Znaleziono 0 artykułów
17.06.2022

Jestem i Będę, odc. 4: Już ze sobą nie walczę

17.06.2022
Fot. Lola Banet

W cyklu „Jestem i Będę” Sonia Kieryluk opowiada o doświadczeniu życia z ADHD. „Już jako dorosła osoba, zupełnie przypadkiem, trafiłam na hasło „ADHD”. Odhaczyłam większość objawów, łącznie z tymi, które traktowałam jako złe cechy charakteru: emocjonalne rozregulowanie, zła pamięć, epizody depresyjne, lęk przed odrzuceniem, nieumiejętność skupienia się na obowiązkach i pracy. To, co kiedyś traktowałam jako słabość, niestabilność, stało się moją największą siłą. Wiem już, że nigdy nie byłam nieodpowiednia, zawsze byłam w sam raz”.

Cicha i spokojna, zwracałam na siebie uwagę ubiorem i zachowaniem. Choć nie zawsze tak było. Do rozpoczęcia nieszczęsnej edukacji byłam żywym srebrem. Wesoła, energiczna, wszędzie było mnie pełno. Z łatwością zjednywałam sobie przyjaciół. Obcy ludzie nie byli dla mnie obcy.

Byłam siedmioletnią nadaktywną dziewczynką zakutą w szkolne dyby. Siedzenie w ławce było dla mnie bolesne. Lekcje składały się z wiercenia, podskakującego kolana, obgryzania końcówki pisaka, bazgrania po podręcznikach. „Nie kręć się, nie przeszkadzaj, nie patrz za okno”, słyszałam. Wtedy nie wiedziałam, że na tym właśnie polega mechanizm ADHD – żeby móc się skupić na jakimś zadaniu, potrzebny jest drugi bodziec. W szkole było to uważane za nieuwagę i niechęć do nauki.

Fot. Lola Banet

ADHD nadal jest kojarzone z nadpobudliwymi, małymi chłopcami wyrywającymi kaloryfery ze ściany. Ale ja nie byłam tym chłopcem. Byłam dziewczynką, która od najmłodszych lat musiała spełniać określone wzorce i normy. Musiałam ładnie i grzecznie siedzieć, w wygładzonej spódniczce. Owszem, mogłam mówić, ale na dany temat i nie za głośno. Chłopcom pozwala się po prostu być. Niegrzeczny chłopiec uroczy łobuz. Dziewczynkom takie zachowanie nie uchodzi płazem.

Dlatego, ja, kilkuletnie żywe srebro, kochające ludzi i świat, naciskana z zewnątrz, poddałam się normom. Poddanie oznaczało zamknięcie się w sobie i początek procesu odklejenia ducha od ciała. ADHD, które we wczesnych latach objawiało się fizycznością, wciśnięte w społeczne i szkolne ramy, zawładnęło umysłem.

Przyznaję, że dobre oceny zawsze przynosiłam dla rodziców. Cena osiągnięcia dobrych wyników, przy wrodzonym braku skupienia, była nieludzka. Rozpraszały mnie tykający zegar i ptaki za oknem. Nauczenie się czegoś zajmowało mi 10 razy więcej czasu, niż reszcie dzieciaków. Pamięć krótkotrwała prawie u mnie nie funkcjonowała, więc potrzebowałam wielokrotnych powtórzeń poleceń, żeby coś zarejestrować.

Dziś wiem, że szkoła mnie połamała. W domu też czasem było niełatwo.

Mój tata uważał, że mam talent artystyczny. Tylko że w jego przekonaniu nad talentem trzeba było pracować w pocie i znoju. Rysunek musiał powstawać każdego dnia. Coś, co sprawiało mi przyjemność, stało się udręką. W końcu się zbuntowałam i w ogóle przestałam rysować. Wróciłam do tego dopiero niedawno.

Odkąd pamiętam, oceniałam swoją wartość przez pryzmat umiejętności i zdolności manualnych. Moje imię miało dla mnie drugorzędne znaczenie. Przedstawiałam się po prostu: “Cześć, robię make-up”.

Dziś myślę, że przyssałam się do malowania twarzy właśnie dlatego, że malowanie na papierze stało się przykrym obowiązkiem. Wyrażanie siebie na cudzych twarzach przez kolor, było światłem, dzięki któremu wychodziłam z łóżka. Ale to później. Najpierw, w liceum, był psychiatra.

Byłam bardzo emocjonalną nastolatką. Regularnie dotykały mnie epizody depresyjne. Przepełniał mnie przeraźliwy smutek, ale nie wiedziałam, dlaczego tak się dzieje. Problemy wydawały się wielkie i piętrzące się, jak najwyższe góry nie do przejścia. Każde złe spojrzenie urastało do rangi dramatu.

Fot. Lola Banet

Nie umiałam odgradzać się od innych, spijałam dobre i złe emocje jak deszczówkę po burzy. Chciałam ludziom pomagać, ujmując sobie. Próbowałam się dopasować do ogółu, żeby zostać zaakceptowaną. Tak bardzo bałam się wykluczenia, że pilnie podlewałam relacje swoim kosztem. Zgadzałam się na wszystko, byle tylko należeć. Chciałam być podobna do reszty, żeby nie zostać odrzucona.

Teraz tę emocjonalność traktuję jak największy dar. Kiedyś ją karałam i chciałam usunąć: zaburzała mój rytm bycia i sprawiała, że byłam niezrozumiała dla siebie i świata. Tak bardzo starałam się, by być tym, za co myślałam, że świat mnie zaakceptuje, że coraz bardziej odsuwałam się od siebie samej. Długo myślałam, że objawy ADHD są moją esencją.

Nieumiejętność przyswajania, przetwarzania i nazywania emocji, a potem nienawidzenie siebie za te braki, rozchwiały mnie do granic możliwości. Wszystko potrafiło zburzyć mój spokój. Relacje wydawały się problematyczne, zarówno z rodziną, jak i z przyjaciółmi. Czułam, że nie umiem w szkołę, w bycie córką i siostrą, koleżanką. W końcu wylądowałam w gabinecie psychiatry. Przepisał mi leki na depresję, przez które długo nie płakałam. Z przerwami brałam je 10 lat.

Mimo że diagnoza nie była trafna, jestem wdzięczna za farmakologię. Suche oczy pozwoliły mi przetrwać rodzinne choroby onkologiczne. Najpierw mama dostała diagnozę: raka jelita, niedługo potem tata: raka żołądka. Trudno opisać ten paniczny strach przed stratą rodziców. Nie wyobrażałam sobie utraty mamy, która jest mi niezmiennie najbliższa i najważniejsza.

Lęk był paraliżujący. Nie osiwiałam, ale kiedy adrenalina puściła, mój organizm się zbuntował. Z perspektywy czasu czuję, że nie stanęłabym na wysokości zadania, gdyby nie leki na depresję.

Choroby rodziców zmieniły moją percepcję świata i tego, co w nim jest warte uwagi, a co nie. Jestem przekonana, że nie stanęłabym na wysokości zadania, będąc w stanie psychicznym sprzed terapii lekowej. Odwiedzając rodziców, potrafiłam płakać przed drzwiami sali szpitalnej i uśmiechać się po wejściu do niej. Bez leków nie byłoby to możliwe. Potem, oczywiście, odchorowałam te miesiące strachu.

Znów znalazłam się w gabinecie psychiatry. Lekarz przepisał leki i zalecił terapię, ale czułam, że oprócz tego, z pewnymi rzeczami muszę się sama uporać, sama znaleźć narzędzia. Zaczęłam zagłębiać się w tematy psychologiczne, aż w końcu, któregoś dnia, zupełnie przypadkiem, trafiłam na hasło „ADHD”.

Odhaczyłam większość objawów, łącznie z tymi, które traktowałam jako złe cechy charakteru: emocjonalne rozregulowanie, zła pamięć, epizody depresyjne, lęk przed odrzuceniem, nieumiejętność skupienia się na obowiązkach i pracy.

Tydzień po tym objawieniu pojechałam na drugi koniec Polski do lekarza, który specjalizuje się w tego typu zaburzeniach. Znalazłam go w internecie. Zaufałam intuicji. Po prostu wiedziałam, że mam ADHD, chciałam jedynie oficjalnego potwierdzenia diagnozy. Nic wcześniej nie było tak oczywiste. Wiedziałam też, że antydepresanty zabierają mi wrażliwość i czułość na siebie i innych. Po opowiedzeniu wszystkiego lekarzowi, potwierdził moje wnioski. Urodziłam się z ADHD.

To był moment, gdy wszystko odwróciło się do góry nogami. Doskonale pamiętam to uczucie. W końcu mogłam uwolnić się od prześladującego uczucia niezrozumienia. Moje trudności nie wynikały ze złego charakteru czy z lenistwa. U źródła lęków, niestabilności emocjonalnej, braku umiejętności w utrzymywaniu relacji i odbieraniu bodźców, czy hiperfiksacji na jednej czynności nie leżała esencja mnie, ale zaburzenie neurologiczne. 

Rozpoczęłam długi i niełatwy proces powrotu do siebie. Mogłam przestać traktować swoją neurologię jako coś popsutego. W końcu potrafiłam wytłumaczyć bliskim, dlaczego mam kłopot ze spóźnianiem się na spotkania, dlaczego zapominam o ich urodzinach i dlaczego sprawiam wrażenie, jakbym ich nie słuchała.

Fot. Lola Banet

Drążenie siebie, także w ramach terapii, stało się dla mnie najważniejsze. Choć nie było to przyjemne. Jak coś jest zakręcone przez 30 lat, potrzeba wielkiej siły, żeby to odkręcić. I w trakcie tego odkręcania bardzo się spocisz i zmęczysz. Trudno jest zacząć, bo traumy śmierdzą i nie chcesz ich tykać za żadne skarby. Po wielu miesiącach szorowania siebie ze wstydu i strachu, poznając mechanizmy ADHD i wpływu dopaminy na codziennie funkcjonowanie, stało się coś, co trudno mi pojąć do tej pory.

Obudziłam się. Popatrzyłam na siebie i wszystko dookoła z bezwarunkową miłością. To, co kiedyś traktowałam jako słabość, niestabilność, stało się moją największą siłą. Wiem już, że nigdy nie byłam nieodpowiednia, zawsze byłam w sam raz.

Po kilku miesiącach od rozpoczęcia terapii lekowej, przyszła do mnie potrzeba ruchu w formie rytuału. Słowo „rytuał” jest bardzo ważne, bo ludzie z ADHD nie potrafią ich kontynuować, a paradoksalnie bardzo ich potrzebują. Chciałam się poczuć dobrze w swoim ciele, bo znów nawiązałam z nim kontakt. Powoli wracałam do swojego centrum. Codzienny rytuał ruchu praktykuję do dziś. Nawet, jeśli jestem bardzo zmęczona, muszę spędzić ze sobą godzinę, w trakcie której zadaję sobie pytania. Ćwiczę w nocy, wtedy jestem najbardziej aktywna, jak większość osób z ADHD. Głęboko oddycham, jestem na swój oddech uważna.

Codzienny rytuał ruchu jest dla mnie bardzo ważny także z innego powodu. Osoba z ADHD potrzebuje nie tyle wykonywać, co zaczynać zadania. U osoby neuronormatywnej już sama chęć zrobienia czegoś wytwarza dopaminę. Człowiek z ADHD dostaje dopaminę dopiero w trakcie albo na koniec działania, dlatego tak trudno mu się do czegoś zabrać.

Prokrastynacja to moje drugie imię. Jeśli coś mnie nie interesuje, nie jest powodowane pasją albo ciekawością i nie jest irytującym obowiązkiem, zrobię to w ostatniej chwili. Dlatego dbam o regularne rytuały. Codziennie stawiam przed sobą zadanie, żeby uporać się z jakimś cieniem. Przychodzi mi to z coraz większą łatwością i pewnością.

Oczywiście dalej zapominam o spotkaniach, o odpisywaniu na smsy, nie spełniam oczekiwań osób neuronormatywnych. Kiedy jestem przebodźcowana, potrafię odpływać. Ale bardzo się staram. Mam też to ogromne szczęście mieć wokół siebie przyjaciół, którzy mi to wybaczają. Mam swoją klikę. Zaprzyjaźniłam się całkiem przypadkowo z dziewczynami, które też zostały zdiagnozowane z ADHD. Przebywanie z ludźmi, którzy dzielą z tobą to doświadczenie i trudy z nim związane, jest bardzo potrzebne, a sformułowanie „mam tak samo” jest dla mnie bezcenne.

W mojej historii słowem kluczem jest „proces”. Za dochodzenie do prawd o sobie dostałam w

prezencie wybaczenie. Niezgrabnie wylazłam z klatki strachu, akceptując najpierw zaburzenie neurologiczne, a potem całą siebie. Jestem wdzięczna, że nie walczę już ani ze sobą, ani ze światem. Codziennie dziękuję za te strachy, choróbska, próby. Dzięki nim jestem w miejscu, które mi się nawet nie śniło.

Kiedyś karałam się za bycie inną, teraz to w pełni akceptuję. Po raz pierwszy zakochałam się w sobie, jednocześnie zakochując się w ludziach i świecie.  Nie poświęcam już siebie, pomagając innym. Ważne, że stoję sobie w świetle i jest mi ciepło i dobrze. Po prostu jestem. 


Wsparcie redakcyjne: Marta Malik-Ryl
Fotografie: Lola Banet
Stylizacja: Katarzyna Mioduska
MUA: Sonia Kieryluk

Sonia Kieryluk
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę