Znaleziono 0 artykułów
13.08.2022

Kenya Martin: Dziękuję Bogu za aborcję

13.08.2022
(Fot. Getty Images)

– Aborcja oznacza wolność – mówi Kenya Martin, mama, czarna feministka i aktywistka walcząca o równe prawa reprodukcyjne dla wszystkich. Wychowana w religijnej rodzinie największą bitwę toczy jednak o zlikwidowanie związanego z wiarą poczucia winy.

Kenya Martin jest aktywistką na rzecz sprawiedliwości reprodukcyjnej, zasiada w zarządzie Abortion Care Network, wcześniej pracowała jako koordynatorka ds. mediów społecznościowych w National Network of Abortion Funds. Zaczynała od funkcji doradczyni w Houston Women’s Clinic, gdzie wykorzystywała swoje doświadczenie jako pacjentki, by wspierać osoby potrzebujące aborcji. W 2018 roku otrzymała nagrodę Stigma Buster Award od NARAL Pro-Choice Texas oraz Houston Activist Hero Award od Clinic Access Support Network.

Dziś jest kierowniczką programu w WeTestify – organizacji, która reprezentuje osoby publicznie mówiące o swoich aborcjach. Sama historię swoich aborcji opowiada od pięciu lat, aktywistką jest od dawna. W sieci znana jako The Abortion Diva i doceniana za wspieranie wszystkich, którzy mają za sobą więcej niż jedną aborcję. Pochodzi z Houston w Teksasie, mieszka w Richmond w stanie Wirginia.

Jaka była twoja pierwsza reakcja po uchyleniu wyroku Roe vs. Wade?

Byłam zdruzgotana. Wiedziałam, że prędzej czy później to się stanie, jednak nie sądzę, by cokolwiek mogło mnie przygotować na to, co czułam tamtego dnia. Miałam złamane serce, ale też naprawdę się wkurzyłam. Klinika Houston Women’s w Teksasie, gdzie pracowałam zarówno ja, jak i ginekolog, który wykonał wszystkie moje aborcje, a także odbierał mój poród, została zamknięta, ponieważ nie mogła dłużej wykonywać świadczeń. Myślałam o wszystkich osobach, które tam spotkałam – już wtedy miały problem z dostępem do aborcji, a teraz w ogóle nie będą mieć takiej możliwości.

Jak ta decyzja wpłynęła na twoją pracę?

Mam teraz zdecydowanie więcej zajęć, zresztą jak wszyscy w WeTestify. Zgłasza się do nas coraz więcej osób, bo chcą o tym rozmawiać. Ludzie są naprawdę wściekli. Piszą też organizacje, które pragną uwzględnić ten temat w swoich programach – chcą się dowiedzieć, jak bezpiecznie i etycznie powinny wspierać osoby dzielące się historiami o aborcji, ile za to płacić.

Przeprowadzam więc wiele szkoleń oraz spotykam się z mediami, ponieważ coraz więcej dziennikarzy rozumie, jak ważne jest pisanie i mówienie o aborcji, zwłaszcza pokazywanie prawdziwych ludzkich historii. Musimy robić wszystko, by coś, co powinno być dostępne w ramach regularnej opieki zdrowotnej, przestało być uznawane za powód do wstydu.

(Fot. Getty Images)

Kenya Martin o zakazie aborcji w USA

Skąd ten gniew w ludziach? Złoszczą się, bo nie zrobili wcześniej wystarczająco dużo?

Ludzie chyba wypierali myśl, że może dojść do takiej sytuacji. Teraz więc są naprawdę wkurzeni, widząc, że atakowana jest niezależność naszych ciał, że nie mamy już wolności wyboru, czy chcemy zostać rodzicem, czy nie. Są wściekli, bo ciężarne osoby ędą umierać – i to jest przerażające. Każdy ma teraz poczucie, że to jednak dzieje się naprawdę i trzeba coś z tym zrobić. Pojawiają się frustracja i rozczarowanie, bo jakim cudem politycy, którzy w większości są białymi cismężczyznami, odbierają nam naszą wolność?! Zmuszanie do rodzicielstwa jest po prostu złe, rasistowskie. Nikt nie słucha ludzi o innym niż biały kolorze skóry, marginalizowanych społeczności, tych, którym już teraz brak środków, by wychować dzieci w lepszych warunkach.

Ostatnio oglądałam reportaż o białej kobiecie, która podróżowała z Teksasu do Kolorado, by zrobić aborcję. Na pytanie, skąd miała na to pieniądze, odpowiedziała, że wzięła je z wycieczkowego funduszu własnych dzieci. Że co?! Jako samotna matka nigdy nie miałam oszczędności na wycieczki mojej córki, chociaż marzyłam, żeby zabrać ją do Disneylandu. Priorytety były jednak inne.

Ile kosztuje aborcja, jeśli nie masz ubezpieczenia?

Wszystko zależy od zaawansowania ciąży. W klinice, gdzie pracowałam, było to ok. 600 dolarów. Pierwszego dnia płacisz 50 dolarów za wizytę i badanie USG, spotykasz się z osobą, która krok po kroku przedstawia ci procedurę i wtedy decydujesz się albo na aborcję farmakologiczną, albo chirurgiczną, którą umawiają na kolejny dzień. Powyżej 10. tygodnia koszty wzrastają – od 800 dolarów w górę. Aborcja jest droga, ale nie tak kosztowna jak kontynuowanie ciąży, której nie chcesz.

Co – oprócz pieniędzy – sprawia, że dostęp do aborcji dla osób o innych niż biały kolorach skóry jest trudniejszy?

Przede wszystkim generalny brak opieki zdrowotnej, która w Stanach Zjednoczonych nie jest publiczna. Większość czarnych obywateli nie ma ubezpieczenia. Kontynuując ciążę, możesz się ubiegać o ubezpieczenie, jeśli masz pracę i stać cię na pokrycie kosztów. Ale nawet zatrudnieni często się na to nie decydują, bo wciąż pozostaje to poza ich finansowym zasięgiem. Z kolei jeśli pracują, nie kwalifikują się do ubezpieczenia stanowego. W rezultacie ani ty, ani twoje dziecko nie macie ubezpieczenia.

Istnieje jeszcze jedna ważna kwestia: wysoka umieralność czarnych kobiet w czasie porodów. Dla mnie poród był jednym z najbardziej traumatycznych doświadczeń. Przeprowadzono awaryjną cesarkę, białe pielęgniarki traktowały mnie okropnie – nie chciałabym przechodzić przez to jeszcze raz. W mediach społecznościowych widzę, jak znajomi żegnają czarne kobiety, które umarły, dając życie. Odbierając dostęp do aborcji, chcą nas zabić – tak to widzę. Kobiety, czarne kobiety będą umierać.

Czy więc podziemie aborcyjne rośnie? Ludzie szukają nielegalnych zabiegów?

Boję się, że tak jest, choć, mam nadzieję, że nie. Jako aktywiści staramy się to zwalczać, jak najszerzej informując o legalnych opcjach. O tym, że z użyciem tabletek można usunąć ciążę bezpiecznie w domu, że są organizacje, które zapłacą za podróż i legalną aborcję. Propagowanie tej wiedzy jest najważniejsze. Dlatego działamy jeszcze intensywniej niż wcześniej. Chcemy, żeby ludzie wiedzieli, gdzie szukać pomocy, a także mieli poczucie, że są kochani i wspierani. Osoby, które miały już wcześniej aborcję, też mogą się do nas zwrócić.

(Fot. Getty Images)

Kenya Martin o poczuciu winy

Czy kiedy zaszłaś w pierwszą ciążę, miałaś wiedzę na temat aborcji, seksualności, antykoncepcji? Czy dorastałaś w poczuciu, że zawsze masz wybór?

W szkole nie mieliśmy zbyt wiele edukacji seksualnej. Najwięcej nauczyłam się od znajomych i przyjaciół, a o aborcji wiedziałam z sąsiedzkich pogłosek – ludzie szeptali, że ktoś usunął dziecko.

Zaszłam w ciążę na drugim roku college’u, miałam wtedy 19 lat. Doskonale wiedziałam, że nie jestem gotowa na rodzicielstwo. O pomoc poprosiłam mamę.

Jaki wpływ miało na ciebie wychowywanie się w niezwykle religijnej rodzinie, w dodatku w Teksasie, jednym z najbardziej konserwatywnych stanów?

Dorastanie jako katoliczka to odrębna kwestia. Przecież religia zabrania nawet seksu przedmałżeńskiego. Po pierwszym razie czułam wstyd, nie chciałam iść do spowiedzi. Tym bardziej było mi trudno przepracować pierwszą aborcję. Ale jednocześnie odczuwałam niesamowitą ulgę. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym zostać matką, mając 19 lat.

Wiele kobiet w Polsce może się utożsamiać z twoim poczuciem winy wynikającym z religijności.

Dopiero dorastając i zgłębiając własną wiarę, zrozumiałam, że Bóg dał wszystkim wolną wolę i to my powinniśmy decydować o tym, co jest dla nas najlepsze. Modlitwa stanowi sposób komunikacji z Nim i jeśli zgrzeszyliśmy, zawsze możemy poprosić o przebaczenie. Nie odczuwam już żadnego wstydu związanego z aborcją, ponieważ aspekt wolnej woli oznacza dla mnie prawo do autonomii.

Oczywiście wiele osób nadal tego nie uznaje. Wiem, bo i ja niedawno tak myślałam. Czułam, że zostanę ukarana na wieki za uprawianie seksu, zajście w ciążę i za jej przerwanie – że moje życie będzie po prostu gówniane, bo podjęłam taką, a nie inną decyzję.

Kiedy zdecydowałam się donosić córkę, początki były trudne, znalazłam się w bardzo mrocznym miejscu. Myślałam, że Bóg chce mnie ukarać za poprzednią aborcję i za to, że tata mojej córki nie chce mi pomóc w opiece nad nią.

To właśnie w religii jest straszne, bo przecież to ludzie karzą siebie nawzajem. Bóg nie karze ludzi, On jest bardzo kochający i przebacza. Inni oceniają nas najczęściej za rzeczy, które w ogóle nie mają wpływu na ich życie. Nie mam pojęcia, dlaczego równie mocno nie zależy im na dzieciach, które już przyszły na świat.

(Fot. Getty Images)

Kenya Martin o swoim doświadczeniu aborcji

Nosisz T-shirt z napisem „Dziękuję Bogu za aborcję”. Wciąż jesteś wierząca?

Ale niepraktykująca. Widzę siebie raczej jako osobę uduchowioną, wierzę w Boga, modlę się, jednak nie chodzę do kościoła, ponieważ ludzie zbyt łatwo osądzają tam innych.

Czy czułaś się bezpiecznie podczas aborcji?

Miałam ich sześć i za każdym razem czułam się bezpiecznie. Jak wspominałam: wszystkie przeprowadził ten sam lekarz, w tej samej klinice. Wtedy też obaliłam mit, że gdy miałaś więcej niż jedną aborcję, to nie zajdziesz już w ciążę. Lekarze nie chcą sterylizować kobiet, nawet jeśli one tego pragną, bo uważają, że kiedyś możesz jednak zechcieć mieć dzieci. Nie znalazłam nikogo, kto podwiązałby mi jajowody, a antykoncepcja nie zawsze była skuteczna. Zaszłam w ciążę, biorąc tabletki.

Chciałaś w ogóle kiedykolwiek być mamą?

Nigdy nie byłam jedną z tych dziewczynek, które nie mogły się doczekać, aż pewnego dnia zostaną mamą. To rodzice namówili mnie, żebym kontynuowała tę jedną ciążę, nie chcieli zapłacić za aborcję i przekonali, że mogę być matką. Zamiast zaufać sobie, zdecydowałam się urodzić. Oczywiście kocham moją córkę – ma dziś 21 lat – i cieszę się, że jest, ale był czas, gdy wcale tak nie czułam.

Zostałaś samotną mamą.

Tak – i nawet nie znałam jej taty wystarczająco dobrze, by wychowywać dziecko wspólnie z nim. Nie powinniśmy być rodzicami z kimś, kogo nie znamy. Wiedząc to, co wiem dziś, nie urodziłabym córki. Jest cudowną osobą, ale chciałabym móc wybrać jej innego ojca.

Dlaczego zdecydowałaś się opowiedzieć historię swoich aborcji publicznie?

Podjęłam taką decyzję, gdy jeszcze pracowałam w klinice aborcyjnej. Do moich obowiązków należało przeprowadzenie pacjentki przez wszystkie procedury – tłumaczyłam, służyłam wsparciem i pomagałam podpisać dokumenty. Spotkałam wiele osób, które były dla siebie okrutne, wstydziły się swojej aborcji.

Pamiętam czarną kobietę – wyrzucała sobie, że jest egoistką. Powiedziałam jej wtedy, że jestem mamą i miałam aborcje także po urodzeniu córki. Była mi ogromnie wdzięczna, od razu zmieniły się jej ton głosu i mowa ciała. Wtedy zrozumiałam, że dzielenie się własną historią ma ogromną siłę. Ludzie o tym nie rozmawiają! Nawet rodzice, którzy zdecydowali się na aborcję, nie mówią o tym swoim dzieciom! W klinice uświadomiłam sobie, że moja historia może zmienić czyjeś doświadczenie aborcji, pozwoli poczuć się wolną, da pewność, że nie musisz się czuć wtedy samotna, że jest ktoś, z kim można porozmawiać i kto zrozumie.

Kenya Martin (Fot. Archiwum prywatne)

Kenya Martin: Inny język przyniesie kulturowe zmiany

Wtedy rozpoczęła się twoja działalność aktywistyczna?

Nawet wcześniej. W 2015 roku byłam w tej klinice, ponieważ potrzebowałam aborcji. Właśnie wypełniałam dokumenty, gdy bardzo źle się poczułam. Szybko zabrano mnie na USG i okazało się, że w macicy mam jakiś płyn, podejrzewano krwawienie wewnętrzne. Oprócz porodu nigdy w życiu nie doświadczyłam takiego bólu! Za rękę trzymała mnie wtedy czarnoskóra pielęgniarka, a ja myślałam, że umieram. Kazali mi jak najszybciej jechać na ostry dyżur, gdzie potwierdzono krwotok. Konieczna była operacja.

Po jakimś czasie pojechałam do kliniki na kontrolę. Nie było mojego doktora, spotkałam natomiast jego żonę, która też tam pracowała. Czułam tak wielką wdzięczność za uratowanie życia, że zapytałam ją, czy może szukają kogoś do pracy. Nie szukali, ale poleciła sprawdzić w klinice aborcyjnej. Powiedziałam dyrektorce, że chcę pomagać ludziom, którzy przychodzą tu przerażeni, nie mają z kim porozmawiać. I wyobraź sobie, że dostałam tę pracę!

Czułam się zobligowana, by głosić światu, że ludzie z kliniki aborcyjnej uratowali mi życie – że pomagają bez względu na to, kim jesteś. Chciałam, by wszyscy to wiedzieli. I tak się zaczęło.

W twoim opisie na WeTestify czytam: „Nie wszystkie osoby, które miały aborcję, są smutne. Wiele z nas jest szczęśliwych, dlatego że miałyśmy taką możliwość”. W Polsce politycy próbują wmówić kobietom, że po aborcji nie można czuć satysfakcji ani ulgi.

Są ludzie, którzy żałują, że musieli podjąć taką decyzję, ale większość z nas jednak nie żałuje. Nie chcę umniejszać niczyich przeżyć, rozumiem, że wiele z nich wiąże się ze wstydem i piętnem aborcji, ale ogromna liczba osób jest zwyczajnie wdzięczna, ponieważ aborcja poprawiła ich życie. Zasługujemy na radość z tego powodu! Dlatego cieszymy się, gdy możemy o tym opowiadać. Szczególnie jeśli udało się przepracować piętno, którym naznacza społeczeństwo. Osoby po aborcji czują się wolne i szczęśliwe, dowodzą tego nawet badania.

To wszystko łączy się z językiem, którego używamy, mówiąc o aborcji. W Polsce niemal w całości zawłaszczył go Kościół. Nie możesz powiedzieć publicznie, że aborcja jest OK albo że nie chcesz mieć dzieci, bo cenisz komfort życia. Kiedy więc zobaczyłam twój nick na Instagramie @abortiondiva, pomyślałam, że w twojej historii język stanowi największą broń.

To prawda! Sposób, w jaki rozmawiamy o aborcji, jest niezwykle istotny. Przecież istnieje masa pozytywnych historii! Zawsze pojawi się ktoś, kto publicznie odważy się powiedzieć: „Hej, miałam aborcję i jestem z tego dumna, to jest OK. Aborcja to kluczowy element opieki zdrowotnej. Aborcja to wolność”.

Ten język zawsze istniał, ale ostatnio następuje zmiana sposobu mówienia o aborcji. Staramy się, by pozytywny przekaz górował nad negatywnym. Wierzę, że miłość wszystko zwycięża – że można prowadzić ludzi miłością. Prawda i transparentność mają dziś moc. Jeśli ludzie zaczną mówić coraz częściej i głośniej o własnych doświadczeniach, więcej osób będzie mogło się z nimi utożsamić.

Jestem tu więc dla wszystkich, którzy mieli aborcję, którzy będą jej potrzebować, którzy chcą poczuć, że są kochani, zaopiekowani i że stoi za nimi cała społeczność, która podejmie walkę dla nich i za nich. Ten pozytywny, wypełniony miłością język jest bardzo ważny. Dzięki niemu zachodzą w społeczeństwie prawdziwe kulturowe zmiany.

Ismena Dąbrowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę