworzenie brand stories, czyli historii o markach.

A jak zachowujecie równowagę między pracą a życiem osobistym?

Gdy zaczynamy pracę, to nie rozmawiamy już o wakacjach. Staramy się zachować równowagę, ale zdarza nam się omawiać problemy firmowe na spacerze w Łazienkach albo przy kolacji w restauracji. Intensywne życie rodzinne nie pozwala nam jednak zbyt długo deliberować o pracy wieczorami.

Alicja Wysocka-Świtała (Fot, Luka Łukasiak)

Ufacie sobie?

W stu procentach. Gdy Karol podejmuje się jakiegoś zadania, wiem, że będzie wykonane świetnie. On podobnie polega na mnie. Karola wyróżniają chłodny osąd i spokój, nie spala się, analizuje. Ja jestem bardziej ekspresyjna, ale też nie lubię kierowania się emocjami w pracy, przekładania ich na relacje. Uwielbiam tabele.

A jak wygląda teraz podział obowiązków między wami?

Dzielimy się obowiązkami na bieżąco. Jeśli Karol jest zaangażowany w przetarg, ja się zajmuję strategią lub bieżącym zarządzaniem agencją. I odwrotnie. Dużą sztuką jest przewidywanie kryzysów, zanim się wydarzą. Pokusa zaangażowania się tylko w to, co tu i teraz, jest duża, ale trzeba nauczyć się dzielić czas pracy na realizowanie bieżących zadań i planowanie kolejnych ruchów. Warto raz na jakiś czas zrobić krok wstecz, żeby nie utonąć w tym, co się dzieje na co dzień.

Na czym polega sekret zarządzania?

To ciągły proces. Każdy negocjuje własne granice. Dla pracowników, zwłaszcza przedstawicieli młodszego pokolenia, praca wcale nie musi być najważniejsza, tak jak była dla nas w pierwszych latach po studiach. Co z tego, że ja trzy razy z rzędu zawalałam jogę, żeby się przygotować do przetargu? Oni nie muszą tak funkcjonować. Poza tym nie wiem przecież, czy moja formuła zagwarantuje im sukces. Nie ma jednej recepty.

A jacy są pracownicy z pokolenia mediów społecznościowych?

Nie przepraszają, że żyją, nie mają kompleksów, są otwarci. Ja na początku zawodowej drogi byłam czasem za grzeczna. Wiele moich koleżanek podobnie.

Mimo wsparcia otrzymanego od rodziców?

Tak, mimo tego że rodzice zawsze we mnie wierzyli, dawali i wciąż dają mi wielkie wsparcie. Wspierali moje pasje, zachęcali do wyjeżdżania za granicę na kursy językowe czy Erasmus. Nie wymyślali za mnie mojego życia, za to dawali mi poczucie, że wszystko mogę. Mnóstwo im zawdzięczam.

Dobry szef to twoim zdaniem autorytet czy kumpel?

Dobry szef wygrywa spokojem. W napiętej sytuacji, które często się w tej branży zdarzają, bierze głęboki oddech. Dobry szef ufa pracownikom, żeby mogli się rozwinąć. Ja musiałam nauczyć się nie dawać im gotowych rozwiązań. Gdy nauczysz kogoś samodzielnego myślenia, nie będzie działał na autopilocie, tylko weryfikował swoje umiejętności na bieżąco. Trzeba też umieć słuchać, ale z umiarem, żeby nie stać się dla pracownika terapeutą. Ważne jest również zachowanie prywatności dla siebie. Uwielbiam Instagram, ale to nie znaczy, że powinnam dzielić się prywatnymi sytuacjami z pracownikami. Nie przepadam za tym.

Sama nauczyłaś się zarządzania?

Miałam kilku fajnych szefów, ale prawdziwego mentora mi zabrakło. W Polsce system mentorski nie działa. A potrzebujemy przecież mentorów, bo mogą ukierunkować nasz rozwój. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że mogę być wyrazistą szefową. Nie wierzę, że można być lubianym przez wszystkich. Lubię sukienki boho, wysokie obcasy. Jasno wyrażam swoje poglądy, głośno się śmieję i dużo mówię. Na niższych stanowiskach chciałam dodać sobie powagi szarymi żakietami, ale po 30. przestałam już przykrawać się do schematu. Gdy pojechaliśmy wiele lat temu z Karolem pierwszy raz do Mediolanu, na lanczu zobaczyłam dziewczyny ubrane w sukienki jak z wybiegów, czasem mocno ekstrawaganckie. Po kawie wracały tak ubrane do pracy. Nie traciły przy tym ani krzty profesjonalizmu.

Chciałabyś, żeby kobiety mogły być w pracy w pełni sobą?

Tak, bo często bywają uprzedzająco miłe, ale nie do końca szczere. Obawiają się wyrazić swój styl czy ostrzejszy osąd sytuacji. Uprzejmość to jedno, a dopasowywanie się do oczekiwań innych to drugie. Trzeba pokazywać dziewczynom, że nie muszą być grzeczne, że mają prawo sięgać po wysokie stanowiska, rozmawiać o pieniądzach i biznesie. Zatrudniamy w agencji bardzo dużo kobiet i uważam, że należy je wzmacniać w rozwoju i wyrażaniu swojej osobowości.

Potrafisz zatracić się w pracy?

Zdarza się. Ale wiesz co, nie lubię tych pełnych poświęcenia historii o całodobowej pracy. To jest takie bardzo w stylu 2006 roku. Uważam, że szef nie daje dobrego przykładu pracownikom, wysyłając wiadomości w środku nocy. Praca po godzinach oznacza, że nie najlepiej zaplanowałeś swój dzień. Albo masz nadmierne ambicje. Oczywiście jeśli masz firmę, sprawdzasz maile na wakacjach czy w weekendy, ale nie trzeba z tego robić martyrologii. Coś za coś. Własna firma, mimo przymusu ciągłej dostępności, kojarzy mi się ze swobodą.

Cykl powstaje we współpracy z BNP Paribas

 

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę