Znaleziono 0 artykułów
29.06.2019

Demontaż atrakcji: Madonna vs Billie Eilish

(Fot. materiały prasowe)

Każda nowa wokalistka, która nagle staje się popularna, zostaje szybko porównana do Madonny albo jej przeciwstawiona. Więcej to mówi o naszych oczekiwaniach niż o rzeczywistych podobieństwach. Tym razem jednak jest inaczej.

Dwie aktualne okładki „Vogue’a”. W brytyjskiej edycji posągowo mroczna Madonna, zanurzona w wannie pełnej mleka, w pełnym makijażu, dżetowej koszuli, wiktoriańskiej biżuterii. Zanurza się też w myślach, właśnie przerwała lekturę książki moknącej w płóciennej okładce. Autorzy czarno-białej, dekadenckiej fotografii, Mert Alas i Marcus Piggott, nawiązali do portretów feministycznych filozofek z połowy XX wieku – tradycji, w której Madonna się przegląda i z której jest dumna. Nic dziwnego, skoro sama też stała się częścią ruchu emancypacyjnego. Tymczasem „Vogue Australia” przedstawia zbliżenie Billie Eilish z rozespanym, szklistym spojrzeniem. Porcelanowo gładką twarz owija typograficzny szalik, spod którego wystają usta – niby spierzchnięte, idealnie wykrojone. Widać nastroszone brwi i dolną linię rzęs. Resztę zasłaniają czarne, niedbale spięte włosy. Na szaliku błyska sznur srebrnych łańcuchów, taki jak ten, który nosi w teledysku „Lovely”. Niewiele trzeba, by rozpoznać ten błędny wzrok błękitnych półprzymkniętych oczu i wydatne wargi. Dlatego Jesse Lizotte sfotografował Eilish tak, jak ona najczęściej przedstawia siebie – w zimnej gamie bladości, z ćpuńskim (choć deklaruje, że nigdy nie piła alkoholu ani nie brała narkotyków), nieobecnym wyrazem twarzy.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez BILLIE EILISH (@billieeilish)

To dwa różne wizerunki kobiety XXI wieku. Portret Madonny jako damy z klasą, może próżniaczej, burżuazyjnej, ale przejętej problemami, z jakimi zmaga się świat. Portret Billie Eilish jako dziecka pięknego ze swoim smutkiem, które ma wszystko, ale któremu nie można pomóc – dziewczęcej wersji Timothy’ego Chalameta z filmu „Mój piękny syn”. Obie gwiazdy pop są magnetyczne i stoi za nimi dużo więcej niż muzyka i dobry wygląd. Obie też świadomie się kreują.

Trudno zliczyć, która to okładka „Vogue’a” Madonny. Poprzednią, też czarno-białą, autorstwa tych samych fotografów, miała rok temu we włoskiej edycji. Nic dziwnego, Madonna = „Vogue”, i to nie tylko za sprawą słynnej piosenki. Dla Eilish to pierwsza okładka „Vogue’a” i choć wydaje się, że ujrzymy ją na nich jeszcze wielokrotnie, tak naprawdę to się dopiero okaże. Dwóch piosenkarek nie dzielą lata świetlne, lecz ziemskie, w liczbie 42. W popkulturze to jednak dwie różne ery.

Madonna (Fot. Getty Images)
 Billie Eilish (Fot. Getty Images)

Madonna i Eilish zadebiutowały w zgoła innych warunkach technologicznych. Pierwsza wyważyła sobą wrota MTV i właściwie ukształtowała ten świat pod swoje klipy – wizualne i taneczne show, realizowane w latach 80. jak filmy kinowe. Jako pierwsza wykorzystała potencjał tkwiący w kanale muzycznym i wyrósł on na jej przebojach. Niosła MTV na swojej tarczy. Druga zaczęła od Soundclouda – kotła DIY, w którym na powierzchnię wypływają najzdolniejsi: początkujący raperzy, twórcy bitów, wokaliści. Zanim wydała pierwszą płytę, zdobyła miliony followersów na wielu równoległych profilach na Instagramie, dała się poznać jako oryginalna osobowość i trendsetterka, która obrosła legendą młodego geniusza. Dzięki długiej grze wstępnej w mediach społecznościowych debiutancka płyta Eilish stała się najbardziej oczekiwaną premierą sezonu, przeżywaną z podnieceniem w każdej knajpie i taksówce.

Madonnę łączy z Eilish wiele podobieństw, na pewno więcej niż z innymi przeciwniczkami, które dotychczas przed nią stawiano: Britney Spears, Lady Gagą czy Beyoncé. Najmłodsza pretendentka do tytułu księżniczki muzyki pop wydaje się co najmniej tak samo utalentowana jak królowa i tak samo odmienna od wszystkich innych. Każda z tego duetu – zanim zrobiła karierę – musiała się spotkać z takim samym odrzuceniem rówieśników, „bo jest dziwna”. Miały też podobną taktykę mocnego wejścia na rynek serią singli. Album „Madonna” był zestawem dyskotekowych hitów, które najpierw podbiły parkiety, by potem trafić do branży. Do dziś uderza, jak świadomy i spójny to wybór i jak konsekwentnie stworzono do nich teledyski zapoznające nas z „ideą Madonny”. Eilish parę lat temu zaczęła wypuszczać single, szykując grunt pod pierwszą płytę – remiksy pierwszego hitu, piosenkę do serialu Netfliksa i kolejne. Dawała się poznać po kawałku, na długo zanim pokazała się w pełni. Wystarczy zobaczyć/usłyszeć jedną piosenkę, aby bez pudła rozpoznać autorstwo kolejnych.

Madonna (Fot. Getty Images)

Skoro więc te dwie panie są aż tak blisko, napuśćmy je na siebie na ringu porównań. Zróbmy zapasy w kisielu – niech panująca władczyni broni swego miejsca na szczycie, a debiutantka walczy o pierwszeństwo na balu. To przecież spektakl, który uwielbiamy: lusterko mówiące macosze, że jest najpiękniejsza na świecie, dopóki nie pojawi się Śnieżka, a potem krwiożercze starcie starości z młodością. Napuszczanie na siebie kobiet, zwłaszcza z różnych pokoleń, jest stadionową rozrywką popkultury. Przerabianiem archetypów w brutalny sposób, na czym zawsze tracą nie tylko rzekome przeciwniczki, ale też wszystkie kobiety. Ale zróbmy to, przecież o tym marzymy.

Po pierwsze, te dwie kariery są typowe dla różnych etapów rozwoju kapitalizmu, więc wyrosły z różnych modeli ekonomicznych. Mówiąc krótko, Billie Eilish jest start-upem, który znalazł wielkiego inwestora i w krótkim czasie zwrócił się wielokrotnie, z pojedynczego pomysłu zrobił całe zjawisko i wykreował nową modę, w której zebrał w jedno różne drobne zajawki. Dlaczego akurat ona? Tak się dzieje w idealnym świecie sprawiedliwych serwisów społecznościowych.

 Billie Eilish (Fot. Getty Images)

Madonna jest dziś klasyczną, mocną marką, bez której nie wyobrażamy sobie ostatniego półwiecza. To koncern, który może nawet wypuścić zły produkt, popełnić błąd, ale i tak do niego wrócimy. Firma przeszła do historii i już nigdy nie zbankrutuje. Madonna może wydać płytę, która okaże się katastrofą, jak najnowsza „Madame X”, literalnie niedająca się słuchać. Artystka, jaką kochamy, i tak jednak na tym nie straci, bo na trasie koncertowej poprosimy ją, by jednak śpiewała swoje najlepsze utwory.

Po drugie, to dwa skrajnie różne życiorysy. Różne nie tylko dlatego, że starsza artystka pochodzi ze wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych (Michigan), a młodsza z zachodniego (Kalifornia). Po prostu inne zapotrzebowanie na biografie istniało w latach 80 niż dziś. Wtedy opowieść o zbudowaniu samej siebie od zera dawała siłę innym kobietom i mężczyznom. Podziwiano Madonnę, że wzniosła swój pałac własnymi rękami. Dziś dominuje raczej narracja o anonimowości internetu, kapitale pomysłu i roli rynku, który przekuje innowację w spiżowy pomnik idola – niezależnie od tego, skąd pochodzi autor pomysłu, bo w sieci nic nie jest przypadkowe i zwycięża vox populi.

Spójrzmy więc na te dwa życiorysy. Półsierota Madonna Louise Ciccone, pochodząca z wielodzietnej, imigranckiej rodziny, uczęszczała do restrykcyjnej katolickiej szkoły i gdy tylko mogła, uciekła sama do Nowego Jorku. Musiała walczyć i sama się utrzymać. Pracowała jako szatniarka, kelnerka i aktorka porno. Próbowała swoich sił na scenie, mając niespełna 20 lat: grała na perkusji w rockowej kapeli, występowała jako tancerka, śpiewała w chórkach, a pierwszy singiel „Everybody” nagrała, mając 24 lata. Zapracowała na każdego dolara, którym dziś dysponuje. Na kolejnych płytach przepracowywała śmierć matki i trudne dzieciństwo jako okres, który silnie ją ukształtował.

Madonna (Fot. Getty Images)

O Billie Eilish Pirate Baird O'Connell usłyszano po raz pierwszy w 2016 r., gdy opublikowała piosenkę „Ocean’s Eses”. Miała 14 lat i zaczęły ją śledzić inne dzieciaki. W świadomym, choć wczesnym debiucie, prowadzonym pod pełną ochroną, przydało się to, że pochodzi z Los Angeles, z rodziny muzyków, że współpracuje ze starszym bratem, że od małego była w chórze, pobierała lekcje śpiewu i tańca. Że odbierała nauczanie domowe i dostała wsparcie w zmaganiu się ze swoim stanem psychicznym – zespołem Tourette’a i depresją. Gdy zainwestował w nią Interscope, w ciągu trzech lat stała się megagwiazdą. Krytycy podejrzewają, że jest tylko idealnym produktem, jednak jeśli cofnąć się do czasu, gdy mało kto o niej słyszał, widać, że styl, nastrój i głos miała taki sam jak dzisiaj. Wytwórnia tylko wzmocniła to, co Eilish wniosła do biznesu.

Po trzecie, byłoby krzywdzące nazwać Madonnę i Elish wokalistkami. Tu nie chodzi o głos, choć pierwszej zarzucano, że nie umie śpiewać, a drugiej, że robi to wspaniale, choć nie ma nic do powiedzenia. Obie świetnie wymyśliły swoje persony: esencję stylu, wzory estetyczne, które błyskawicznie zaczęły krążyć w świecie. Tleniony blond, krzyżyk w uchu, kabaretki, koronki, gorsety, bransolety – próżno by wymieniać tony ikonicznych stylizacji Madonny. I nie chodzi tu tylko o ciuchy czy fryzury, ale też o prowokacyjny, władczy ton, o siłę, jaką emanuje nawet z lizakiem w ręku czy jako latynoska madonna. Być nią można nawet bez przebrania.

 Billie Eilish (Fot. Getty Images)

To samo można powiedzieć o Eilish – siwym dziecku pamiętającym swoją starość, śpiewaną w całej skali doła, mieszającym sea-punk, post-emo i inne wymyślane naprędce określenia, które nie nadążają za zmiennością internetowej maligny. To, że Eilish kojarzy się z fluozielenią i ikonką ludzika z sygnalizacji świetlnej, tyle że z jednym ramieniem niżej, to zasługa nie tylko Takashiego Murakamiego, ale przede wszystkim jej własnej wyobraźni. Tak samo jak Madonna Eilish promuje nie tylko look, lecz także wyraz: neurotycznej, a zarazem wyluzowanej, smętnej dziewczynki ukrytej przed światem w oversize’owych, puchowych ciuchach. Nieco przerażającej, przygnębionej, ale z atakami wściekłej głupawki.

Charakterystyczne dla lat 80., 90. i pierwszej dekady XXI w. było, że Madonna z każdą płytą definiowała siebie na nowo. Kim będzie tym razem? – zastanawialiśmy się przed premierą płyty i rzeczywiście do czasu „Ray of Light” jej total look i równie totalne brzmienie rządziły masową wyobraźnią. Że te czasy już minęły i kameleonizm jest przeszłością, widać najlepiej po „Madame X”. Przyzwyczaiła nas do tego, że wciąż odkrywa przed nami nową siebie. Ale teraz nawet z piracką przepaską à la Marie Colvin (korespondentka wojenna, która zginęła w Syrii) nie tworzy nic nowego. Nie dlatego, że się skończyła, tylko dlatego, że nie ma to sensu. Żyjąc w narzuconej przez sieć nieustannej zmianie, w nieskończoności równoległych nisz, nie zareagujemy już na metodę ciągłej metamorfozy. Lepiej zadziała więc upozowany autentyzm nastolatki, która, gdy wejdziemy na jej stronę, wpuści nas do swojego pokoju, ofiarowując starannie skomponowaną prywatność. Przestrzeń, gdzie przytula misia bez oka, zbiera przegięte trampki i opowiada dziwaczne żarty, które od razu stają się memami. To nie ejdżyzm, że z racji wieku Eilish lepiej wyczuwa tendencje. Ona czerpie ze wszystkiego z ciekawością, a to naśladuje slang, a to rysuje sobie tatuaże na twarzy. Patrząc na Madonnę, ma się wrażenie, że ona nie wie, co się dzieje, nie dlatego, że powinna przejść na muzyczną emeryturę, ale ponieważ odgrodziła się od świata.

Madonna (Fot. Getty Images)

Po czwarte (i ostatnie), obie gwiazdy posługują się cielesnością jako narzędziem. Madonna od początku była figlarna, epatowała erotyzmem, który stanowił wtedy prowokację – nadzieję na wyzwolenie dla kobiet. Łączyła seks z władzą, swoim nieidealnym, ale silnym ciałem przeciwstawiała się Kościołowi, hierarchii, przemocy i obłudzie. Eilish używa erotyzmu nie wprost, 

zna jego siłę, więc go ukrywa, wiedząc, że i tak będzie emanował spod wielkich bluz, obszernych dresów, klocowatych sneakersów i sznurów hip-hopowej biżuterii. Posługuje się sposobem bycia czarnych kolesi, bo w tym świecie łatwo pozwolić się uprzedmiotowić. Zwłaszcza gdy jest się 18-letnią ładną dziewczyną, którą, gdyby pokazała ciało, od razu rozszarpano by na strzępy – z pożądania, z zazdrości, wszystko jedno. Dlatego Eilish pociąga jak drapieżne zwierzątko, śliczny, choć nieco obłąkany kotek, którego chce się wziąć na kolanka, mimo że pazurkiem może wydłubać nam oko.

Walka zakończona. Kobiety legły na ringu. Nie ma wątpliwości, która z wydanych w tym roku płyt, „When we all fall asleep, where do we go?” czy „Madame X”, wygrała to starcie. Debiut Eilish brzmi jak długo cyzelowana, dopracowana wypowiedź twórcza. Zaś 14. płyta Madonny to przypadkowy zlep utworów, które starają się być protest songami przeciwko złu na świecie, jednocześnie udając hity disco latino. Ale ten pojedynek dopiero się zaczął i trzymam kciuki za Madonnę, aby na kolejne zwarcie przygotowała mocny prawy sierpowy.

Adriana Prodeus
Sortuj wg. Najnowsze
Komentarze (3)

Ånne Sunfløwer
Ånne Sunfløwer07.07.2019, 13:45
Świetny tekst♡

Wczytaj więcej
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę