Znaleziono 0 artykułów
14.02.2018

Andrzej Chyra: Zakochanie bywa trujące

Andrzej Chyra (Fot. Mona Blank)

„Szron” opowiada nie tylko o wojnie, ale i o kryzysie miłości i pasji. Zakochanie bywa bardzo ożywcze, ale potrafi też być trujące – mówi Andrzej Chyra. W filmie Sharunasa Bartasa, nad którym wzięliśmy patronat, aktor zagrał u boku Vanessy Paradis.

Andrzej – to nie jest łatwe imię do wymówienia dla kogoś spoza Polski.

Najczęściej przekładam to imię na język, w którym się porozumiewam. We Francji, ze względu na pisownię, mówią „Andresz”, no bo „j” się czyta jako „ż”. Ale na przykład Isabelle (Huppert, dwukrotnie spotkali się na scenie paryskiego Odéonu w sztukach Krzysztofa Warlikowskiego – przyp. red.) próbowała mówić „Andrzej”. Większy problem mam w sumie z nazwiskiem. Nawet jak Isabelle wyartykułuje poprawnie imię, to potem dodaje: „Szira”.

Język zwykle służy po prostu do komunikacji. Ale relacja aktora z językiem jest bardziej złożona. W obcym języku gra się inaczej?

Inaczej się pewne rzeczy formułuje, inna jest też melodia. Polski się bardziej moduluje, natomiast francuski jest płaski, zmieniają się tylko długości głosek. Jak grałem w „Tramwaju zwanym pożądaniem”, to miałem ten komfort, że wcielałem się w Kowalskiego, kogoś, kto potencjalnie mógłby mówić z akcentem. Choć Kowalski urodził się już w Stanach. Za drugim razem, w „Fedrach”, sytuacja była inna, nie miałem tego zabezpieczenia. Musiałem mówić lepiej. Wiadomo było, że nie będzie idealnie, ale… Przydarzyła mi się ciekawa sytuacja. W spektaklu grała również Agata Buzek, mieliśmy dużą scenę razem. I nagle nasze powinowactwo stało się wyraźniejsze. Mimo że mówiliśmy po francusku. Coś poza słowami, pomiędzy nimi jednak istnieje.

Ja często, gdy pracuję po angielsku, mam wrażenie, że jestem kimś innym. Zmienia mi się na przykład głos.

Zagrałem niedawno we francuskim filmie, który premierę będzie miał dopiero jesienią. Opowiada o Rewolucji Francuskiej, a mój bohater, Lazowsky, jest postacią autentyczną. Urodził się we Francji, miał rodziców Polaków, którzy wyemigrowali. Była to rodzina arystokratyczna, związana z klanem Leszczyńskich. Lazowsky był urzędnikiem królewskim, który przeszedł na stronę rewolucji, był tam dość ważną postacią.

Podczas przygotowań do filmu ktoś zwrócił mi uwagę, że po francusku mówię wyżej. W związku z tym spróbowałem wrócić do swojego właściwego tembru i przyszło mi to z pewnym trudem. Czułem, że mam odruch mówienia inaczej.

Andrzej Chyra i Vanessa Paradis na planie filmu "Szron" (Fot. Materiały prasowe)

Pana bohater w „Szronie” nazywa się… Andrzej.

Przyjąłem to z dobrodziejstwem inwentarza. Nie wiem, czy w związku z tym bardziej identyfikowałem się z rolą. Kiedy poznałem Sharunasa (Bartasa, reżysera filmu – przyp. red.), widziałem, że coś projektuje. Dla widza to może być ciekawe. Dla mnie nie ma większego znaczenia.

Andrzej Chyra na planie filmu "Szron" (Fot. Materiały prasowe)

Zapadła mi w pamięć taka scena: grana przez Vanessę Paradis Marianne rozmawia z bohaterem Mantasa Janciauskasa, Rokasem. I on ją pyta, czy ona kocha. Nie wiadomo do końca, co ma na myśli, jego angielski pozostawia wiele do życzenia. Czy chce wiedzieć, czy ona kocha w ogóle, czy kocha kogoś. Według niego jak się nie kocha, to się istnieje. Ona podchodzi do tego bardziej sceptycznie.

Sądzę, że Rokas mówi to z pozycji osoby, która nie jest zakochana i czuje z tego powodu dyskomfort. „Szron” opowiada nie tylko o wojnie, ale też o kryzysie miłości i pasji. Rokas tej pasji nie ma. Czuje pustkę. Rusza w drogę, bo coś go zaintrygowało, obudziło jakieś emocje. Myślę, że tego ta rozmowa dotyczy. Czy da się funkcjonować w pustce emocjonalnej? Jak żyć, żeby tej pustki nie czuć? Może się do tego dojrzewa, może to jest jakaś mądrość, a może talent?

Andrzej Chyra (Fot. Mona Blank)

A pan jak czuje?

To jest bardzo romantyczna wizja, że jak się nie kocha, to się nie żyje naprawdę. Możemy się zastanawiać, czym jest miłość, w jakich występuje odmianach, ale powiedzmy, że mówimy o zakochaniu. Ja i inni, którzy to przeżyli, wiedzą, że zakochanie bywa bardzo ożywcze, ale potrafi też być potwornie trujące. To byłoby nieznośne: być ciągle zakochanym.

„Szron” opowiada o burzy: emocjonalnej, politycznej, społecznej, a jest… Łagodny, w sensie artystycznych wyborów, poetyki. Rozmawialiście o tym, dlaczego tak jest?

Jak Sharunas zaczyna kręcić film, to przestaje z kimkolwiek rozmawiać. Trzeba mieć naprawdę bardzo czułe radary, by otrzymać jakąś informację zwrotną. Nie od parady jest ten tytuł. Szron jest pochodną mrozu, mróz jest antynomią ognia. Tak jak ten bohater, który myśli, że jak pojedzie zobaczyć wojnę, to coś poczuje, że to będzie „jak na Majdanie”. Ma taki romantyczny obraz. A okazuje się, że to wszystko nie jest spektakularne. Są oczywiście momenty, kiedy ten ogień się wznieca, ale potem przychodzą dni, godziny, lata, kiedy trzeba czekać.

Dla mnie to jeden z ciekawszych obrazów wojny. Napięcie ukryte jest pod powierzchnią normalności. Wydaje się, że nic się nie dzieje, a w każdej chwili można dostać kulkę w łeb. Ten spokój jest obserwacją życia codziennego, które nie musi być w każdej chwili atrakcyjne. Nie znaczy to wcale, że jest mniej groźne.

W dzisiejszych czasach konflikty zbrojne, które niszczą ludziom życia, mają medialną datę przydatności. Zwykle trwa to kilka tygodni. Bohaterowie też o tym rozmawiają – że już nikt o nich nie pamięta. Takie filmy jak ten, to szansa, żeby dać zapomnianym głos. To dla pana ważne?

Zawsze, gdy wybieram jakąś propozycję zawodową, zastanawiam się, czy jest w niej metafora, którą można sprzedać. Coś bardziej ogólnego, co odkrywa nieoczywistą stronę człowieka, jego złożoności. Wtedy praca jest interesująca.

Andrzej Chyra (Fot. Mona Blank)

Wszystkie konflikty z ostatnich lat wygenerowały coś, co można nazwać kapitałem strachu. Wojna jako temat jest obecna w naszych rozmowach i myślach, boimy się jej.

Wojny istnieją. Jedne konflikty są potencjalnie możliwe, inne wydają się mało prawdopodobne – z powodu układów, w jakich funkcjonuje świat. Są ludzie, którzy uważają, że pewne rzeczy trzeba załatwiać przy pomocy wojny i tacy, którzy uważają, że jest to ostatnia metoda, po którą należy sięgać. Politycy z opcji, która aktualnie u nas rządzi, bardzo ten temat podsycają. Budują napięcie i wykorzystują je, żeby wywołać w ludziach niepokój, który potem będą mogli i potrafili zagospodarować. Te militarystyczne tendencje, strzelnice, to podkreślanie, że musimy budować system bezpieczeństwa.

Oczywiście nakręca to koniunkturę w pewnych gałęziach przemysłu, ale przede wszystkim tworzy konkretną aurę polityczną, klimat zagrożenia. Mamy wrażenie, że państwo musi się o nas troszczyć. Taka propaganda wojenna miesza ludziom w głowach.

Jest cała grupa osób, którym taka retoryka odpowiada. Ale pośrednią konsekwencją takiej tendencji jest to, że facet, który trzyma palec na guziku z bronią atomową, poddany ewaluacji psychologów, zostałby prawdopodobnie uznany za niezdolnego do pełnienia wielu mniej odpowiedzialnych funkcji niż prezydentura Stanów Zjednoczonych.

Tak. To jest niepokojące, że ta retoryka i ten temat zaszczepiane są w najmłodszych pokoleniach. Kiedy dorastałem, filmy wojenne były na porządku dziennym, ale raczej myślało się o tym, że to jest przeszłość. A teraz mówi się, że jest to coś, co nam zagraża. Myślę, że to jest nadużycie. Słuchałem niedawno audycji dotyczącej rekonstrukcji bitew i Piotr Kraśko, który chyba prowadził program, twierdził, że to uczy nas historii, a jego rozmówca odpowiadał mu, że nie, bo wojna jest tam traktowana jako zabawa. Nikt nie ginie, traktuje się to jako coś błahego, jako rozrywkę. Wojna staje się grą, w której trzeba wybrać drużynę.

W „Szronie” jest taka scena: bohaterowie spotykają się w hotelu z grupą korespondentów wojennych, rozmawiają. Skala jest oczywiście inna, ale życie aktora może trochę przypominać los korespondenta. Zawsze jest się gdzieś w drodze.

Myślę, że trochę tak jest. Choć akurat z Sharunasem pracuje się w taki dziwny sposób, że jest scenariusz i teoretycznie jakiś plan pracy, co jest naturalne, ale większość scen opiera się na improwizacji.

Mieszkaliśmy w tym hotelu, w którym graliśmy i nie do końca było wiadomo, co w danym dniu kręcimy. Codziennie czekałem, czy coś się wydarzy. Ci korespondenci żyją trochę w takim napięciu i bezczasie, no więc ja, jak oni, czekałem, kiedy wyciągną mnie z tego pokoju i powiedzą: dawaj, teraz kręcimy.

Andrzej Chyra (Fot. Mona Blank)

Filmowa rzeczywistość, wojenna, to raczej „tymczasowość” wyjęta z zasad, z konsekwencji i odpowiedzialności.

Na pewno. To jest właśnie to. U człowieka wyrzuconego z rytmu jakoś inaczej działa chemia mózgu. Nagle przychodzą do głowy różne rzeczy, których normalnie by się nie zrobiło, słowa, których by się nie wypowiedziało. I też ten przepływ ludzi, bardzo duża fluktuacja i za każdym razem relacje na nowo się układają. Ludzie pochodzą z różnych krajów, spotykają się różne mentalności. Siłą rzeczy, te reguły są dużo swobodniejsze, dużo luźniejsze.

Ludzie czasem myślą o aktorach, że są wyjęci z zasad, które obowiązują tzw. „zwykłych ludzi”.

No tak. Artysta... Teraz już jestem trochę grzeczniejszy, ale wcześniej, gdy urządzałem jakieś zabawy, „domówki” tak zwane, to czasem mi się zdarzało... Raz mi pewna pani powiedziała, że jak jestem artystą, to mi się wydaje, że mogę zakłócać ciszę nocną, a tak nie jest!

Ale generalnie wydaje mi się, że aktorzy nie odbiegają szczególnie od średniej. Chociaż może niektórzy myślą, że skoro takie przekonanie istnieje, to oni z tego korzystają i pozwalają sobie na większą swobodę.

Andrzej Chyra (Fot. Mona Blank)

Kiedy ktoś jest znany, prozaiczne czynności w jego wykonaniu nagle stają się interesujące. Media piszą o tym, że Andrzej Chyra wypił gdzieś herbatę.

Jestem osobą, która istnieje w przestrzeni publicznej, tematem, który można sprzedać. Tak to traktuję. Tworzy się kolejna ścieżka życia, taki serial. W jego obrębie powstaje pewnego rodzaju postać, na którą można patrzeć z różnych stron. Pisze się o jej życiu prywatnym, tworzy się jakieś hipotezy, czy, jak to się dziś mówi, fake newsy.

Andrzej Chyra (Fot. Mona Blank)

Wczoraj czy przedwczoraj w jednym z tabloidów pojawiło się zdjęcie mojego samochodu i historia, że… postawiłem go za słupkami. Nie było miejsca, więc parkując uznałem, że zostawiam półtora metra chodnika, co jest OK. Było to niedaleko przystanku, ale nie był to przystanek. Obok zdjęcia zamieszczono długi opis: jaki to jest samochód, ile mógł kosztować, kiedy przestał być produkowany. A do tego komentarz: Panie Andrzeju, Panie Andrzeju, czy to wypada? Kiedy ktoś już trafi do tego medialnego serialu na swój temat, to każda informacja jest jakimś epizodem, który może wypełnić fragment miejsca w gazecie.

To jak osobna rola, która ewoluuje bez scenariusza. W latach dwutysięcznych tabloidy pisały głównie o pańskim życiu prywatnym i miłosnym, teraz chętnie cytują pana wypowiedzi na tematy polityczne. No i rodzicielstwo też jest gorącym tematem.

Czasem też się pojawia, ale jednak w rodzicielstwie jest mniejsze potencjalnie napięcie. Dobrze jak jest jakaś doza skandalu albo czegoś, co wykracza poza codzienność. Ale oczywiście dziecko może zachorować… W sumie wystarczy wyjść na spacer, to już jest pretekstem. Fakt, że według kogoś niewłaściwie zaparkowałem samochód i że należy mi się mandat w wysokości sto złotych, już jest powodem do powstania całego artykułu, całej narracji. Mnie się wydaje, że ludzie jej potrzebują, żeby nawet błahe wydarzenia opakować w konteksty, które ich w jakimś sensie będą mogły dotyczyć. Każdy temat jest godzien książki.

Zdarzyło się panu pozwać gazetę za pisanie o panu bzdur?

Ja wiem, jaka jest prawda. Ale czytają to także inni ludzie, którzy traktują te teksty bardzo poważnie. To, co najczęściej w tabloidach jest fikcją, kreacją autora, dopowiadającego do zdarzenia jakąś własną historię, ludzie traktują jako źródło obiektywnej prawdy. Dlatego w pewnym momencie zdecydowałem się na taki ruch. Od tego też są sądy, żeby jakąś uczciwość, sprawiedliwość egzekwować.

Miałem jeden proces, zrobiłem to, ale w gruncie rzeczy skończyłem z poczuciem niesmaku. Wchodząc do sądu jest się trochę na linii strzału. Myślę, że są ludzie, którzy nawet to lubią, ale mnie do tego nie ciągnie.

Andrzej Chyra (Fot. Mona Blank)

Z czego wynika to, że niektórzy ludzie kultury tak rozgraniczą swoje poglądy od swojej działalności, a inni chętnie mówią o tym, co myślą?

To jest sprawa bardzo indywidualna. Zależy od tego, kto i jak się angażuje. Są ludzie, którzy nie lubią się wychylać, nie czują, żeby ich głos coś wnosił. Są też tacy, którzy wręcz programowo biorą udział w debatach na dowolny temat.

W Polsce zaangażowanie polityczne ludzi kultury, a zwłaszcza aktorów, ma silną tradycję. W latach 80., podczas bojkotu telewizji, aktorzy zmieniali branże, zostawali np. taksówkarzami, zamiast grać w telewizji, bo uznawane to było za kolaborację. Telewizja to medium, które chce bawić, a z drugiej strony tworzy jakąś propagandę.

Polska branża mnie ostatnio zaskoczyła: nie zauważyłam radykalnej reakcji na #metoo. Jest tak dobrze, że nie trzeba o tym mówić?

Myślę, że to wynika jednak z pewnej mentalności. Przemoc wobec kobiet podpada u nas pod inny kodeks niż na świecie. Tam godność osoby nie jest zależna od płci. W każdym razie, dużo mniej niż u nas, gdzie tradycyjne, patriarchalne myślenie powoduje, że niektóre rzeczy wydają się naturalne i dopuszczalne.

Nie przeszliśmy mentalnej ewolucji na ogólnym poziomie. W Polsce króluje katolicyzm o zabarwieniu mesjańskim, wiara, że to my zbawimy świat. Ale mam wrażenie, że ten dominujący dyskurs ma swoje źródła w tradycji wypraw krzyżowych i Świętej Inkwizycji. U nas palenie czarownic jest w gruncie rzeczy OK. Tłumacząc to łopatologicznie – czarownice to kobiety, czyli kobiety niosą jakiś podejrzany pierwiastek. Takich przekonań, stereotypów, jest w naszej mentalności bardzo dużo. Z jednej strony kobiety są strażniczkami polskości, a z drugiej są kusicielkami. Mizoginizm z jednej strony, świętość z drugiej.

Andrzej Chyra (Fot. Mona Blank)

Sporo mówi się o tym, że czas nie jest łaskawy dla kobiet, aktorek. A czy w Polsce czas gryzie mężczyzn, aktorów, w zadek, czy raczej nie?

Gryzie. Ja miałem to szczęście, że zacząłem od roli, która plasowała mnie w ogóle poza wiekiem (mowa o występie w „Długu” Krzysztofa Krauze z 1999 r. – przyp. red.). Zresztą, byłem już wtedy w pewnym wieku, miałem trzydzieści pięć lat. Dla tych, którzy zaczynają wcześnie, ten ząb czasu bywa trudny. Jeśli ktoś na przykład taśmowo grywa amantów, to trudno mu pozostać amantem do śmierci. Jest też grupa aktorów, która zaczynała bardzo wcześnie i tak się zrosła ze swoimi młodzieńczymi bohaterami, że publiczność zaczęła słabiej reagować na ich dojrzalsze role. Ale to nie reguła. Ci naprawdę dobrzy – kobiety i mężczyźni – nigdy nie gasną.

U pana były role zbójów, kochanków. Teraz, coraz częściej, ojców. 

Rzeczywiście parę razy grałem ostatnio ojców. W moim wieku często jest się już ojcem albo nawet dziadkiem. Mama mojej partnerki jest na przykład młodsza ode mnie. Raz prawie już zagrałem dziadka – prawie, bo moja filmowa córka zaszła w ciążę, u Jacka Borcucha w filmie „Nieulotne”. Czasem ta relacja jest ważna dla filmu, np. we „Wszystko co kocham” albo w „Prostej historii o morderstwie”, a czasem ten ojciec jest „przy okazji”, czyli, że przez nieuwagę zaplątało się dziecko, a film opowiada o czymś innym.

Pracuje pan aktualnie nad „Carmen” dla Opery Narodowej. To już trzecie pana podejście do reżyserii operowej. Poprzednie – „Gracze” w Operze Bałtyckiej i stworzona wspólnie z Pawłem Mykietynem i Mirosławem Bałką „Czarodziejska góra”, wystawiana na Festiwalu Malta – spotkały się ze świetnym przyjęciem.

Próby zaczną się już w kwietniu. Teraz jest przygotowywanie tego, w czym ci ludzie będą się musieli poruszać. Trzeba będzie ich wybrać, trzeba będzie ich ubrać, trzeba będzie stworzyć jakąś budowlę na scenie. I trzeba się zastanowić, co w tej historii jest jeszcze do opowiedzenia i jak ją opowiedzieć.

Andrzej Chyra (Fot. Mona Blank)

Kontakt z muzyką w tej formie to jest coś, czego panu brakowało?

W pewnym momencie poczułem, że czas coś wyreżyserować. Skończyłem przecież reżyserię. I przyszło to do mnie znienacka, od strony opery. Dostałem po prostu propozycję. Mam wrażenie, że opera to forma, którą rozumiem. Ten sposób opowiadania mi odpowiada. Nie wszystkie historie i gatunki naturalnie do mnie pasują.

Nie spodziewałbym się, że się zabiorę za „Carmen”. Opera, która jest w trójce najbardziej popularnych na świecie. Znana, ograna. Do tego: duża scena, olbrzymi zespół, chóry, muzyka, która nie jest w oczywisty sposób moja. W operze czas działa w zupełnie inny sposób niż w teatrze. Libretto jest siłą rzeczy bardzo uproszczone, bo nie można wyśpiewać tylu słów, ile da się wypowiedzieć w tym samym czasie. Drugim nośnikiem treści jest muzyka. Sztuka polega na tym, żeby zrozumieć, co ta muzyka opowiada i dopowiada do tekstu.

Grał pan niedawno w „Pomiędzy słowami” z Jakubem Gierszałem, który jest jednym z najpopularniejszych obecnie młodych polskich aktorów. Inne pokolenie, inne myślenie o zawodzie aktora?

Nie wydaje mi się. Do tego zawodu, jeśli chce się być dobrym, trzeba podchodzić poważnie. To są wymogi niezmienne od wieków i wieku. Trzeba temu poświęcić czas, trzeba trochę poświęcić siebie. Nie czuję aż tak wielkiej różnicy, chociaż dziś inaczej się często startuje, na przykład kręci się na początku dużo seriali. Praca w serialu najczęściej nie wymaga długiego przygotowania, jest bardzo doraźna, w jakimś sensie łatwa. Może zmanierować, wyrobić złe nawyki. Ale i sporo nauczyć, pomóc poczuć się pewniej.

To chyba zależy od tego, w czym się bierze udział, prawda? Bo pan ostatnio też zdecydował się na rolę w serialu...

Tak. Po raz pierwszy od piętnastu lat. Pomyślałem sobie, że jeśli to jest Netflix, Agnieszka Holland i Kasia Adamik, to być może będzie to produkcja o wyższym stopniu komplikacji. Poza tym, ten serial wejdzie do Netflixowego katalogu, więc „z przydziału” od razu będziemy oglądani na całym świecie.

Political fiction, wyobrażenie, co by było, gdyby komuna się nie skończyła… Zaskakująco wiele ma to wspólnego z dzisiejszym obrazem polityki i państwa. Ale nie będę streszczał. To trzeba zobaczyć na własne oczy.

Zdjęcia: Mona Blank www.monablank.com
Buty: Adam Kuty/ Pollacki Shoes www.pollacki.com

Anna Tatarska
Komentarze (1)

Wyloguj się
Iza Pawłowska
Iza Pawłowska14.02.2018, 15:21
Wspaniałe zdjęcia 😍 majstersztyk.
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę