Znaleziono 0 artykułów
30.04.2019

13 filmów, które warto zobaczyć w majówkę

„Basen” (Fot. EastNews)

Klasyki, nowości i pozycje kultowe, z udziałem wielkich gwiazd albo zdolnych debiutantów, amerykańskie, europejskie, a także polskie. Polecamy filmy na poranki po imprezie, wolne dni z całą rodziną i deszczowe wieczory z najbliższą osobą.

Dla przyjaciółek aktywistek: „Podbić Kongres” (od 1 maja, Netflix)

Lubimy kibicować bohaterom, których droga do sukcesu jest wyboista. Pozornym przegrańcom, zdeterminowanym, żeby dotrzeć na sam szczyt. Reżyserka Rachel Lears postanowiła się  przyjrzeć czterem kobietom – pochodzącym z gorszych dzielnic, pozbawionym doświadczenia politycznego i kapitału, dyskryminowanym – Alexandrii Ocasio-Cortez, Amy Vileli, Cori Bush i Pauli Jean Swearengin. Chociaż finalnie do amerykańskiego Kongresu dostała się tylko ta pierwsza, traktowana teraz przez media jak największa nadzieja Partii Demokratycznej, wszystkie zasługują na uznanie, bo dzięki nim głos kobiet jest w wielkiej polityce coraz lepiej słyszalny. Film dokumentalny, okrzyknięty przez recenzentów „prawdziwą historią przypominającą »Rocky’ego«”, nad którym prace rozpoczęły się zaraz po zwycięstwie Donalda Trumpa, miał swoją premierę na festiwalu Sundance, a 1 maja, nieprzypadkowo w Święto Pracy, trafi na Netfliksa.

Dla paczki znajomych na wspólny seans w domku na działce: „Ostatnie wakacje” (od 3 maja, Netflix)

Takich filmów było już wiele. Niektóre miały nawet w tytułach słowa „ostatnie” i „wakacje”. Ale tak urodziwej obsady nawet Netflix jeszcze nie widział. W rolach przyjaciół, którzy na chwilę przed rozpoczęciem studiów postanawiają przeżyć najpiękniejsze lato swojego życia, występują K.J. Apa („Riverdale”), Maia Mitchell („The Fosters”), Jacob Latimore („The Chi”), Halston Sage („Zanim odejdę”) i Tyler Posey („Teen Wolf: Nastoletni wilkołak”). Czy film o dorastaniu wypada oglądać tym, którzy już jakiś czas temu skończyli studia? A od czego jest majówka, jeśli nie od nostalgii, przygód i spontanu?

Na całonocny maraton grozy: „To my” (jeszcze w kinach)

Bohaterowie nakręconego przez Jordana Peele’a horroru, równie dobrego jak poprzedzający go „Uciekaj!”, przeglądają się w swoich agresywnych, dzikich i złych sobowtórach jak w okrutnym, karykaturalnym odbiciu. A my w „To my” przeglądamy się niczym w lustrze, ale tym z parku rozrywki, które często nienaturalnie wyolbrzymia nasze najgorsze cechy. Wielkość Peele’a mierzy się tym, że potrafi on nakręcić dwa filmy w jednym. Kto nie chce sięgnąć głębiej, „To my” potraktuje jako pretekst, żeby rozkosznie się nastraszyć. Reszta zobaczy na ekranie historię o tym, co wyparte w amerykańskiej kulturze – darwinizmie, dyskryminacji i rasizmie.

Do obejrzenia z tatą zamiast meczu: „Wysokie loty” (już na Netfliksie)

Steven Soderbergh, czyli jeden z najzdolniejszych reżyserów początku XXI wieku, który ma na koncie „Traffic” i „Erin Brockovich”, podnosi poprzeczkę. Do stworzenia filmu nie potrzebuje już nawet kamery. „Wysokie loty”, powstałe we współpracy ze scenarzystą Tarellem Alvinem McCraneyem od „Moonlight”, nakręcił iPhone’em. Nawiązujące do tradycji najlepszych filmów sportowych pokroju „Ich własnej ligi”, „Jerry’ego Maguire’a” i „Moneyball” „Wysokie loty” opowiadają o agencie sportowym Rayu Burke’em (rozchwytywany obecnie André Holland), który odkrywa nowy koszykarski talent. Reżyser odsłania kulisy działania jednej z najbardziej dochodowych dyscyplin sportowych Ameryki. To, co różni produkcję Soderbergha od klasyków, to paradokumentalna konwencja, łącząca fabułę z nagraniami autentycznych wypowiedzi zawodników NBA.

Z przyjaciółkami zamiast drinków: „Ktoś wyjątkowy” (już na Netfliksie)

Jenny (Gina Rodriguez, laureatka Złotego Globu za serial „Jane the Virgin”) nie jest ideałem. Złośliwi powiedzieliby, że na figurę modelki musiałaby ostro zapracować na siłowni. Nie mówiąc już o tym, że zbyt często zaczyna dzień od drinka i jointa, a jej mieszkanie przypomina studencką kawalerkę. Ale to właśnie ona jest tytułowym „Kimś wyjątkowym”, a w każdym razie musi odzyskać wiarę w to po tym, jak rzuca ją chłopak w przededniu jej przeprowadzki do San Francisco (tam dostała wymarzoną pracę dziennikarki muzycznej w „Rolling Stone”). W Nowym Jorku pozostaje jej tylko jedna noc, podczas której imprezuje z równie zagubionymi przyjaciółkami, na przemian płacze i złorzeczy, a w końcu dojrzewa. Błahe? Może trochę. Ale za to prawdziwe. Potwierdzą to wszystkie dziewczyny, z którymi umówisz się na seans.

Na randce: „Przed wschodem słońca” (1995 rok)

W jednym z najpiękniejszych, a na pewno najbardziej przegadanych filmów o miłości w historii kina próżno szukać łzawych wyznań, dramatycznych gestów i jednoznacznego happy endu. Richard Linklater niespiesznie, żeby nie powiedzieć leniwie, opowiada o przypadkowym spotkaniu francuskiej studentki Celine (Julie Delpy) i Amerykanina Jesse’ego (Ethan Hawke). Spotykają się w pociągu, flirtują, śmieją się. I postanawiają spędzić ze sobą noc w Wiedniu. Przed wschodem słońca zdążą się zakochać. A oglądające film pary mogą się od Celine i Jesse’ego nauczyć trudnej sztuki rozmowy – o wszystkim i o niczym, o sprawach błahych i ostatecznych, o uczuciach i polityce.

Zamiast wyjazdu do Włoch: „Ukryte pragnienia” (1996)

Oglądając film Bernarda Bertolucciego, czujemy na skórze dotyk toskańskiego słońca, delikatne zawroty głowy od czerwonego wina i drżenie właściwe tylko pierwszej miłości. Na długo zanim „Tamte dni, tamte noce” okrzyknięto najbardziej zmysłowym filmem o inicjacji, Lucy (Liv Tyler) zakochała się bez pamięci pod słońcem Toskanii. Jeśli majówka nie rozpieści nas słońcem, miodowe barwy kadrów z „Ukrytych pragnień” rozgrzeją nawet najbardziej kamienne serca.

Na popołudniowy seans przed imprezą: „Tranzyt” (w kinach od 3 maja)

Jeden z najlepszych filmów minionego roku trafia wreszcie do kin. 1940 rok, Paryż, naziści u bram. Niemiecki ekspata Georg (Franz Rogowski) przyjmuje fałszywą tożsamość i ucieka do Marsylii. Tam poznaje kobietę, której zaginiony mąż może być tym, za kogo podaje się Georg. Film Christiana Petzolda, toczący się  jednocześnie w planie historycznym i współczesnym, rozwija się jak koszmar senny. Dla tych, którzy majówkę traktują jako pretekst do nadrobienia ambitnych zaległości.

Na spokojny poranek po imprezie: „Śniadanie u Tiffany’ego” (1961)

W pierwszej scenie filmu Holly Golightly (Audrey Hepburn, która 4 maja skończyłaby 90 lat) wysiada o brzasku z taksówki. Ulice Nowego Jorku są wyludnione, a ona wciąż ma na sobie małą czarną z minionej nocy, oczywiście od Huberta de Givenchy’ego. Pod witryną Tiffany’ego wypija poranną kawę. Klasyk kina, będący ekranizacją powieści Trumana Capote’a, któremu udało się wykreować jedną z najbardziej wielowymiarowych postaci kobiecych, nadaje się na leniwy początek dnia. Gdy miasto jeszcze nie wstało po szaleństwach nocy, ale już można zrobić sobie pierwszą mimosę…

Na przedpołudniowy seans z wielopokoleniową rodziną: „Powrót do przyszłości” (1985, teraz na Netfliksie) 

Marty McFly (Michael J. Fox) nosi najmodniejszą bieliznę (bez tego filmu majtki Calvina Kleina nie sprzedawałyby się jak szalone), najsprawniej gra na gitarze, inspirując pokolenie lat 50. do rock and rolla, i jeździ najbardziej nowoczesnym samochodem. A właściwie wehikułem czasu, który zaprojektował szalony naukowiec „Doc”. Seans można rozpocząć po śniadaniu, a do kolacji zobaczyć wszystkie trzy części komedii science fiction w reżyserii Roberta Zemeckisa.

Dla fanów polskiego kina: „Dziewczyny do wzięcia” (1972)

Janusz Kondratiuk opowiada o trzech prowincjuszkach, które wybierają się do Warszawy, żeby poznać dobrze sytuowanych mężczyzn. Ich naiwność zostanie jednak wystawiona na próbę. Jeden z najbardziej gorzkich filmów lat 70. jest jednocześnie jednym z najzabawniejszych. Ale podobnie zresztą jak przy „Rejsie”, śmiech często więźnie w gardle, bo to przecież śmiech przez łzy.

Jeśli nie dopisze pogoda: „Basen” (2003) 

Niezbyt optymistyczna prognoza nie powinna pokrzyżować nam majówkowych planów. A nawet jeśli nie uda się wyjście na plażę, pozostaje „Basen”. Film François Ozona opowiada o niebezpiecznej fascynacji dojrzałej pisarki (Charlotte Rampling) do wyzwolonej dojrzewającej dziewczyny (Ludivine Sagnier). Duszną atmosferę chłodzi błękit wody.

W ramach przygotowań do wystawy o kampie w MET: „Maria Antonina” (2006)

Już w niedzielę najważniejsza gala świata mody, a 9 maja dla zwiedzających otwarta zostanie wystawa „Camp: Notes on Fashion”. Mało jest filmów, które igrają z dobrym smakiem, kiczem i przesadą równie wprawnie jak „Maria Antonina” Sofii Coppoli. Luźna interpretacja biografii XVIII-wiecznej francuskiej królowej (w tej roli Kirsten Dunst) staje się pretekstem do opowiedzenia o przepychu, klasie próżniaczej i przekleństwie nadmiaru. Lekkości dodają spektakularne kostiumy, nowoczesna muzyka i tony kolorowych ciastek, które monarchini kazała jeść swoim poddanym.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę