Znaleziono 0 artykułów
18.08.2019

5 nowości literackich nie tylko na plażę

Fot. Zak Kaczmarek, Getty Images

W wakacje nadrabiamy zaległości lekturowe, co nie oznacza jednak, że sięgamy wyłącznie po czytadła. Na urlopie sprawdzą się także pozycje odrobinę cięższego kalibru – dzienniki, opowiadania, a nawet napisane z lekkością monografie naukowe.

„Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata” Gastona Dorrena

Gaston Dorren, "Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata "( Fot. materiały prasowe)

Książka lingwistyczna, która bardziej przypomina dziennik z podróży. Razem z autorem pokonujemy tysiące kilometrów, podziwiając szyki wyrazów, zaimki, kształty pisma. Książka Dorrena to idealna lektura tramwajowo-autobusowa, bo rozdziały są krótkie, można je czytać osobno i w dużych odstępach czasu. Ponadto mnóstwo tutaj ciekawostek, które nadają się do wyświetlania na ekranach w komunikacji miejskiej, jak chociażby: „Język malajski wyświadczył Malezji niedźwiedzią̨ przysługę̨”.

Gaston Dorren to lingwista i poliglota, a „Babel...”, choć jest książką naukową, ma w sobie sporo lekkości. I poetyckości. W końcu jej bohaterem jest język. Gdy czytam, że: „w niemieckim zdaniu podmiot nigdy nie może być domyślny”, to nie jestem w stanie powstrzymać się przed interpretacją: „No tak, tylko klarowne Ja. Ach, ci Niemcy”. 

Na samym początku swojej opowieści Dorren wspomina naukę wietnamskiego. Pojechał w tym celu do Hanoi, ale nie był w stanie przyswoić sobie odmiany końcówek. W wietnamskim rzeczowniki dzielą się bowiem na tajemnicze grupy – osobną tworzą rzeczy okrągłe: piłki, jajka, owoce. „Niby wszystko się zgadza, ale dlaczego w tej grupie są także banany?” – pyta Dorren. Albo dlaczego w języku wietnamskim rzeki, noże i oczy zachowują się gramatycznie, jakby były zwierzętami?  

Dorrena interesuje wyjątkowość każdego z opisywanych języków. Wyróżniająca się cecha lub grupa cech. Gdy pisze o japońskim, zwraca uwagę na jego płciowe uwikłanie. Część języka jest zarezerwowana tylko dla mężczyzn, istnieje nawet specjalny męski rejestr o obcesowym charakterze. Z kolei od kobiet oczekuje się słownictwa pełnego uniżenia, bardziej rozbudowanego i archaicznego.

Przykład (tłumaczenie)

Mężczyzna: Zjedzmy kolację.  

Kobieta: Zasiądźmy do wieczerzy. 

Ważnym tematem książki jest relacja między językiem i władzą. Autor odmienia ją przez wszystkie przypadki i czasy. Europejskie dążenie do trzymania języka w ryzach Dorren zestawia z afrykańską otwartością na mieszanie się języków. Te języki, które zyskują ogromną popularność, tłumaczy autor, stają się sztywne. Te, które nie osiągnęły takiego statusu, częściej się miksują. Podobnie było na Bałkanach, dopóki w XIX wieku nie pojawił się nacjonalizm wraz z obsesją jednorodności. Jak pięknie pisze Dorren: „obszary wielojęzyczne są trochę jak pralki automatyczne nastawione na 60 stopni: rzeczy w różnych kolorach nabierają zbliżonej barwy, ale nie tracą swoich kształtów: nadal rozpoznajemy koszule, skarpetki i sukienki”.

„Kroniki ukrytej prawdy” Pere’ego Caldersa

Pere Calders, "Kroniki ukrytej prawdy" (fot. materiały prasowe)

„Piasek na plaży był bardzo gorący. Żeby się przypodobać Juliecie, kładłem się tam, gdzie było najgoręcej, i znosiłem poparzenia z uśmiechem na ustach. (...) Plaża wydawała się predestynowana do beztroskiego wypoczynku, połączonego z porażeniem słonecznym” – to jeden z moich ulubionych fragmentów tej książki. Jak łatwo zauważyć, to lektura na wskroś wakacyjna, w sam raz na drugą połowę sierpnia.

Autor tomu opowiadań urodził się Barcelonie w 1912 roku. W trakcie wojny domowej w Hiszpanii aktywnie poparł republikę, sprzeciwiając się nadchodzącym rządom prawicy. Gdy republika upadła, 26-letni Katalończyk uciekł do Meksyku z 14 frankami w kieszeni, dwoma listami z rekomendacjami i kilkoma nieopublikowanymi książkami. Aż do lat 60. XX wieku żył na wygnaniu. Również literackim, bo w hiszpańskojęzycznym Meksyku postanowił konsekwentnie pisać po katalońsku.
Wątków biograficznych w jego twórczości nie ma. Caldersa nie interesowało też opisywanie wydarzeń politycznych. Uważał, że literatura nie potrafi wywoływać zmian społecznych. Odrzucał też realizm. Uprawiał za to pisarstwo ironiczne, wymykające się moralnym ocenom, często prześmiewcze wobec tradycyjnej literatury.

Bohaterowie jego „Kronik...” mają problem ze światem. Nie mogą stwierdzić, co w nim jest prawdziwe, a co nie. Na początku każdego opowiadania ich rzeczywistość zostaje zarażona nieprawdopodobieństwem. To fantazja staje się narzędziem poznawania świata. I tak ktoś znajduje w swoim ogrodzie odciętą dłoń. Ktoś inny na podniebieniu znamię nadprzyrodzonego pochodzenia. A jeszcze ktoś inny musi na kilka dni opuścić mieszkanie, bo tygrysica postanowiła tam urodzić młode. „W takiej sytuacji lepiej przygotować legowisko ze słomy, a w pogotowiu trzymać wiadro z czystą wodą”. 

Człowiek jest słaby, mówi Calders. Z zastawionej na niego nadprzyrodzonej pułapki nie potrafi się wydostać. Trzeba uważać, bo niebezpieczeństwo może czaić się wszędzie. „Pamiętam jak dziś. Dwa lata temu dostałem podwyżkę i poczułem się szczęśliwy; tak szczęśliwy, że to wprost niewiarygodne w czasach takich jak nasze” – wspomina jeden z bohaterów „Kronik...”.

Last but not least, narratorami wszystkich opowiadań są mężczyźni. Kobiety przemykają tutaj na drugim planie. Jeśli uda im się wkraść na pierwszy, to raczej nic nie mówią. W jednym opowiadaniu bohater ucisza żonę, tłumacząc, że będzie lepiej, jeśli to on opowie ich wspólną historię. Ironia autora czy odzwierciedlenie rzeczywistości?  

„Historie fandomowe” Tomasza Pindla

Tomasz Pindel," Historie fandomowe" / (Fot. materiały prasowe)

Głównymi bohaterami opowieści o tym, jak fantastyka przeszła z alternatywy do mainstreamu, nie są pisarze i pisarki, ale fani gatunku, a właściwie cały ruch fanowski, czyli tytułowy fandom. I właśnie portret grupy społecznej jest tu najciekawszy. O poznańskim Festiwalu Fantastyki Pyrkon czytamy: „Na światłach na przejściu dla pieszych czekam obok Indianki z piórem we włosach, na pasach mijam Asteriksa (...). Przechodzę obok chłopaka w muchomorkowym kapeluszu, któremu towarzyszą dziewczęta wystylizowane na lolitkowate uczennice (…). Grupa «żołnierzy» mija takiego jakby militarnego królika (…). Zauważam w pewnej odległości parę jeleniowatych faunów: jak oni dają radę ustać na tych swoich kopytkach?”.

Z jednej strony przyglądamy się powstawaniu pierwszych fanklubów. Z drugiej – współczesnym wydarzeniom, na których literatura to tylko jeden ze środków wyrazu, nie ważniejszy wcale od kostiumów i gier. Razem z Pindelem oglądamy „nowe plemię”, czyli społeczność charakteryzującą się wspólnym hobby. Wiek, płeć, czy cecha etniczna nie mają tutaj znaczenia. Liczy się przedmiot fascynacji. Najkrócej mówiąc, osobny świat.  Ciekawe w tej książce jest zderzenie tematów poruszanych w fantastycznych książkach z relacjami międzyludzkimi. Kosmosu z zazdrością, odległej przyszłości z kumpelstwem i piciem piwa. W „Historiach..." poruszona zostaje także kwestia apolityczności fandomu. Część środowiska oczekuje od twórców braku jakiegokolwiek politycznego zaangażowania. Jest to dość zaskakujące, zważywszy na to, że fantastyka ma przecież u swoich źródeł działanie polityczne: kontestowanie rządów, akceptację odmienności i wyobrażanie sobie alternatywnych światów. 

„Jeszcze kocham. Zapiski intymne” Anny Świrszczyńskiej

Anna Świrszczyńska "Jeszcze kocham... Zapiski intymne" /(Fot. materiały prasowe)

Szczerość dziennika pisanego od 1969 do 1971 roku przez Annę Świrszczyńską, jedną z pierwszych polskich poetek feministycznych, wciąga i wzrusza. Właściwie cała biografia Świrszczyńskiej ma taką moc oddziaływania. Jej życie to sinusoida: mocny debiut w wieku 25 lat, potem udział w powstaniu warszawskim, następnie małżeństwo z 15 lat od niej młodszym aktorem Janem Adamskim. Kolejnym etapem była wiara w socrealizm, która zaowocowała przyjętymi raczej chłodno przez publikę wierszami. Wtedy też pojawiły się kłopoty małżeńskie. Adamski zakochał się w młodszej kobiecie, również poetce, Halinie Poświatowskiej. Mieszkała w tym samym, co małżonkowie, domu literatów przy krakowskiej ulicy Krupniczej 22, za sąsiadów mając także Tadeusza Różewicza, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego czy Wisławę Szymborską. 

Świrszczyńska pod koniec lat 60. zdecydowała się na rozwód. Nie czuła się gotowa na starość, bała się samotności i nie potrafiła uwierzyć w siebie. Nie mogła zaakceptować tego, że została porzucona. Bała się. „Rozpoczynam samotne życie i mam tremę” – czytamy w dzienniku. Życie ją jednak zaskoczyło. Zaczęła chodzić na randki. Nagle jej 60-letnie ciało stało się obiektem pożądania. Nie mogła w to uwierzyć. Jak to? W tym wieku? Ona? Wtedy odzyskała energię, również poetycką. Wydała odważny w opisach kobiecej seksualności zbiór wierszy „Jestem baba”. Podobno miał się nazywać „Jestem kobietą”, ale wydawca przekonał ją, że „baba” lepiej się sprzeda.

W „Jeszcze kocham...” widzimy kobietę pełną życia, ale i wątpliwości, dlatego tak nam bliską. Świrszczyńska odzyskuje język poetycki poprzez doświadczenie ciała. Notuje (o Tadeuszu Różewiczu): „Całowałam jego ciemne, twarde ciało (...). Był wspaniały, wspaniały. Czysty i ciężki, ciężki jak kamień”. Prawda, że hot? Albo pisze tak (o innym poecie, Józefie Oleszczuku): „Chodziliśmy po lasach, całując się i tuląc, tranzystor śpiewał czułe melodie”. I ostatni w pełni samoświadomy fragment: „Chcę mieć ich kilku, kilku słodkich i zakochanych”.

„1966. Rok, w którym eksplodowała dekada” Jona Savage’a

Jon Savage, "1966. Rok, w którym eksplodowała dekada" (/ Fot. materiały prasowe)

Bohaterem książki poświęconej popkulturze i pisanej w popkulturowym stylu jest rok 1966. 12 miesięcy, 12 rozdziałów, 12 wątków – każdy zaczyna się od singla, który w tamtym czasie piął się po listach przebojów. Styczeń naznacza strach przed końcem świata oraz marzenie o nowym porządku. Kwiecień to LSD i psychodelia. Maj – kobiety i kultura popularna. Lipiec porusza problem czarnej społeczności i czarnych muzyków. Sierpień nawiązuje do początków ruchów LGBTQ i homoseksualnych producentów. 

Jon Savage, dziennikarz muzyczny, który w 1966 roku miał 13 lat, opisując niemal każdą sferę życia, tworzy kalendarium konfliktów politycznych, wydarzeń kulturalnych i przemian społecznych. W centrum pozostaje jednak muzyka – płyty, listy przebojów, koncerty. Od zwrotów akcji, postaci i dźwięków może się zakręcić w głowie. Tym bardziej że narracja Savage’a ociera się nieraz o psychodeliczny trans. Jednym z bardziej sugestywnych fragmentów jest opis londyńskiego wydarzenia o wszystko mówiącej nazwie Pierwszy Całonocny Rave: „Na wejściu rozdawano kostki cukru – placebo w jawny sposób nawiązujące do odlotu po LSD. Miejsce było całkowicie nieprzystosowane do podejmowania tłumu. (...) Dwie toalety wybiły, tworząc powiększające się bajoro uryny. Yoko Ono ze sceny zachęcała publiczność, by nawzajem się dotykała. (...) Pink Floyd jechali z koksem i robili dziwne rzeczy z atmosferą imprezy, puszczając w tle przerażające dźwięki”.

Savage pokazuje, że pop w latach 60. był głosem sprzeciwu wobec świata pędzącego na złamanie karku w objęcia materializmu, przemocy oraz degradacji środowiska naturalnego. Savage wybiera 1966 rok, bo uważa, że to właśnie wtedy nastąpiła radykalizacja – zarówno tych, którzy wspierali ruchy wolnościowe, jak i konserwatywnej części społeczeństwa. Wojna w Wietnamie nie dawała spać nikomu, niezależnie od poglądów. 

Niektóre wątki aż za bardzo przypominają aktualne wydarzenia. „Prawicowi dziennikarze oskarżyli The Velvet Underground i Warhola o udział w homoseksualnym spisku, mającym na celu przejęcie kontroli nad amerykańską kulturą (…). Powietrze przepełniało żarzące się uczucie wrogości. Panowało wrażenie, że sprawy osiągnęły punkt krytyczny – temperatury rosły, a przemoc nie wydarzała się od czasu do czasu, lecz zdominowała klimat społeczny na dobre”. Brzmi znajomo, prawda? Savage pokazuje, że jesteśmy do siebie podobni. W 1966 roku żywa była pamięć II wojny światowej, narastał konflikt pokoleń, a wszystkim towarzyszył strach, że Ameryka i Rosja sięgną po broń jądrową. Nad nami krążą widma katastrofy klimatycznej, społeczeństwa są podzielone, a nacjonalizmy rosną w siłę. Ale wciąż pragniemy tego, co pokolenie lat 60. – miłości i pokoju. 

Zapraszam do posłuchania specjalnie przygotowanej playlisty na Spotify z subiektywnym wyborem kawałków omawianych przez Savage’a: ZOBACZ PLAYLISTĘ

Łukasz Wojtysko
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę