Znaleziono 0 artykułów
14.02.2018

Dariia Day: Przepłakałam wiele nocy, ale nigdy się nie poddałam

Dariia Day (Fot. Materiały prasowe Dr Irena Eris)

Do sesji zdjęciowych w najlepszych pismach o modzie malowała Anję Rubik, Nicolasa Ghesquiere’a, Marię Giulię Maramotti. Odpowiada za kreację makijażu Dr Irena Eris, ale sama kolorowych kosmetyków używa oszczędnie. Jej specjalność to make-upy, w których ludzie dobrze wyglądają i czują się dobrze. Mówi cicho, z namysłem, rozbrajająco szczerze. Dzień spędzony z Dariią Day to lekcja skromności, kreatywności, pozytywnego podejścia do świata. 

Skąd wziął się twój pseudonim?

Od 9 lat mieszkam za granicą i większość obcokrajowców nie jest w stanie ani wymówić mojego nazwiska Ślusarczyk, ani go zapamiętać. W agencjach zazwyczaj byłam podpisywana po prostu jako Daria. Gdy okazało się, że dziewczyn o tym imieniu jest dużo, chciałam się wyróżnić. Długo myślałam, jakie słowo dodać do imienia. Wkładałam różne nazwiska pod poduszkę i rano wyciągałam jedno, ale ciągle czułam, że to nie to. W końcu wyznaczyłam sobie deadline – dzień Darii, do którego muszę wymyślić pseudonim. Akurat byłam u siostry, nocą napisałam moje imię Daria z dwoma „i”, obok słowo „day”. I nagle mnie olśniło!

Wysłałam wiadomość do mojej przyjaciółki, Włoszki, która ma 65 lat i długo pracowała w modzie. Jeszcze nie spała, odpisała: Dariia Day, świetnie! Trochę jak Doris Day. Nawet o tym nie pomyślałam, ale właśnie słuchałam jej piosenki „Que será, será”! Wreszcie znalazłam, czego szukałam. Obudziłam siostrę i powiedziałam, że będę Dariią Day.

Jak dziewczyna tuż po maturze trafia z Bolesławca do świata wielkiej mody, robi makijaże na okładki najlepszych pism, z „Vogue’iem” na czele, maluje modelki na pokazach słynnych projektantów?

Byłam kreatywną dziewczynką z głową pełną marzeń. Szybko zainteresowałam się modą. Chodziłam do dziadków oglądać Fashion TV, bo nie mieliśmy w domu tego programu. Później organizowałam pokazy dla rodziny, angażując siostrę, kuzynki, kuzynów, koleżanki. W Fashion TV najbardziej lubiłam kulisy tygodni mody. I myślałam, że kiedyś tam będę. Naprawdę w to wierzyłam. I potem uparcie do tego dążyłam.

Gdybyś miała wybrać najważniejsze wydarzenia, dzięki którym stałaś się tym, kim jesteś dzisiaj?

Miałam szesnaście lat i już fascynowałam się makijażem, gdy oznajmiłam rodzicom, że zamiast wyjeżdżać na wakacje, wolę zapisać się na kurs wizażu we Wrocławiu. W przyspieszonym tempie poznałam podstawy: co to jest baza, podkład, jakich pędzli do czego używać. Byłam najmłodsza na kursie, a nauczyciele mówili, że wszystko przede mną. To mnie zmotywowało. Gdy wróciłam do domu, za całe kieszonkowe kupowałam kosmetyki, aż wreszcie otworzyłam „studio” makijażu w swoim pokoju. Codziennie malowałam: koleżanki, rodzinę, nauczycielki. Rodzice uwierzyli, że to nie jest chwilowy kaprys nastolatki, lecz pasja.

Darria Day podczas wykonywania makijażu (Fot. Materiały prasowe Dr Irena Eris)

Razem z moją starszą siostrą Dominiką, która studiowała fotografię, robiłyśmy w tamtym czasie mnóstwo sesji zdjęciowych. Kiedy miałam 17 lat, w internecie znalazłam szkołę makijażu MKC Beauty Academy w Hollywood i przez ostatnie lata liceum marzyłam, żeby tam pojechać.

Dlaczego w Hollywood? Wcześniej podróżowałaś po świecie?

Od czasu do czasu z rodzicami. Raz byłam z mamą w Paryżu, ale w Stanach nigdy. Hollywood brzmiało jak bajka i podobał mi się program szkoły. Nie tylko zajęcia z makijażu, ale też marketing, wprowadzenie do zawodu. 

Kolejny ważny krok?

Wyjazd do Hollywood. Rodzice zaproponowali mi: mogę wybrać studia w Polsce, a wtedy będą mi pomagać finansowo, albo kupią mi bilet do Stanów i opłacą kurs, ale później będę już musiała poradzić sobie sama. Wybrałam wyjazd.

Dariia Day w swoim paryskim biurze (Fot. Archiwum prywatne)

Jak odnalazłaś się w Stanach?

Kurs dał mi przekonanie, że jeśli czegoś mocno chcę, mogę to osiągnąć. Słynne amerykańskie „You can do it”. Chociaż początki były trudne. Angielski znałam na poziomie podstawowym. Gdy wylądowałam w Los Angeles, rozumiałam niewiele. W szkole byłam jedyną osobą z zagranicy. Codziennie mieliśmy po dziewięć godzin zajęć – pół na pół teorii i praktyki. Na szczęście tematy lekcji były też opisane w zeszytach, które każdy dostawał. Wracałam do domu wieczorem i do momentu aż nie zasnęłam, tłumaczyłam ze słownikiem. Miesiąc później rozumiałam już prawie wszystko i nieźle mówiłam. Tamten wyjazd wspominam jak film, zabawny i z happy endem.

Uczyły nas makijażystki, które miały kilkunastoletnie doświadczenie, robiły make-up’y do superprodukcji, seriali, teledysków. Dyrektorka powtarzała: Osoby, które malujesz, nie będą pamiętać, co zrobiłaś, ale jak się z tym czuły. To się sprawdza. Mieliśmy też coaching, każdy miał przygotować kolaż – wizualizację swojego wymarzonego życia za dziesięć lat. Mój do dziś wisi na ścianie w mieszkaniu rodziców – wiele rzeczy już się spełniło. Na przykład wkleiłam tam zdjęcie wieży Eiffela, a dziś mieszkam w Paryżu. Wtedy wyobrażałam sobie, że kiedyś będę pracować z Johnem Galliano, a niedawno malowałam go na galę British Fashion Awards w Londynie, robiłam makijaże na pokazie Maison Margiela, którego jest dyrektorem kreatywnym i na przedpremierowych pokazach jego kolekcji organizowanych specjalnie dla Anny Wintour.

Jak szybko po skończeniu szkoły w Hollywood zaczęły się spełniać twoje marzenia?

Po dyplomie zostałam jeszcze w Los Angeles. Zrobiłam dodatkowy kurs efektów specjalnych i airbrushingu. Wysłałam moje portfolio do wszystkich lokalnych fotografów mody, których namiary udało mi się znaleźć w internecie. Większość odpowiedziała. Malowałam i asystowałam przy sesjach zdjęciowych, filmach i na pokazach, co najbardziej mi się podobało. Wróciłam do Polski przekonana, że chcę pracować w świecie mody. 

Co zrobiłaś, żeby zrealizować ten plan?

Zaczęłam poszukiwania internetowe. Sprawdzałam, które agencje skupiające fotografów i makijażystów uznawane są w Europie za najlepsze. Wyszło na to, że w Paryżu. Tam też odbywają się najlepsze pokazy mody, postanowiłam więc pojechać do Paryża. Kupiłam bilet i wsiadłam do autokaru z walizką kosmetyków. Nie wiedziałam, gdzie się zatrzymam, gdzie będę pracować. Miałam dziewiętnaście lat, niczego się nie bałam, wierzyłam, że jakoś to będzie. Pierwszy nocleg pomogła mi znaleźć kobieta, która siedziała obok mnie w autobusie. Zadzwoniła do znajomego, nauczyciela, który wynajmował studentom pokoje – szczęśliwie akurat jeden był wolny na sześć dni. 

Dariia Day z Ireną Eris (Fot. Archiwum prywatne)

Dalej też szło tak gładko?

Pierwszy rok w Paryżu był koszmarny. Zmieniałam mieszkanie siedem razy, może więcej. Żyłam na walizkach, nie miałam pewności, gdzie będę spała za tydzień. Nie znałam francuskiego, umówienie się z ludźmi z agencji zdjęciowych czy fotografami graniczyło z cudem. Wysłałam ze sto maili, dostałam dwie odpowiedzi. Jednak mimo to ciężko pracowałam, bo zgadzałam się na każdą sesję. Tyle, że zazwyczaj to były testy, za które mi nie płacono. Ale wierzyłam, że tylko w ten sposób zdobędę kontakty. Może makijaż spodoba się fotografowi, stylistom, modelce i polecą mnie do „prawdziwej”, płatnej sesji? Robiłam po dwa, trzy testy dziennie.

Czasem, gdy nie miałam pieniędzy na metro, z jednego miejsca w drugie musiałam iść półtorej godziny z ciężką walizką kosmetyków. Wracałam wykończona. Najtrudniej było mi, kiedy przez pół roku mieszkałam w pokoiku w suterenie bez okien. Coś ugryzło mnie w palec, wdało się zakażenie. Niedługo potem, tuż po spotkaniu w sprawie pracy, skradziono mi torebkę razem z dokumentami i komórką, w której miałam zapisane wszystkie kontakty. Do tego wszystkiego z powodu wilgoci w mieszkaniu, padł mi komputer. Byłam bliska załamania. 

Chciałaś wrócić do Polski?

Pojechałam do domu na kilka dni, ale wiedziałam, że jeśli opowiem rodzicom, co przeżywam, to mnie nie wypuszczą z powrotem. A czułam, że muszę wrócić do Paryża, że jednak mi się uda. Wróciłam. Była wiosna, drzewa się zazieleniły, zakwitły, miasto wyglądało pięknie. Ciągle jeszcze zdarzały się przepłakane noce, ale nie poddałam się. Mam wrażenie, że nad pierwszym rokiem ciążyło fatum. W kolejnym los się odmienił. Na lepsze. 

Nastąpił moment przełomowy?

Tak. W szkole w Hollywood najlepsi uczniowie z roku mogli wygrać „wymarzoną podróż” do Mediolanu. Chciałam jechać, ale z moją znajomością języka i małym doświadczeniem, nie miałam szans na najlepsze oceny. Pewnego wieczoru wybraliśmy się ze znajomymi na wzgórza koło Los Angeles, żeby obserwować niebo. Pomyślałam, że jeśli zobaczę spadającą gwiazdę, pojadę do Mediolanu. Zobaczyłam! Minął rok i w Paryżu odebrałam mail z informacją, że zostałam wybrana i pojadę do Mediolanu! Nauczyciele obserwowali moją stronę internetową, na której zamieszczałam kolejne prace. Docenili to, co w ciągu dwunastu miesięcy udało mi się osiągnąć. 

Mediolan spełnił twoje oczekiwania?

Sporo się tam wydarzyło. Poznałam moją starszą przyjaciółkę, o której mówiłam na początku. Spotkałam agenta, który obejrzał moje portfolio i przyznał, że jest dobre. Co prawda nie zaproponował współpracy, ale dał nadzieję. I wreszcie najważniejsze: akurat szperałam w sklepie z ciuchami vintage, gdy zadzwoniła komórka. To byli ludzie z domu mody Dior. Zaproponowali mi pracę przy wideo reklamującym nowy makijaż i zaprosili na casting do Paryża. Rozłączyłam się i z radości skakałam jak szalona. Miałam dwadzieścia lat, to była moja pierwsza wymarzona praca! Kolejny ważny krok w drodze do celu.

Dariia Day na backstageu pokazu Paprocki&Brzozowski (Fot. Materiały prasowe Dr Irena Eris)

Wróciłam do Paryża, spotkałam się z ekipą Diora. Już na castingu powiedzieli, że będę malować. Tydzień po tym zleceniu, dostałam kolejne. Miałam malować przed ważną imprezą Marię Giulię Maramotti, wnuczkę założyciela Max Mary i jedną z dyrektorek tej firmy. Poleciła mnie asystentka ze studia, w którym kręciliśmy reklamy Diora. Mariii Giulii spodobało się to, co zrobiłam. Poprosiła, żebym malowała ją do pięciu sesji do różnych edycji „Vogue’a”, między innymi do „Vogue Paris”. 

Kiedy poczułaś się pewnie w tym, co robisz? 

Zanim wydarzyły się wszystkie te dobre rzeczy, byłam przekonana, że gwarancją sukcesu jest znalezienie agenta. Dlatego, gdy przeniosłam się do Paryża, biegałam z portfolio od agencji do agencji. Bez efektu. Później, kiedy już dostawałam dużo zleceń, uznałam, że agent nie jest mi w sumie potrzebny. I właśnie wtedy zgłosiła się do mnie ważna paryska agencja, która chciała mnie reprezentować. Poczułam, że wreszcie znalazłam swoje miejsce. 

Twój największy zawodowy sukces?

Moja marka By Dariia Day – jedwabne poszewki na poduszki i maseczki na oczy, ułatwiające spanie, które pomagają pozbyć się problemów z nadwrażliwą cerą. Współpraca z firmą Dr Irena Eris przy tworzeniu nowych kolekcji i kosmetyków do makijażu. Praca na pokazach Givenchy, Louis Vuitton czy Dior w zespole Pat McGrath, która zawsze była moim guru. Jestem też dumna, że malowałam na sesji z fotografką Ellen von Unwerth i Paolo Roversim.. 

Pierwszą okładka dla „Vogue’a”?

Wydanie meksykańskie, z francuską aktorką Almą Jodorowsky. 

Twoja największa przygoda w świecie mody?

Trzy lata temu dla Włoskiego „Vogue’a”, z polskim fotografem Tomaszem Gudzowatym, pojechałam na zdjęcia na Antarktydę. Robiliśmy sesję mody do pisma, zdjęcia do albumu i na towarzyszącą wszystkiemu wystawę. To była podróż życia, którą odbyłam również z moim chłopakiem Mike’iem Desir, który jest stylistą włosów. Dopłynęliśmy na miejsce akurat w sezonie lęgowym. Zobaczyłam tam ogromne kolonie pingwinów, kilkadziesiąt tysięcy ptaków, stada słoni morskich, fok. Raj. Tyle, że nie tropikalny, a zimny.

Jakie masz dalsze plany zawodowe?

Staram się o nich nie mówić, tylko działać, żeby je zrealizować. Kiedy za dużo jest gadania, marzenia się nie spełniają. 


Mniej nie znaczy gorzej, czyli Dariia Day radzi, jak ograniczyć liczbę kosmetyków do makijażu:

  1. Róż w kremie używaj do malowania ust, policzków i powiek. 
  2. Smokey eyes da się zrobić, rozcierając pędzelkiem lub palcem, miękką czarną, grafitową albo brązową kredką.
  3. Bezbarwny błyszczyk nakładaj na usta, policzki i powieki, tak uzyskasz modny mokry look.
  4. Wiosną puder brązujący sprawdzi się nie tylko w przyciemnianiu karnacji, ale też jako róż i cień do powiek.
Joanna Lorynowicz
Sortuj wg. Najnowsze
Komentarze (4)

Martyna Marzec
Martyna Marzec15.02.2018, 23:49
Tylko ciężka praca i samozaparcie! DariiaDay dokonuje niesamowitego! Pozostaje tylko trzymać kciuki za dalsze sukcesy! Gratulacje ☺

Wczytaj więcej
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę