Znaleziono 0 artykułów
01.10.2020

Wewnątrz słynnego Domu pod Żaglem

Julia Właszczuk

Najważniejsze było światło. Wielkim atutem tego wnętrza są pasmowe okna rozciągające się na całą fasadę, od południa – portes-fenêtres na niemal całą wysokość wnętrza. Po ich otwarciu granica między wnętrzem a przestrzenią miasta zdaje się znikać, a zieleń zza okna – wchodzić do mieszkania – mówi Marcin Kwietowicz. Z architektem rozmawiamy o jego najnowszym projekcie – minimalistycznym mieszkaniu w słynnym Domu pod Żaglem z czasu międzywojnia.

Od czego zaczynasz, gdy dostajesz zlecenie?

Od rozmowy. A właściwie rozmów, bo w przypadku mieszkań czy domów potrafią one trwać miesiącami. Czasem żartuję, że nawet latami, szczególnie gdy pracuję dla bliskich znajomych. Każda taka przestrzeń jest projektowana dla konkretnych ludzi, dlatego w tym czasie muszę poznać przyszłych mieszkańców, ich oczekiwania i sposób życia. Gdy to wszystko już wiem, zabieram się do pracy. To proces, który trwa bezustannie, bo ciągle dowiaduję się czegoś nowego, co wpływa na ostateczny kształt projektu. To również ciekawe doświadczenie dla klientów, którzy muszą zajrzeć w głąb siebie, by podejmować decyzje, określać priorytety. Tu bardzo pomocne jest spisanie oczekiwań czy wytycznych, do których można wracać.

Stworzenie koncepcji wnętrza dla abstrakcyjnego, wyobrażonego mieszkańca nie zajmuje dużo czasu.

W tym przypadku pracowałeś z przyjaciółmi. Czy to ułatwiło czy utrudniło zadanie?

Praca nad projektem wymarzonego domu czy mieszkania wzbudza wiele emocji i jest to bardzo intymny proces. Dlatego bywa tak, że w trakcie pracy klienci stają się przyjaciółmi. I odwrotnie – po zakończeniu pracy nasze drogi się rozchodzą.

(Fot. Jakub Certowicz)

Podczas przygotowywania projektu nie tylko ja muszę poznać swoich klientów, ale również oni mnie. Gdy pracuje się ze znajomymi, ten etap ma się już za sobą. W tym przypadku nasza przyjaźń ułatwiła zadanie. Znam dobrze właścicieli, a oni mnie. Mamy wspólne zainteresowania i poglądy. Wiedziałem też, że kupno tego mieszkania było dla nich spełnieniem marzeń – oboje od dawna chcieli zamieszkać w słynnym Domu pod Żaglem projektu Juliusza Żórawskiego i po latach planów udało im się zrealizować ten cel. Płynnie przeszliśmy do pracy.

Opowiedz o Domu pod Żaglem.

Juliusz Żórawski był awangardowym architektem. Dom pod Żaglem zaprojektował w późnych latach 30., gdy znajdował się u szczytu kariery. To była luksusowa na tamte czasy kamienica, która powstała zgodnie z pięcioma punktami architektury Le Corbusiera [te pięć punktów to: konstrukcja słupowa, wolny plan, poziome okna, wolna elewacja, płaskie dachy i tarasy na dachach – przyp. red.]. To była druga po Szklanym Domu na Żoliborzu, również jego projektu, taka realizacja w Polsce. Dziś budynek znajduje się w rejestrze zabytków i jest jednym z najbardziej charakterystycznych międzywojennych brył w stolicy.

Budynek pełnił funkcję luksusowego apartamentowca dla najwyżej postawionych pracowników Cukrowni Ciechanów. Na parterze mieszkała służba, ktoś w rodzaju consierge’ów. Na kolejnych piętrach połączonych windą znajdowały się apartamenty. Mieszkała tu kadra kierownicza: dyrektorzy i inżynierowie. Do Warszawy przyjeżdżali w interesach – raczej tu bywali, niż mieszkali na stałe z rodzinami. Mieszkania przypomniały więc raczej pokoje hotelowe – małe kuchnie, nieduże salony od północy czy sypialnie z oknami na południe. Zupełnie inaczej niż robi się to obecnie.

Przystąpiłeś do pracy. Co było dalej?

Mieszkanie ma bardzo wyrazistą strukturę, która zachowała się do dziś, m.in. w postaci słupowej konstrukcji czy panoramicznych okien – tak, jak postulował Corbusier – czy widocznych słupów i podciągów [elementy konstrukcyjne, stanowiące najczęściej podporę dla stropu, które pozwalają na powiększanie przestrzeni – przyp. red.]. Jednak większość oryginalnych detali zniszczono w czasach PRL. Na szczęście piętro niżej zachowało się mieszkanie niemal w niezmienionym stanie, dzięki temu wiedzieliśmy, jak wyglądało w oryginale. Tam wystarczyło zachowane elementy wystroju podkreślić kolorem. Tu zachowała się jedynie struktura. I to ona była dla nas punktem wyjścia.

(Fot. Jakub Certowicz)

 

Co było najtrudniejsze?

Największym wyzwaniem było dostosowanie mieszkania do potrzeb rodziny z trójką małych dzieci przy jednoczesnym zachowaniu oryginalnego charakteru wnętrza. W tym celu musieliśmy odwrócić układ funkcjonalny wnętrza. Żórawski bardzo nam w tym pomógł – oparty na słupach budynek jest bardzo elastyczny i podatny na zmiany. Nawet niezbędne wyburzenie ściany między dawnymi sypialniami mieściło się w idei budynku. W ten sposób powstał połączony z kuchnią i jadalnią pokój dzienny z oknami wychodzącymi na południe oraz dwie północne sypialnie.

Wielkim zaskoczeniem były dla nas niedociągnięcia, które odkryliśmy, zabierając się do pracy – nie spodziewaliśmy się, że tak ekskluzywny dom jest tak niestarannie zbudowany. Żórawski przecież bardzo dbał o detal. Może to efekt późniejszych przekształceń, spuścizna PRL? Musieliśmy przez to zrezygnować z kilku pomysłów.

Skąd czerpałeś inspiracje?

Najważniejsze było światło. Wielkim atutem tego wnętrza są pasmowe okna rozciągające się na całą fasadę, od południa – portes-fenêtres na niemal całą wysokość wnętrza. Po ich otwarciu granica między wnętrzem a przestrzenią miasta zdaje się znikać, a zieleń zza okna – wchodzić do mieszkania. Dzienna część mieszkania jest bardzo słoneczna. Podkreślamy to jasnymi materiałami i gładkimi powierzchniami: polerowaną stalą czy bardzo jasnym drewnem. We wnętrzu dominują odcienie bieli i beżu. Dzięki temu światło może swobodnie operować w przestrzeni. Postawiliśmy też nas proste, minimalistyczne bryły. Zachowaliśmy oryginalny parkiet.

Mieszkanie odzwierciedla zainteresowania właścicieli. Mieszkańcy nie są kolekcjonerami, jednak otaczają się ładnymi przedmiotami. Zgromadzili pokaźny zbiór dzieł sztuki, mebli i pamiątek z podróży. Mimo że nie projektowaliśmy przestrzeni pod konkretne przedmioty, zwłaszcza że te pojawiły się w przestrzeni jako ostatnie, to staraliśmy się umożliwić im zaistnienie.

(Fot. Jakub Certowicz)

Trzecim wątkiem były podróże. Nie ma tu jednak egzotyki czy elementów rustykalnych. Motyw ten możemy zobaczyć m.in. w łazienkach wykonanych w całości z tadelaktu. Jest to rodzaj szlachetnego tynku pochodzącego z Maroka, odpornego na działanie wody.

Czyli mieszkanie bardzo osobiste. Czy obecność sztuki nie kłóciła się z funkcjonalnością?

Tak się składa, że projektuję również wiele wystaw. Tam przestrzeń musi być podporządkowana ekspozycji, w mieszkaniu – niekoniecznie. Naszym celem było przede wszystkim stworzenie wygodnego, funkcjonalnego wnętrza. Sztuka jest na drugim planie. Gdy trzeba było iść na kompromisy, to nie życie ustępowało sztuce, ale sztuka życiu. Dobrym przykładem są książki. Gdy okazało się, że przestrzeń dla nich przeznaczona będzie mniejsza, niż zakładaliśmy, właściciele zdecydowali się uszczuplić swoją kolekcję.

(Fot. Jakub Certowicz)

 

Czy projektując przestrzeń myślałeś również o dzieciach?

małe. To mieszkanie na pewien etap ich życia, dlatego projektowaliśmy je z myślą o tu i teraz. Małym dzieciom nie jest potrzebna duża przestrzeń, raczej obecność i bliskość rodziców. Bardzo przydatne okazało się rozwiązanie, które pozwala szybko otwierać i zamykać przestrzeń. Na co dzień część dzienna poprzez hol płynnie łączy się z dużą sypialnią, ale w razie potrzeby można je łatwo rozdzielić. To daje domownikom możliwość reorganizowania otoczenia wedle potrzeb.

Czy pracując nad projektem negocjujesz swoją wizję z oczekiwaniami klientami?

Nie uważam się za wizjonera. Szczególnie w przypadku projektów mieszkań moją rolą jako architekta jest spełnienie oczekiwań i aspiracji zleceniodawców. Pełnię funkcję doradcy, który weryfikuje ich pomysły i je urzeczywistnia. Jednocześnie mam oczywiście swój system wartości i pracy, który staram się realizować.

Lubię eksperymentować z materiałami, formą czy skalą, ale moje propozycje są raczej wyważone, rzadko zdobywam się na spektakularność. Paradoksalnie więc mam większy problem, gdy klient oczekuje rozmachu.

Jakimi zasadami kierujesz się projektując wnętrza?

W architekturze bardzo ważne są idee – nie ma dobrego projektu bez klarownej idei, a z drugiej strony nie zawsze musi być ona od razu widoczna. Postrzegam je raczej jako narzędzia pozwalające projektować, a niekoniecznie metodę komunikacji. Idee pozwalają tworzyć narracje przestrzeni, jednocześnie jednak muszą być zrozumiałe – szczególnie gdy architekturę oglądamy za pośrednictwem mediów. Tu im bardziej wyraziste i jednoznaczne projekty, tym lepiej. Życie bywa jednak bardziej skomplikowane i to właśnie staram się opowiadać poprzez moje projekty.

(Fot. Jakub Certowicz)

Ważniejsze niż styl są dla mnie warsztat i metoda pracy. Moja architektura nie jest architekturą tła, ale najważniejszy w niej jest użytkownik. Staram się, żeby była racjonalna – nie jest przesadnie droga, ma być prosta w budowie, poddawać się zmianom i przekształceniom. Dużo wagę przykładam do doboru materiałów.

Czy zwracasz uwagę na kwestie środowiska?

To jedna z tych idei, która wciąż dojrzewa w branży. Pierwsze zielone projekty tego typu, jak Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego Marka Budzyńskiego, wplatały ten motyw raczej symbolicznie – zielona kopuła ma opowiadać o spotkaniu kultury z naturą, ale jest uzależniona od energochłonnej klimatyzacji, która pozwala w niej funkcjonować. Później nastąpił odwrotny trend – ekologia zdominowała architekturę, a budynki zaczęły wyglądać jak domki hobbitów. W ostatnim czasie w końcu udaje się połączyć wszystkie te elementy, a ekologia stała się składową częścią architektury. To dobry kierunek.

Jeżeli chodzi o mnie, to wciąż się tego uczę. Jeszcze nie wypracowałem własnej metody, ale zawsze o tym myślę. Częściowo realizuję tę zasadę przez racjonalność. Ważna jest też świadomość problemu. W mieszkaniu przy alei Przyjaciół meble są wykonane z pochodzącego z Afryki drewna koto. Gdyby chodziło o drewno lite, szukałbym rodzimego gatunku. W tym przypadku uznaliśmy, że możemy sobie na to pozwolić.

(Fot. Jakub Certowicz)

 

Czyli można powiedzieć, że ekologia z trendu przeszła do architektonicznego elementarza. Co teraz jest trendem?

Staram się nie podążać ślepo za modą, ale jednocześnie dążę do tego, aby być na bieżąco. Jest kilka trendów, które uważnie śledzę, i czasami staram się je po swojemu interpretować. Interesują mnie tendencje mniej oczywiste, awangardowe.

Jednym z nich jest projektowanie przestrzeni w taki sposób, że ujawnia konstrukcję, np. odsłaniając cegłę czy eksponując nadproża nad oknami. W ten sposób możemy rozumieć, jak działa budynek. Architektura staje się rzemiosłem. Zamiast stwarzać wirtualny model, a potem zastanawiać się, jak go urzeczywistnić, działamy odwrotnie – wykorzystywane materiały i forma są punktem wyjścia do projektu. To praktyczna realizacja ekologii jako składowej architektury.

Drugim ciekawym zjawiskiem na przeciwnym biegunie jest neopostmodernizm. Jednym z pierwszych twórców w tym nurcie byli Valerio Olgiati i Jan De Wilde, a za nimi podążyło wielu młodych projektantów, jak Pascal Flammer czy Atelier Fala. Ważne są tu prostota i operowanie silnymi geometriami, ale robią to inaczej niż w latach 70. i 80. Ich projekty są bardzo intrygujące. To jest ten typ architektury, który mi się podoba, ale trochę trudno powiedzieć dlaczego. Ciężko ją rozgryźć.

Marcin Kwietowicz (Fot. Marek Korlak)

Na co zwrócić uwagę, gdy zabieramy się do projektowania?

Zaczynam zwykle od obserwacji przestrzeni. Warto zacząć od sprowadzenia wnętrza do podstawowych elementów. To dobry punkt wyjścia do pracy. Pomysł na projekt powstaje zwykle w odniesieniu do konkretnej przestrzeni.

Dobrze też spędzić trochę czasu w tym wnętrzu. Zobaczyć, jak działa latem, zimą, rano i wieczorem. Zwyczajnie w nim pobyć. Najlepsze są te mieszkania, które żyją razem z mieszkańcami. Warto więc stale im się przyglądać i stopniowo zmieniać przestrzeń wokół nas. Nie wszystko trzeba też robić od razu.

I ostatnia rzecz – nie wszystko musi do siebie pasować. Konsekwencja jest ważna, pozwala stworzyć ramy dla przestrzeni, ale nie trzeba ograniczać się do jednej stylistyki czy koloru. Eksperymentujcie. To wasza przestrzeń i wam ma się dobrze tam mieszkać.

Projekt: Marcin Kwietowicz, Magdalena Romanowska
Adres: Al. Przyjaciół, Warszaw

1/10Zobacz minimalistyczne mieszkanie w historycznym Domu pod Żaglem w Warszawie

Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę