Znaleziono 0 artykułów
11.03.2022

Jestem i Będę: Powrót na właściwą drogę

Fot. Łukasz Wierzbowski

Lubię mówić, że w tym cudownym ciele przeżyłem wiele żyć: partnera w długoletnim związku, człowieka sukcesu, pacjenta onkologicznego, jaskiniowca hippisa – opowiada Michał Piasecki, nauczyciel technik oddechowych mieszkający w Toskanii, bohater nowego odcinka cyklu „Jestem i Będę”, w którym przybliżamy historie związane z kryzysem zdrowotnym. Realizując tę serię tekstów i podcastów, współpracujemy z Fundacją Małgosi Braunek „Bądź”.

Zawsze byłem optymistą, dlatego moją historię chciałbym zacząć od czegoś pozytywnego. Na przykład od chwili obecnej: jestem teraz w bardzo pięknym punkcie mojego życia, do którego być może nie dotarłbym, gdyby nie to, co mnie spotkało. Może nigdy nie stałbym się tą wersją Michała, którą jestem dziś? Nauczyłem się czuć wszystkie emocje i słuchać swojego ciała – odpoczywać, gdy tego potrzebuję i działać, gdy mam więcej energii. Czuję ogromną wdzięczność, bo odnalazłem swój dom, poczucie przynależności oraz to coś, czym mogę dzielić się z innymi.

Ale od początku. Można powiedzieć, że przed chorobą miałem dużo szczęścia. Szybko osiągnąłem coś, co powszechnie uznaje się za sukces. Zajmowałem się architekturą, a moją specjalizacją było projektowanie parametryczne, które polega na połączeniu projektowania przestrzennego z kodowaniem. To piękna, choć wymagająca praca. Jej intencją jest czerpanie inspiracji z natury, która podsuwa mnóstwo genialnych rozwiązań. Jeden z moich pierwszych projektów został dostrzeżony przez holenderskiego architekta Jorisa Laarmana, który zaprosił mnie do Amsterdamu. To było duże wyróżnienie, tym bardziej że nasze spotkanie zapoczątkowało wieloletnią, satysfakcjonującą współpracę nad realizacjami z pogranicza technologii i sztuki. Po drodze współtworzyłem też firmę, której celem było wymyślenie od nowa rynku meblarskiego i stworzenie w pełni personalizowanych elementów wyposażenia domu. Działałem na wysokich obrotach i rozwijałem się, ale to wszystko okupione było bardzo dużym napięciem. Wtedy tego nie rozumiałem, ale byłem kompletnie odłączony od ciała i emocji. Chowałem gniew, smutek, poczucie samotności, które towarzyszyło mi coraz częściej. Mimo że byłem w udanym związku, brakowało mi czasu na jakościowe relacje. Konsekwentnie podążałem we właściwym z punktu widzenia rozumu kierunku, który podskórnie wcale nie wydawał się taki dobry. Brnąłem dalej, aż do momentu, gdy ciało zaczęło wysyłać sygnały, których nie sposób było zignorować.

Fot. Łukasz Wierzbowski

Trzy typy reakcji na traumę: Walka, ucieczka, zamrożenie

Pewnego dnia, jakieś pięć czy sześć lat temu, poczułem się bardzo źle. Dostałem silnych zawrotów głowy. Znalazłem się na ostrym dyżurze, zrobiono mi tomografię, a jej obraz zinterpretowano jako niewielki udar. Powiedziano mi, że miałem bardzo dużo szczęścia, bo nie spowodował on żadnego braku ruchomości czy innych poważnych zmian. I tyle. Po tym epizodzie czułem się dobrze, choć byłem nieco przestraszony i zagubiony. Powoli docierało do mnie, że nie idę właściwą dla siebie ścieżką. Czułem, że moja praca wywołuje za dużo napięcia i zrezygnowałem z niej. Zacząłem coraz intensywniej zastanawiać się nad tym, co naprawdę chciałbym robić w życiu.

Jednak pół roku później niepokojące objawy wróciły. Ponownie pojawiły się zawroty głowy, znów trafiłem do szpitala. Zrobiono mi kolejną tomografię. Tylko że tym razem rozpoznanie było kompletnie inne. Nie pamiętam z tego dnia zbyt wiele, ale doskonale zapamiętałem moment, w którym poznałem diagnozę. Nie da się czegoś takiego zapomnieć. Po badaniu ktoś, nie pamiętam kto, wręczył mi złożoną kartkę i powiedział, żebym udał się z nią na inny oddział. Wyszedłem na korytarz, otworzyłem ją, a tam zapisana była tylko jedna linijka: złośliwy nowotwór mózgu.

Fot. Łukasz Wierzbowski

Są trzy typy reakcji na traumę: walka, ucieczka i zamrożenie. Ja byłem sparaliżowany. Cały czas trudno mi pojąć, że o chorobie dowiedziałem się z kartki papieru. Byłem z tym zupełnie sam. Kiedy już jakimś sposobem dotarłem na oddział onkologiczny, stałem z tą kartką, kompletnie nie wiedząc, co zrobić. Byłem totalnie zamrożony. Podeszła do mnie pielęgniarka i zapytała: „I co pan tak tu stoi?!”. Bardzo dobre pytanie.  W moim doświadczeniu słowo „nowotwór” jest traumatyzujące, zawsze było. Wiąże się to z czymś, czego nie potrafię do końca wyjaśnić. Miałem w sobie, odkąd pamiętam, strach przed śmiercią. I ta śmierć miała bardzo konkretną wizualizację – nowotwór mózgu. Nie wiem, dlaczego tak było, ale gdy pojawiała się znienacka myśl o śmierci, wraz z nią przychodziła właśnie taka projekcja. Teraz ta projekcja stała się przerażająco realna, zapisana na kawałku papieru, który trzymałem w rękach.

Zwykłe, codzienne zajęcia stały się dla mnie wstępem do medytacji

Z obrazu wynikało, że nie jest to bardzo agresywny glejak, ale jeden z pierwszych lekarzy, z którymi się zetknąłem, powiedział, że nieoperacyjny. Nie rozumiem, dlaczego używa się takiego sformułowania, skoro nie jest prawdziwe. Prawda jest taka, że ten konkretny lekarz nie umie go zoperować – taki komunikat niesie kompletnie inny przekaz. Bo daje nadzieję, że ktoś inny będzie umiał.

Moja partnerka i rodzice bardzo mnie wspierali. Niemal natychmiast rozpoczęliśmy intensywne poszukiwania specjalisty, który będzie potrafił coś zaradzić. Spotkałem się z wieloma lekarzami w Polsce i Europie. Większość z nich była niesamowita, jednak od kilku usłyszałem dość nieodpowiedzialne czy niepodparte badaniami opinie, które odbierały nadzieję.

Fot. Łukasz Wierzbowski

Na szczęście w końcu trafiłem do Bydgoszczy, do doktora Furtaka. Powiedział, że podejmie się operacji i usunie nowotwór w całości. Wziął pod uwagę jego umiejscowienie, miał też już wcześniej opracowaną indywidualną metodę wycięcia. Był bardzo pewny, że uda się to zrobić. Pamiętam moment, gdy to usłyszałem. Popłakałem się. Spokój i podejście doktora Furtaka przyniosły ulgę i przywróciły nadzieję.

Jedną z najważniejszych rzeczy, które potwierdza moja historia, jest uzyskanie przynajmniej kilku opinii. Mam ogromny szacunek do lekarzy, pielęgniarek i wszystkich pracowników służby zdrowia, ale wiem, że nawet tym najbardziej kompetentnym czasami brakuje narzędzi do komunikacji, dzięki którym mogliby lepiej wspierać pacjentów, a nawet samych siebie.

Doktor Furtak zdecydował, że bezpieczniej będzie rozłożyć procedurę na dwie operacje. Po pierwszej przez miesiąc dochodziłem do siebie, po drugiej było lepiej – już po trzech tygodniach prowadziłem zajęcia ze studentami. Doktor miał jednak intuicję, że choć usunął znakomitą większość, coś jeszcze zostało. Nie było to widoczne w badaniach, gdyż obraz po wcześniejszej interwencji był niejasny, ale on miał silne przeczucie. Na szczęście kolejna operacja nie była konieczna natychmiast. To był jednocześnie trudny i piękny czas. Trudny, bo nadal towarzyszyła mi duża niepewność. Co trzy miesiące konieczne były kontrole. Jednocześnie właśnie wtedy zacząłem naprawdę otwierać się na nowe. Wyjechałem na jakiś czas do Hiszpanii i przebywałem w społeczności, która żyje w jaskiniach, prowadząc bardzo prosty tryb życia poza nurtem głównych wydarzeń. Lubię mówić, że w tym cudownym ciele przeżyłem wiele żyć: partnera w długoletnim związku, człowieka sukcesu, pacjenta onkologicznego, jaskiniowca hippisa. To był ważny czas skupienia na byciu tu i teraz zamiast ciągłego działania. Zwykłe, codzienne zajęcia, takie jak noszenie wody, stały się dla mnie doskonałym wstępem do medytacji.

Fot. Łukasz Wierzbowski

Oddech może łączyć nas z ciałem, emocjami, uwalniać traumy

W końcu, po około półtora roku, obraz mojej choroby wyklarował się, wykazując, że doktor Furtak miał rację. Poddałem się kolejnej operacji, tym razem udało się wyciąć wszystko do końca. Od razu po wybudzeniu czułem się świetnie. Nieco oszołomiony zapytałem doktora: „I co teraz?”. On, jak przystało na lekarza ze szpitala wojskowego, odparł w żołnierskich słowach: „Teraz trzeba żyć!”. Muszę przyznać, że dopiero jakieś pół roku później dotarło do mnie, co miał na myśli. Zasugerował, żebym dla pewności poddał się radioterapii. Czekał mnie zatem jeszcze sześciotygodniowy pobyt w Gliwicach, ale najgorsze miałem za sobą, przynajmniej w kontekście zdrowotnym.

Ten czas zbiegł się jednak z zakończeniem wieloletniego ważnego związku. Kumulacja rozstania, trzech operacji i radioterapii na kilka miesięcy znów wprowadziły mnie w stan zamrożenia. Zostałem w mieszkaniu, w którym żyliśmy razem 10 lat, i czułem, że muszę coś zrobić. Wtedy po raz pierwszy wybrałem się na tygodniowe odosobnienie medytacyjne zen. Mieliśmy codziennie o 6 rano zaczynać medytację, a ja kompletnie nie wiedziałem, co to znaczy. Dwa pierwsze dni niemal zaspałem, ale trzeciego coś drgnęło. Poczułem, że z głębi mojego ciała odzywają się smutek i strach. Moment przełomowy, uwalniający, nastąpił w czasie mojej pierwszej sesji jeden na jeden z głównym nauczycielem zen. Spędziliśmy kilka minut, siedząc naprzeciw siebie w całkowitej ciszy. W pewnej chwili zacząłem się trząść, a on odezwał się i po prostu nazwał to strachem przed śmiercią. Uzmysłowił mi, że właśnie to we mnie siedzi. To było niezwykle silne doznanie. Uświadomienie sobie, a przede wszystkim akceptacja tego, że mam skończony czas w tym pięknym ciele, że śmierć jest prawdziwa. Przyjęcie tego pozwoliło mi zakończyć wszystkie rzeczy, które mi nie służą, które nie sprawiają, że moje serce śpiewa. Zrozumiałem, że chcę swój czas przeznaczyć na podążanie za tym, co wydaje się w danym momencie właściwe i inspirujące. Inna ważna rzecz wydarzyła się na wykładzie, gdy nauczyciel mówił o kolejnych poziomach rozwoju świadomości: „Wszystkie doświadczenia są niezbędne i nie należy żadnego negować, bo to one składają się na to, kim jesteśmy”. Niby oczywiste, ale wydało mi się wtedy wyjątkowo znaczące. Miałem wrażenie, że gdy to mówił, słońce wpadające do sali oświetliło właśnie mnie. Wraz z potokiem łez przyszło do mnie postanowienie, że oto przyszedł czas na nowe. Już wcześniej zacząłem intensywną pracę z psychologiem, ale dopiero w połączeniu z medytacją udało mi się wyzwolić ze stanu zamrożenia. Od razu po powrocie do Warszawy zdecydowałem, że nigdy więcej nie będę spał w „naszym” mieszkaniu. Wyprowadziłem się, zacząłem każdego dnia medytować, zaglądać w siebie i jeszcze głębiej poszukiwać.

Otwarcie na nowe sprawiło, że kilka miesięcy później przyszło do mnie coś bardzo ważnego. Wziąłem udział w warsztacie oddechowym prowadzonym przez osobę po treningu Alchemy of Breath. Ta sesja była niesamowita. Oddech może łączyć nas z ciałem, emocjami, uwalniać traumy. Odpowiednio kierowane wdechy i wydechy otworzyły we mnie płacz, pełen smutku, ale też ożywienia. Płakałem przez pół godziny, to było ekstremalnie oczyszczające, terapeutyczne przeżycie. Zainspirowało mnie, by zacząć zgłębiać ten temat. Do tego stopnia, że po pewnym czasie rozpocząłem trening, by samemu móc prowadzić takie zajęcia, a właściwie umożliwiać innym praktyki oddechowe (po angielsku tę funkcję określa się jako facilitator, czyli ułatwiacz). 

Fot. Łukasz Wierzbowski

Miałem wątpliwości i wewnętrzne poczucie, że nie jestem wystarczająco dobry, a mój nauczyciel uznał, że skoro tak, to świetnie się nadaję. Trening okazał się wspaniałą podróżą, czuję się wdzięczny za narzędzia, które otrzymałem, ale i za wszystkie moje życiowe doświadczenia, również związane z chorobą. To dzięki nim poczułem klarowną intencję i cel – by oferować praktyki świadomego oddechu i medytacji osobom przechodzącym kryzys zdrowotny, ze szczególnym wskazaniem na pacjentów onkologicznych.

Nauczyłem się słuchać ciała i czuć wszystkie emocje. Nie dzielę ich na te dobre i te złe. Uczucia są jak chmury, przychodzą i odchodzą. Dobrze je poczuć, rozpoznać, co rzeczywiście jest uczuciem, a co projekcją na przyszłość lub czymś związanym z przeszłością. W myśl medycyny zachodniej poddaję się regularnym kontrolom, a jednocześnie podążam za tym, co służy mi najlepiej, z włączeniem zdrowej wegetariańskiej diety, ruchu, spacerów w lesie, oddechu, medytacji, tańca, muzyki, radości z chwili, a także pozwalania sobie na głęboki, regularny odpoczynek.

Jeszcze w czasie choroby przyszła do mnie myśl, że chciałbym znaleźć dom w naturze, blisko przyjaciół, przynależeć do czegoś większego ode mnie, odkryć sposób, by dać coś od siebie innym. Dziś mój dom jest w Toskanii, otoczony piękną naturą, a ja staram wsłuchiwać się w wewnętrzny głos, w potrzeby ciała, a także w historie osób, które praktykują ze mną oddech i medytację. Teraz za każdym razem, gdy otwieram pokój Zoom, by tworzyć sesje dla osób, które oddychają ze mną, czuję, że moje serce śpiewa. Wiem, że robię właśnie to, co powinienem, moje ciało i umysł są połączone, a ja jestem właśnie taką wersją siebie, jaką pragnę być. 


Tekst: Michał Piasecki
Wsparcie redakcyjne: Natalia Karawajczyk
Fotografie: Łukasz Wierzbowski

 

Tekst jest częścią projektu Fundacji Małgosi Braunek „Bądź”. To drugi sezon cyklu „Jestem i Będę”, przybliżającego historie radzenia sobie z kryzysem zdrowotnym. Vogue.pl jest partnerem projektu.

Wszystkie dotychczasowe publikacje cyklu można znaleźć na Vogue.pl, szukając hasła „Jestem i Będę”.

Michał Piasecki
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę