Znaleziono 0 artykułów
25.12.2021

Dagmara Domińczyk: Dziś mogę powiedzieć: I’m lucky

25.12.2021
W Córce /(Fot. materiały prasowe)

Aktorka Dagmara Domińczyk – prywatnie żona Patricka Wilsona i mama dwóch nastolatków – opowiada o czasochłonnym dorastaniu do siebie, rozliczaniu z bolesną przeszłością i nauce patrzenia w przyszłość. Zdradza, jak przez lata traktowała ją branża filmowa i co czuje, patrząc na Polskę.

Na lewym nadgarstku wytatuowaną ma datę ślubu. Na prawym długo nie było nic. – Miałam taki joke: tu jest ślub, a tu będzie rozwód – śmieje się Dagmara Domińczyk. Nie chciała kusić losu. Ostatnio, w liternictwie wziętym z polskiego elementarza sprzed lat, zrobiła tam okolony polnymi kwiatuszkami napis: „We were together. I forget the rest”. To jest dla niej najważniejsze: – Być z ludźmi, których kochasz i którzy cię kochają.

Jej ojciec, działacz Solidarności, najpierw był internowany, potem dostał bilet w jedną stronę. Domińczyk wychowała się zatem i dorastała w USA. Tam też rozwijała aktorską karierę. Ma na koncie główne role („Hrabia Monte Christo”) i występy w popularnych tytułach („Imigrantka”, „Tajemnice Times Square”), także polskich („Jack Strong”). We wrześniu w Wenecji debiutował film „Córka”, w którym gra jedną z ważniejszych ról. W „Sukcesji” Domińczyk wciela się w szefową PR Waystar Royco, Karolinę Novotney.

Trzeci sezon „Sukcesji”, okładka „Entertainment Weekly”, świetna prasa, recenzje...

Dosłownie w ubiegłym tygodniu dowiedziałam się, że dostałam następną pracę, z moim ulubionym aktorem. Start już w styczniu, zdjęcia będą w Nowym Jorku, więcej na razie nie mogę powiedzieć. Latem pracowałam na planie nowego serialu HBO „We own this city”. To nowa produkcja twórców „The Wire”, premiera ma być w kwietniu. Przydarzyła się pandemia, ja skończyłam 45 lat i pracuję więcej – i przy fajniejszych projektach – niż kiedykolwiek. Chyba możemy powiedzieć, że się coś dzieje.

Co sprawiło, że sprawy nabrały tak doskonałego tempa?

Po latach współpracy z agentem zmieniłam go na agentkę. Alison poznałam, kiedy już miałam angaż w „Sukcesji” i zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Nigdy nie miałam kobiety przy swoim boku. Ona też jest matką, mogę z nią rozmawiać o mojej karierze przez ten pryzmat i ona mnie rozumie. To ważne.

Na przykład film „Córka” Maggie Gyllenhaal kręciliśmy rok temu we wrześniu i październiku. Zdjęcia powstawały jeszcze przed szczepionką, pandemia była rozpędzona na full. Mój mąż robił wtedy film w Kanadzie. Ze względu na obostrzenia nie było go w domu długie miesiące. I w tym wszystkim ja miałam lecieć na półtora miesiąca na plan do Europy. Miałam paranoję: jak mogę w tej sytuacji zostawić dzieci? Czułam silny lęk, mimo że moja mama i siostra były wtedy na miejscu, w moim domu.

Z Alison mogłam szczerze porozmawiać o swoich obawach. Z czułością powiedziała: „Powinnaś to zrobić”. Dodała mi odwagi, wiary, że będzie wszystko OK. No i poleciałam do Grecji. Rzeczywiście było OK.

Nowy agent potrafi rzeczywiście „dmuchnąć” karierze aktora w skrzydła. Ale czuję, że ta zmiana ma bardziej przekrojowy charakter.

Kiedy skończyłam 45 lat, coś się we mnie zmieniło. Przez pandemię chyba zdałam sobie sprawę z tego, że jestem bardzo wdzięczna za to, co mam. Wszyscy przeżyli tę samą burzę, ale każdy żeglował w innej łódce. Ta nasza była dosyć komfortowa. Ja martwię się o wszystko: czy dzieci będą OK, czy moja mama jest OK, czy tata jest OK w Polsce. W pandemii przestałam się tak cholernie martwić.  Byliśmy wszyscy razem, to było najważniejsze. Z drugiej strony, zdałam sobie sprawę, że życie jest krótkie. Straciliśmy w jednym roku mojego brata ciotecznego, babcię, ciocię. Teraz w głowie siedzi mi myśl, że chcę w życiu podążać za tym, co kocham, co wzbudza we mnie nie tylko pożądanie, lecz także daje spokój. Chodzę na castingi mniej spięta, czuję się pewna siebie. To jest dla mnie coś nowego.

Na premierze Córki /(Fot. Getty Images)

Rodzina jest dla ciebie wsparciem?

Na pewno. Mam wspaniałego męża. Czasami w polskich gazetach piszą, że poznaliśmy się z Patrickiem na planie w Hollywood, ale to nieprawda. Poznałam go na studiach teatralnych, miałam może z 18 lat. Nie było tak, że uwiodłam gwiazdora. Mąż ma bardzo, bardzo dobrą karierę, zarabia. Mogłabym siedzieć w domu z dziećmi i być mamą, bo to jest też moja pasja. W tym momencie w życiu mam komfort. Nie muszę pędzić, ścigać byle jakiej pracy, żeby zarobić dolara. I’m very lucky. Mam wybór i wybieram pracę z ludźmi, którzy mnie inspirują, którzy są fajni, normalni, mają grunt pod nogami. Żadnej pretensji. Jak dostaję scenariusz, to od razu patrzę, kto jest związany z tym filmem. Ważniejsze niż to, czy rola jest wielka czy mała, są ludzie, którzy chcą tę historię opowiedzieć.

Dopiero co skończył się trzeci sezon „Sukcesji”, internet dosłownie wrzał po finałowym odcinku. Grasz tam PR-ówkę Karolinę. Wszyscy się na siebie wydzierają, kombinują, a ona nic, zawsze spokojna, opanowana...

Karolina jest za kulisami. Nie może pokazać, jak się naprawdę czuje, zawsze jest emocjonalnie zapięta pod szyję. Z początku reżyser musiał mi przypominać: „Dagmara, too much emotions!”. Na planie „Sukcesji” czuję się, jakbym była w piaskownicy z superdzieciakami, chciała się z nimi pobawić, a musiała siadać z boku i mówić: „Uważaj na tę łopatkę”. Rola mniejsza, ale zdjęcia kręcone są niedaleko mnie, w Nowym Jorku, obsada jest fantastyczna, serial ostry, wygrywa nagrody Emmy, Złote Globy, a to prestiż, czyli też widoczność w branży. Najfajniejsza praca biurowa w mojej karierze!

W Sukcesji /(Fot. materiały prasowe)

Na pewno biurowa nie jest rola Callie w „Córce”. Kiedy oglądałam wizytę ekipy w studiu „Entertainment Weekly”, ujęło mnie, jak ciepło wypowiadała się o tobie Maggie Gyllenhaal. Mówiła, że jesteś wspaniałą aktorką, że od dawna chciała z tobą pracować. Siostrzeństwo to nie jest w tej branży zasada.

Maggie jest wspaniała. Kochana osoba, zero bullshit. Widywałyśmy się czasami na premierach, ona ze swoim mężem Peterem Sarsgaardem, ja z Patrickiem, fajnie się rozmawiało. Potem spotkałyśmy się na planie „Tajemnic Times Square”, miałyśmy świetną chemię. Na odchodne Maggie rzuciła: „Chcę z tobą zrobić kiedyś film. Musimy popracować razem dłużej niż parę dni”. I dotrzymała słowa! Uwielbiam kobiety, które się wspierają, inspirują wzajemnie. To jest dla mnie bardzo ważne.

Na premierze Córki /(Fot. Getty Images)

Na planie miałaś okazję pracować z Olivią Colman. Ona słynie z tego, że jest szalenie bezpretensjonalna. To prawda?

Nie mogłam uwierzyć, że jest tak fajną babką. Człowiek myśli: „Wygrała Oscara, jest genialna w tym, co robi”. A w rzeczywistości jest mama, koleżanka, papierosek, drink, żarty, tańce. Ona kocha życie. Nie ma w niej fałszywej nuty. „Czy ty masz w ogóle jakieś wady, kobieto?” – pytałam. „Żebyś wiedziała, mam ich mnóstwo” – uspokajała mnie Olivia. Superdziewucha.

Książka Eleny Ferrante, na której Maggie Gyllenhaal oparła film „Córka”, w niesztampowy sposób opowiada o macierzyństwie. To było dla was ciekawe?

Nietypowe jest na pewno to, że bohaterka jest w średnim wieku. Przeżywa kryzys. Jako młodej matce nie było jej łatwo, dziś ciążą jej decyzje, które wówczas podjęła. Jest profesorką, tłumaczką, kobietą szalenie inteligentną. Jedzie sama na wczasy i zaczyna obsesyjnie śledzić młodą kobietę, która przypomina jej ją samą sprzed lat. Cały film jest o tym, co to znaczy być matką, kobietą. Podstawowe pytania, ale Maggie odpowiada na nie bez sentymentalizmu. To są mocne, szorstkie prawdy. Ton książki był podobny. Ja jako kobieta, człowiek, też wolę taką prawdę niż nice gadki. Bo nie wszystko jest piękne i łatwe. Nie wszystkie kobiety naturalnie odnajdują się w roli matki. Być matką – to wcale nie jest prościzna, jak niektórzy chcieliby nam wmówić.

Ty zostałaś matką już po tym, jak w „Hrabim Monte Christo” wystąpiłaś w głównej roli kobiecej. Przez jakiś czas po tym nie było cię na ekranie. To była twoja decyzja czy tak wyszło?

Było wiele powodów tej przerwy. Jeden bardzo prosty. Zaszłam w ciążę, rzuciłam palenie i strasznie przytyłam. Po raz pierwszy w życiu nie obchodziło mnie, jak wyglądam. Nie stałam przed kamerą, nie stałam na scenie, nic nie musiałam. Miałam nadwagę, ale chciałam być w domu, a nie na siłowni. Powiedziałam sobie: pomalutku. Tu chcę zaznaczyć, że nie chodzi mi o to, że aktorka nie może mieć okrągłego ciała, bo może. To ja się nie czułam dobrze w tym nowym dla mnie ciele. Nie chodziło tylko o wagę, ale noszenie dziecka, o piersi pełne mleka. Z jednej strony miałam wrażenie, że jest pięknie, jestem matką. Z drugiej, w tyle głowy kołatało: I want my body back. Nie czułam się gotowa na wystawianie się na obce spojrzenia.

W filmie Hrabia Monte Christo /(Fot. East News)

To pierwszy powód. A drugi?

Patrząc się na mojego pięknego, niewinnego synka, zaczęłam myśleć o tym, co się działo, jak ja byłam mała. Przez co przeszli moi rodzice, jakie były między nimi relacje. Nie chcę zbyt dużo o tym mówić, bo to jest ich historia, ale nie było ciekawie. Bardzo kocham moich rodziców. Tak bywa, że dwie osoby, które nie powinny być razem, są razem i to zawsze ma opłakane skutki.

Patrzyłam się na mojego męża, który był tak czuły, kochający, wspierający. Pomagał, karmił, sprzątał, gotował... Patrzyłam na niego i zamiast miłości czułam strach. Bałam się, że będę złą mamą. Czułam też, że mam w sobie złość i nie wiedziałam, co z nią począć. Wtedy po raz pierwszy w życiu poszłam na terapię. Musiałam jakoś sobie to wszystko ułożyć, uwolnić się.

Udało się?

Terapia mnie uratowała. Poznałam samą siebie, co było i bolesne, i wspaniałe, i smutne, i trudne. To psychiczne wracanie do siebie pokryło się z tym fizycznym. Minęło parę lat.

Kiedy wróciłam do pracy, postanowiłam zacząć powoli. Macierzyństwo dawało mi spełnienie, miałam wspaniałego męża, partnera. Wreszcie byłam szczęśliwa. Wtedy też zaczęłam pisać. Przez pisanie i przez aktorstwo osiągam to, co jest dla mnie w życiu najważniejsze: łączę się z ludźmi, dzielę z nimi historiami. Synom mówię: „Jakiejkolwiek kariery byście sobie nie wybrali, pamiętajcie, że najważniejsza jest więź z ludźmi, z drugim człowiekiem”.

Branża się zmienia. Na ekranie widać coraz więcej różnorodnych postaci kobiecych, sprawczych, aktywnych. Istniejących wreszcie poza romantycznym kontekstem. Ta zmiana była potrzebna?

Myślę, że takie zmiany są zawsze potrzebne. W branży głos kobiet jest bardziej słyszalny. Wreszcie mniej chodzi o to, jak wyglądasz – czy jesteś szczuplusieńka, czy jesteś piękna. Pomalutku ludzie zaczynają otwierać swoje głowy. Jak byłam młodsza i startowałam do filmów, zdarzało się, że mówiono mi: „Jak chcesz tę rolę, musisz stracić 15 kilogramów”. Teraz to by nie przeszło, nie w takiej formie, bez sensownego uzasadnienia. Filmowa społeczność jest coraz bardziej świadoma, że trzeba reprezentować kobiety w całym spektrum ich wcieleń, a nie tylko wyidealizowane fizycznie, święte albo dziwki.

Fot. archiwum prywatne

To jakoś wpływa na twoje samopoczucie? Czujesz się bardziej na miejscu?

Wreszcie mogę się na planie poczuć pewnie. Wcześniej skupiałam się głównie na tym, że powinnam czuć wdzięczność. Przecież miałam pracę, a wielu moim przyjaciołom ze szkoły teatralnej kariera nie wyszła. Ale teraz mam też odwagę, żeby powiedzieć: „Hej, wiesz co? Moim zdaniem to nie powinno być tak grane” albo „Ta fryzura mi się nie za bardzo podoba”.

Ostatnio miałam ciekawą sytuację na planie „We Own This City”. To jest trudna, oparta na faktach historia o korupcji i rasizmie w policji w Baltimore. Gram agentkę FBI, która, tak się składa, czasami gra na flecie. Nagle producent David Simon mówi, że będzie dodatkowa scena, gdzie będę grała na tym flecie w biurze. A ja wiem, że prawdziwa agentka nigdy tak nie robiła. „Guys, znowu flet? To mi się nie podoba” – postawiłam się. Producent miał inne zdanie, zaczęliśmy dyskutować. Bardzo go lubię, ale trochę przypomina mojego ojca: jest ostry, powie ci prosto w oczy, co myśli. On mówił, a ja w środku czułam, jakbym wracała do tego wrażenia z kiedyś: „Dagmara, powinnaś być wdzięczna, że jesteś na planie, siedź cicho”. Zaczęłam się robić czerwona. Akurat była przerwa na lunch, od razu podszedł do mnie reżyser, wziął na bok: „Przegadamy to, dobrze, że poruszyłaś temat”. Widać było, że to nasze spięcie wywołało u niego dyskomfort. Zaraz po lunchu producent przyszedł do mnie i przeprosił za swój ton. To było dla mnie nowe doświadczenie.

Nigdy się nie zdecydowałaś, żeby przyjąć jakiś pseudonim albo zmienić nazwisko. Zdarzało się, że na castingu dostawałaś sygnał, że „nie jesteś stąd”? To miało jakiekolwiek znaczenie?

Do Ameryki przyjechałam jako dziecko, więc byłam Amerykanką, ale z historią, która bardzo ciekawiła Amerykanów. Ojciec w Solidarności, internowany, emigracja, deportacja, bardzo, bardzo skromne początki. Taka książkowa american immigrant story [Ojciec Dagmary, Mirosław Domińczyk, był uczestnikiem strajku w Stoczni Gdańskiej w 1980 r. i pierwszym przewodniczącym Międzyzakładowej Komisji Związkowej NSZZ „Solidarność” Regionu Świętokrzyskiego – red.]. Na temat nazwiska była kiedyś jedna bardzo krótka rozmowa, że może by je zmienić na coś krótszego. Powiedziałam „nie”. Przecież to jest Ameryka, możesz być Amerykanką i mieć nazwisko włoskie, niemieckie, czeskie. Jeżeli ludzie mogli się nauczyć „Schwarzenegger”, to się nauczą „Domińczyk”.

W Córce /(Fot. materiały prasowe)

Miałaś siedem lat, kiedy przyjechaliście do Stanów. Po latach twój polski brzmi fantastycznie. Czujesz się związana z Polską?

Zobacz, że rozmawiamy w 40. rocznicę stanu wojennego. Tej nocy, 13 grudnia 1981 r., zabrali mojego ojca. Pamiętam to, jak dziś. Dobijali się do drzwi, płakałam. Mama miała niebieską koszulę nocną w kwiatuszki, padał śnieg. Tamta chwila zdeterminowała nasze dalsze losy. Nigdy nie zapomnę tego momentu. Nie zapomnę, o co walczył tata.

O taką Polskę, jaką mamy dziś?

Wiesz, czasami się waham mówić o tym, co się dzieje w Polsce. Mieszkam w Nowym Jorku. Mogę o Polskę pytać, oglądać wywiady, ale to nie jest to samo, co gdybym tam mieszkała, miała karierę, rodzinę. Ale nadal czuję sentymentalną miłość do tego kraju i myślę, że mogę mieć swoją opinię. Obserwuję, co się dzieje. I nie rozumiem, po prostu tego nie rozumiem. Na przestrzeni historii nasz naród był zmuszony walczyć o swoją wolność wielokrotnie. A teraz jest zdecydowany, by odbierać prawa ludziom, kobietom, społeczności LGBTQ+. Dużo rozmawiamy o tym z moją mamą, śledzimy Strajk Kobiet, sytuację w mediach. Jestem zła, jest mi przykro. I też jestem troszkę zaskoczona.

Powiedziałaś wcześniej o rolach kobiecych: albo święta, albo dziwka. To się też odnosi do sytuacji Polek. Polska jeszcze nie wyzwoliła się z wielu stereotypów, nie pożegnała z patriarchatem, z wizerunkiem kobiety kształtowanym przez Kościół. To widać i czuć na co dzień.

Polska kultura jest jak zupa, w której marynujemy się od dzieciństwa. Jesteśmy dorośli, ale cały czas czuć smak tej zupy. Kobieta? To musi być mama, która sprząta i gotuje. Wciąż sporo osób tak uważa, szczególnie wśród starszego pokolenia. Są też oczywiście bardziej postępowe opinie, widzę je wśród młodszych aktorek czy aktywistów, jak Bart Staszewski. Dzieje się dużo dobrego i ta zmiana kiedyś przyjdzie. Ale czasami zmiana trwa lata. Najbardziej nienawidzę hipokryzji. Jeżeli jesteś wierzącym Polakiem, żyjesz tak, żeby kiedyś się dostać do nieba, to żyj sobie spokojnie, nikt ci nie zagraża. Co cię obchodzi, z kim ja chodzę do łóżka, kogo kocham, jak żyję, w co wierzę? Dlaczego chcesz mnie zmieniać, kontrolować?

Święta w dobie podziałów potrafią być najgorszym czasem dla rodziny, czasem kłótni i starć. U was w domu udaje się omijać te rafy?

Wychowując się w Stanach, miałam tylko mamę, tatę i dwie siostry. W święta byliśmy sami, bez babć, cioć, wujków, braci ciotecznych. Tylko my. Z siostrami obiecywałyśmy sobie, że jak będziemy starsze, wyjdziemy za mąż, będziemy mieć dzieci, to w nasze wspólne święta będzie hałas, dzieci, śmiech. I tak jest. Do tego mój mąż też ma bardzo fajną rodzinę. Zawsze jak są święta, czuję wdzięczność, że jesteśmy razem, zadbani, bezpieczni. Czuję też nostalgię. Może taki los imigrantki, ale większość życia spędziłam, myśląc o przeszłości. Skąd pochodzę, kim jestem. Długo ta przeszłość była dla mnie wszystkim. Ale w końcu zaakceptowałam to, że przeszłość – bolesna, skomplikowana – siedzi obok mnie, na miejscu pasażera. Ale kierownicę trzymam ja.

 

Film „Córka” („The Lost Daughter”) trafi na polskie ekrany 4 marca 2022 r. Dystrybutorem jest firma Velvet Spoon, która wprowadza go wspólnie z Monolith Films.

Anna Tatarska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę