Znaleziono 0 artykułów
15.03.2020

Demontaż atrakcji. Pretty Woman

Kadr z filmu „Pretty woman” (Fot. Getty Images)

Do opisu świata „Pretty Woman” najlepiej nadają się terminy ekonomiczne: popyt, podaż, preferencje konsumenckie, przecena, reklamacja, inwestycja. Miłość w tych realiach to dziwna transakcja. Sprawdziłam w londyńskim Picadilly Theatre, jak fabuła z 1990 r. działa 30 lat później. Film przeniesiono na musicalową scenę bez żadnych dekonstrukcji.   

Zanim pozamykano nas w domach, ostatnim rzutem na taśmę udało mi się zbiec do Londynu. Udałam się na badania terenowe nad rozrywką, zasiadając w sali pełnej roześmianych kobiet. Celem wyprawy był popularny musical „Pretty Woman”, grany od tegorocznych walentynek przy pełnej widowni. Co sprawia, że krytycy tak mieszają go z błotem, a publiczność uwielbia? 

Kadr z filmu „Pretty woman” (Fot. Getty Images)

Przed spektaklem w eleganckim gmachu Picadilly Theatre, niegdyś największym teatrze w Londynie z widownią na ponad 1200 miejsc, podano wszystkim miniaturowego szampana, pudełko czekoladek i program, które miały umilić czekanie. Gdy zasiedliśmy w rzędzie, jak okiem sięgnąć roztaczały się długowłose blond głowy i zaróżowione od bąbelków twarze. Najwięcej było widać grup koleżanek, ubranych w codzienne stroje i nadzwyczaj chętnych do niekończących się selfie. Zdarzały się też romantyczne pary: hetero i homo w każdym wieku, przytulone, by razem wysłuchać bajki o miłości. Należałam do tej drugiej grupy, bo bilety kupił mi na imieniny mój chłopak. Był to nasz pierwszy raz na West Endzie, więc emocje buzowały. 

Dlaczego wybrałam akurat „Pretty Woman”? Bo trudno wyobrazić sobie lepszy materiał na scenę muzyczną – słodki, stylowy, oparty na prostej historii. Do tego piosenka Roya Orbisona, którą zna każdy, więc ze wzruszeniem podczas owacji na stojąco zaśpiewamy ją w finale. Zastanawiałam się, czy w roku 2020 w Londynie znajdzie się równie trafiona para aktorów, co Julia Roberts i Richard Gere w 1990 r., między którymi w filmie była tak silna chemia? Główni bohaterowie idą do łóżka raz, ale prawie nie widać ich przez rzeźbioną ramę. Poza tym uprawiają seks, którego nie widać, ale czuć na ekranie. Co sobie wyobrażałam, oglądając film jako niespełna 10-letnia dziewczynka, zostało we mnie na stałe.

Moc pierwotnej obsady „Pretty Woman” wynikała stąd, że życiorysy bohaterów miały coś wspólnego z życiorysami aktorów. Zwłaszcza w przypadku Roberts, pewne szczegóły są uderzająco zbieżne. Jej rodzice żyli bardzo skromnie, prowadząc zajęcia teatralne dla dzieci. Uczęszczały na nie m.in. dzieci Martina Luthera Kinga i jego żony, którzy w ramach podzięki zapłacili za pobyt w szpitalu pani Roberts akurat wtedy, gdy rodziła Julię. Od początku więc ten Kopciuszek lat 90. miał niezwykłą matkę chrzestną. A także okrutną macochę, tyle że akurat płci męskiej. Bo jako dziecko Julia Roberts była molestowana i bita przez ojczyma, z którym jej matka rozwiodła się po kilku latach z powodu przemocy domowej. Aktorka niewiele mówi o byciu ofiarą brutalnego mężczyzny w dzieciństwie, ale wiadomo, że starała się bardzo, aby nie zaciążyło to na jej życiu. Dlatego fraza „Nie wszyscy mężczyźni biją” w filmie brzmiała tak prawdziwie. 

Natomiast Gere w chwili, gdy grał w „Pretty Woman” był symbolem seksu w mainstreamowym kinie Hollywood. Księciunio, utracjusz, mówiono o nim, gdy romansował z Priscillą Presley, Kim Basinger czy Cindy Crawford. Pochodził z tradycyjnej, zamożnej rodziny. Jego przodkowie z obu stron byli potomkami słynnych angielskich przybyszy z Mayflower. Od dziecka inwestowano w jego talenty i utwierdzano go w poczuciu bycia przystojnym, dobrze urodzonym oraz wyjątkowym.
Zaplecze, z jakim oboje weszli na plan, by odegrać romans pary, w której facet jest 20 lat starszy i wielokrotnie bardziej zasobny od kobiety, więcej mówi o tym, jak świat zachodni był i jest urządzony niż o tym, kogo ostatecznie włączono do obsady.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

What a week in the West End! ☺️ One of Hollywood’s most beloved romantic stories has wowed critics and audiences as ‘a dazzling new stage show’ (Daily Express). Pretty Woman: The Musical features direction and choreography by two-time Tony Award® winner Jerry Mitchell (Kinky Boots, Legally Blonde, Hairspray) and an original ‘blazing rock score’ (Daily Mail) by Grammy® winner Bryan Adams and Jim Vallance (‘Summer of ’69’, ‘Heaven’). Aimie Atkinson (Six, In the Heights) is ‘magnetic and brings power and depth’ (Evening Standard) to the role of Vivian Ward and Danny Mac (White Christmas, Sunset Boulevard) ‘plays businessman Edward Lewis brilliantly’ (The Sun). ⭐️

Post udostępniony przez London Theatre Direct (@londontheatredirect)

Początek musicalu odsłania widok ze wzgórza Hollywood przez fragment słynnego napisu. Litery: „Holly” jak Holly Golightly, bohaterka „Śniadania u Tiffany'ego”. Ikoniczna postać uroczej, niezależnej wiejskiej dziewczyny, która staje się bywalczynią najdroższych kawiarni, bo marząc o zamożnym życiu, korzysta z uprzejmości bogatych mężczyzn i opowiada im niestworzone historie, to jeden z największych amerykańskich mitów. Audrey Hepburn ze swoim uśmiechem i ponadczasową urodą mogłaby być starszą siostrą Julii Roberts, wybieranej pięciokrotnie, więc rekordowo dużo, najurodziwszą kobietą świata przez magazyn „People”. 

Ważniejsze jednak, że spokrewnione są też ich bohaterki: Holly mogłaby być starszą siostrą Vivian, czyli tytułowej „pretty woman”. „Pretty”, a nie „beautiful”, czyli atrakcyjnej, pociągającej, a zarazem zwyczajnej, a nie pięknej w sposób niedostępny. O tej dziewczynie, która od razu zaskarbia sympatię widza, opowiada spektakl, którego narratorem jest Happy Man – król ulicy, duch miasta, który jak wielu innych tutaj nie ma nic więcej oprócz marzeń do spełnienia.

Kadr z filmu „Pretty woman” (Fot. Getty Images)

Palmy oplecione lampkami przesuwają się jak flamingi, między którymi tańczą i śpiewają kolorowi młodzi ludzie, mieszkańcy Los Angeles naszkicowani grubą kreską jako groteskowi Amerykanie. Seksowni cowboys & cowgirls, piosenkarki, modelki, prostytutki przyjechali tutaj, żeby zrobić karierę, ale ledwo wiążą koniec z końcem, więc korzystają z każdej chwili, którą daje im życie. Wśród nich pojawia się Vivian, tak samo cwana i nieustępliwa jak oni, tyle że ona jest zmęczona tutejszym trybem życia. Jej piosenka „Anywhere but here” jest o tym, że chce się stąd wyrwać. Wcale nie szuka miłości, wyrzuca bukiet czerwonych róż do kosza. Jest „damsel in distress or hero on a quest” („dama w opałach czy bohater podczas misji”), zdecydujmy sami. Po niej pojawia się on – Edward, przystojny sztywniak w garniturze z teczką, uwodzący dziewczyny niemal mechanicznie. Wsiada w auto swojego prawnika, lecz kompletnie nie umie prowadzić, bo od zawsze był wożony limuzyną. Zagubiony w gąszczu ulic pyta o drogę i w ten sposób poznaje Vivian polującą na okazję. To znamienne, że Edward wcale nie przybywa tu po seks za pieniądze, tylko prosi o wskazanie kierunku, co ostatecznie, w sensie życiowym, właśnie się wydarza. Vivian targuje się z nim, zmienia stawkę za nawigację, po czym wsiada do samochodu, który prowadzi znacznie lepiej niż Edward. Rozgrywa go jednym palcem, bo jest dużo bardziej niż on rezolutna. Nawet jeśli jemu wydaje się, że to on jest panem tej sytuacji, w rzeczywistości jest odwrotnie.

Kadr z filmu „Pretty woman” (Fot. Getty Images)

Gdy ustalają stawkę za godzinę jej usług, Vivian deklaruje, że nigdy nie żartuje o pieniądzach, on też nie, więc facet zaczyna fantazjować, że są do siebie podobni, choć wcale nie są. Gdy pada pytanie: biznes czy przyjemność, on zawsze wybiera pierwsze, bo nic nie wie o życiu. Główną cechą Edwarda jest złudzenie kontroli. Dlatego dzwoni na stacjonarny telefon do hotelowego penthouse'u, by powiedzieć Vivian, że nie wolno jej go odbierać. Po czym dzwoni ponownie, a ona oczywiście podnosi słuchawkę, bo jest to najbardziej naturalna rzecz w tej sytuacji. 

Jego piosenka wielokrotnie powtarzana w czasie spektaklu, to „Something about her” z frazą o tym, że on najbardziej zazdrości jej wolności. Jak może być wolna, skoro nic nie ma? Materialista Edward próbuje to zrozumieć. Inteligentny, ale głupi, nie dba o żadną kobietę na tyle, by stworzyć związek, bo skupiony wyłącznie na pomnażaniu majątku, traktuje partnerkę jak trofeum, którego będą zazdrościć mu inni faceci. Jest roszczeniowy, nie daje nic oprócz pieniędzy i chce mieć miłość na zawołanie. Jak wiemy z filmu, ale nie z musicalu, krótko przed poznaniem Vivian rzuciła go kochanka, a mieszka w hotelu, bo dom po rozwodzie zajęła jego była żona. Zarabia na spekulacji – wykupuje bankrutujące spółki, dzieli je na mniejsze i sprzedaje z zyskiem. Choć jako dziecko lubił budować z klocków i chciał coś stworzyć, to stał się cynikiem, który nadmuchuje finansowe bańki.

O Vivian wiemy dużo mniej niż o nim. Głównie, że jest królewną zagubioną w przestępczym światku, dziwką o złotym sercu, a naprawdę zwyczajną, niewinną, figlarną dziewczyną. Dlatego tak łatwo się z nią utożsamić. Jeśli główną cechą Edwarda jest złudzenie kontroli, to główną cechą Vivian jest niemożność pogodzenia realizmu z marzeniami. Stoi mocno na własnych nogach i rusza do pracy, bo przyjaciółka przepuściła jej pieniądze na czynsz, kupując narkotyki. Vivian bierze odpowiedzialność za siebie i innych, wybacza błędy. Chce jednak wierzyć, że będzie lepiej, lecz nie wie, jak miałoby to być możliwe. Dlatego, gdy ona i Edward już się zakochają, tak trudno jej uwierzyć w miłość ze wzajemnością. Świadomie angażuje się i rezygnuje z profesjonalnego dystansu, lecz wątpi, czy to wystarczy, żeby stworzyć szczęśliwy związek. Taki mezalians: rozpieszczony dorosły chłopiec zarabiający miliony i ona – ciężko doświadczona, niemająca nic oprócz skrzętnie ukrytych traum. Mają być razem? Komu udała się podobna bajka? Podaj przykład, nazwisko dziewczyny, która to zrobiła, prosi przyjaciółkę. No, nie wiem, odpowiada tamta: „Cindy-fuckin-rella”? No, właśnie, takie rzeczy zdarzają się tylko w bajkach i „Pretty Woman” jest kolejną z nich.

Dialogi, które słychać ze sceny, znamy dobrze z filmu. Powtórzono także ikoniczne sceny, np. tę, gdy po zdjęciu peruki blond boba, Vivian kąpie się w wannie, słuchając muzyki z żółtego walkmana. Śpiewa „Kiss” Prince'a lepiej niż Roberts na ekranie. Lecz tak naprawdę z litery oryginału nie zmieniono nic, zachowując wierność strojów (błękitna dwuczęściowa sukienka Vivian łącząca się na brzuchu i odsłaniająca talię!), rekwizytów (wspomniany żółty walkman, komórkowy telefon-cegła, wypożyczony od jubilera naszyjnik) i kolejnych scen, które podlano dużo większym humorem. Nic dziwnego, skoro autorami scenariusza są oryginalni twórcy filmu, duet scenariuszowo-reżyserski Garry Marshall i JF Lawton, którzy zatrudnili do skomponowania muzyki Bryana Adamsa, autora największego hitu początku lat 90. „(Everything I Do) I Do It For You” z filmowego „Robin Hooda”. Dlatego wiele piosenek wręcz brzmi, jakby śpiewał je Bryan Adams, ale wykonanie jest tak wspaniałe, że zupełnie to nie przeszkadza. Design kostiumów, scenografii, świateł jest wspaniale kiczowaty, kampowy, przegięty. To fantazja o Ameryce jako słodkiej, musującej pigułce albo bombie kąpielowej, która tęczowo eksploduje w wannie. Autorem jest David Rockwell, znany ze stylowych rekonstrukcji, jak ta z „She Loves Me”, za którą otrzymał Tony. Praca tych wszystkich ludzi służy temu, by jak najlepiej przełożyć kultowy film na scenę. Dlatego zamiast uczyć się rozpoznawać sztućce, Vivian dostaje lekcję tańca, którą szef hotelu wykonuje w namiętnym duecie z boyem hotelowym. Dlatego też w spektaklu na różne sposoby funkcjonuje zapadnia: boy hotelowy zjeżdża nią jak windą, to służy jako basenowa drabinka, na której pręży się kulturysta albo z niej wystaje dyrygent, gdy bohaterowie idą do opery. Żartów jest mnóstwo i to czyni z „Pretty Woman” opowiastkę lekką jak wata cukrowa. Trudno też wyobrazić sobie lepiej zrobioną rozrywkę. Celem produkcji jest przeniesienie nas do roku 1990 i przypomnienie wrażliwości tamtych czasów. 

Reżyserię i choreografię musicalu powierzono dwukrotnemu zdobywcy Tony Jerry'emu Mitchellowi, a w głównych rolach obsadzono cudownych aktorów: Aimie Atkinson, zwyciężczynię BBC Voice of Musical Theatre, oraz gwiazdę West Endu Danny'ego Maca, finalistę BBC Stricly Come Dancing. Cały zespół śpiewa i tańczy jak zaczarowany – życzyłabym sobie takiego poziomu wykonawstwa w polskich teatrach. Wydaje się więc, że z tego połączenia powinien wyjść sukces, a jednak prasa nie zostawiła na „Pretty Woman” suchej nitki. Jak to możliwe?

Krytycy narzekają, że musical jest nudny, przesłodzony, płytki, bezduszny i zarabia na nostalgii widzów. Że jest do bólu biały, klasistowski i heteroseksualny. Że zamiast sławionych na ekranie marek Gucci i Chanel, sławi estetykę plastikowego kiczu i bezguścia. Głównym jednak przedmiotem krytyki jest to, że musical jest repliką, a nie przetworzeniem filmu. 

Rozumiem z tego więc, że oczekiwano od nowej wersji, że zdekonstruuje fabułę – możliwość zakochania się prostytutki w bogatym kliencie potępiano przecież już w roku 1990. Tymczasem mimo upływu 30 lat musical wciąż powiela szkodliwe schematy, które utwierdzają kobiety pracujące w burdelach, że ich życie może zmienić się dzięki jakiemuś księciu. Prostytucja w „Pretty Woman” pokazana jest jako dość lekkie zajęcie, które przy odrobinie szczęścia zamieni kobietę w księżniczkę. Brak w tym realizmu pracy seksualnej, wątków przemocy, opresji, jakiej doznają prostytutki. To prawda, ale jak wyobrażacie sobie pokazać to wszystko na Broadwayu? Vivian ma śpiewać o swoich oprawcach, dzwonić do La Strady i zgłaszać handel ludźmi? Edward ma tańczyć o tym, że nie korzysta z usług pań do towarzystwa, póki nie sprawdzi, czy mają legalne dokumenty i opłacone ubezpieczenie? Może spektaklowi powinna towarzyszyć ulotka dotycząca rzeczywistej sytuacji prostytutek w krajach, gdzie ta praca wciąż jest nielegalna, ale czy to dopiero nie byłoby kuriozalne? Przecież „Pretty Woman” tak naprawdę nie jest o tym. Jest niczym więcej jak wariacją na temat Kopciuszka – złymi siostrami są sprzedawczynie, które wyrzucają Vivian z eleganckiego sklepu, dobrą wróżką dyrektor hotelu, który organizuje jej balową suknię, a macochą prawnik Edwarda, który próbuje zgwałcić dziewczynę. Można też widzieć w tym wersję „Śpiącej królewny”, tyle że to Vivian budzi swojego księcia pocałunkiem. Od tej chwili emocjonalnego zbliżenia Edward chce coś wreszcie budować, a nie tylko spekulować, zaczyna też interesować się ludźmi. Minie trochę czasu, zanim odwzajemni uczucie Vivian, ale przynajmniej jest na dobrej drodze.

Do opisu świata „Pretty Woman” najlepiej nadają się terminy ekonomiczne: popyt, podaż, preferencje konsumenckie, przecena, reklamacja, inwestycja. Miłość w tych realiach to dziwna transakcja, której sprzedawcą i kupcem jest sam posiadacz, który sobie udowadnia, że oto ma wszystko. Poszukiwanie miłości byłoby więc częścią działań konsumenckich: nabycie za jak najmniejszą cenę najbardziej wartościowego produktu dostępnego na rynku. Albo wręcz hazard zamiast zakupu, który nie następuje w sklepie z półkami pełnymi towaru, lecz zmienia się w system zakładów – jak i za ile obstawić konia, żeby wygrać na nim jak najwięcej pieniędzy. Między Edwardem a Vivian jest niepisany układ: okaż mi romantyczną miłość i bogactwo, a ja odwzajemnię się miłością oraz swoją ręką. Oczywiście, że to utwierdza krzywdzący stereotyp. Mężczyzna ma zapewnić stabilność finansową, a kobieta zaangażowanie uczuciowe w związek. Na tym polega patriarchalne pojęcie miłości. Rodzice inwestują w córkę, by była dobrym materiałem na żonę, ona inwestuje w siebie, dbając o urodę. Efektem tego ma być małżeństwo – ukoronowanie wieloletniej pracy całej rodziny. W tak pojętym porządku, kobieta jest niczym więcej niż trofeum na drodze kariery zawodowej mężczyzny. Celem jest zdobycie partnerki jako kolejnego dobra, na które innych facetów nie stać. Gdy ona urodzi mu dzieci i zajmie się domem, mąż będzie zdobywał kolejne trofea w postaci kochanek – znów najwyżej notowanych na romansowym rynku. Czy takie kwestie mogłyby się zmieścić w musicalu? Nie sądzę. Przecież to rozrywka, a nie zaangażowana feministycznie dysertacja. 

Oczywiście, wyobrażam sobie warianty tej historii, gdy to ona jest obrzydliwie bogata i kupuje sobie kochanka. Albo gdy oboje nie są biali, tylko rasowo zróżnicowani, gdy wyznają odmienne religie i pochodzą z różnych kontekstów kulturowych. Ale to byłaby już zupełnie inna historia. Oby ktoś ją zrealizował, bo jak jest wiele ideałów urody, tak samo jest wiele „Pretty Women”.

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę