Znaleziono 0 artykułów
07.08.2021

Demontaż atrakcji. „Ted Lasso”

(Fot. Materiały prasowe)

20 nominacji do Emmy dla „Teda Lasso” to jaskółki zmian w serialowym sposobie opowiadania. Dotychczas twórcy popisywali się umiejętnością drwiny. Scyzoryk wreszcie się stępił, od częstego puszczania oczka zrobiły się zmarszczki. Koniec cynizmu, sarkazmu i złośliwości. Nadeszła epoka bycia w porządku i mówienia wprost, co się myśli. Skoro znudziły nas złowrogie postaci, zobaczmy wreszcie kogoś, czyją bronią są dobro, uprzejmość, naiwność. Kłania się Państwu miły, niemłody już człowiek – Ted Lasso. Przywitajcie go oklaskami. Wiele może dla was zrobić.

Deszcz zaciąga nas przed ekran. Choć obiecywaliśmy sobie, że tym razem będziemy wartościowo spędzać czas – czytać, spacerować – znów skończyło się odpaleniem serialu. Nie warto bowiem zbytnio się doskonalić. Gdzie jest świat, który przyjmie tak doskonałych ludzi? Lepiej pogodzić się z kiepską kondycją. Zjeść to, co dają na stołówce, zamiast analizować menu. Stać na przystanku tak długo, aż coś przyjedzie.

(Fot. Materiały prasowe)

Zamiast starać się żyć świadomie, lepiej włączyć kolejny serial. Najlepiej taki, żeby nie trzeba było czekać na kolejne odcinki, tylko ssać do woli, póki się nie skończy. Rozwijać się w liczbie godzin wyleżanych ciągiem, w umiejętnościach zgadnięcia, kto zabił, w liczbie nowych tytułów, którymi można zabłysnąć na przyjęciu. Tę nową konkurencję mają dodać na następnej olimpiadzie.

Serialoza jest jak gra w badmintona – wydaje się lekka, póki nie staniesz na korcie. Lotka mknie z prędkością ponaddźwiękową, a ty odbijasz rakietą powietrze. Wydawało ci się, że nadążasz? Masz dostęp do wszystkich platform? Zawsze ktoś ogląda więcej: mniej śpi, szybciej odpala kolejny odcinek, czyta streszczenia – sekretów treningu nigdy nie poznamy. Naprawdę trudno się doskonalić w oglądaniu seriali. Wyrobić sobie kondycję? Jeśli nie nabyłeś jej w trakcie pandemii, lepiej daj sobie spokój. Nie dostaniesz powołania do reprezentacji, nie kupi cię żadna drużyna. Najgorsze, że nie da się dyskutować o tym, co się widziało, bo każdy zawsze jest na innym etapie. „Pogadamy, jak zobaczysz ostatni odcinek, trzeci sezon albo inny tytuł z tą samą aktorką”. To nigdy nie nastąpi, bo nawet jeśli nadrobisz, ten ktoś już dawno pochłonął inny serial. Emocjonalnie mijamy się na serialowej bieżni, wpadając na siebie tylko przypadkiem

W oglądaniu seriali też można zdobyć medal. Trzeba tylko dobrze wybrać. Wiedzieć, co podoba ci się w danej chwili. Bo gust – tak jak skok o tyczce – można rozwijać. Nie szybciej, wyżej czy mocniej, ale inaczej. „Ted Lasso” jest właśnie takim grzebykiem, którym można rozdzielić to, co się dotychczas widziało. Zrozumieć treningi, które już za nami.

Są seriale, w których można się rozsiąść, do których da się uciec, w których można wydrążyć sobie norkę i zasypać się na całą zimę. Są takie, w których można znaleźć swoje odbicie, przyjaciół, rodzinę – jakich nie mamy, ale moglibyśmy mieć. Są seriale – dziurki od klucza, które pozwalają zajrzeć za mur więzienia, szpitala, kartelu, wejść w kulisy wielkiej polityki, mody czy historii. Ujawniają to, co ukryte, a przynajmniej przesuwają mur dalej. Lecz każda, choćby najlepsza taktyka kiedyś się wyczerpie. To dzieje się właśnie teraz.

(Fot. Materiały prasowe)

Gdy mamy już dość sensacji, „Króla tygrysów” i innych oszołomów, którym możemy się przyglądać w klatce ekranu, przybywa ktoś tak zwyczajny i cudowny jak trener Premier League, który każdy dzień zaczyna od opowieści o uczuciach i pysznego ciasta.

Ledwo skończyły się Euro i zbiorowa histeria, a już zatęskniłam za piłką nożną? Przecież Anglia wypadła najgorzej. Nie tylko dlatego, że po zajęciu drugiego miejsca zawodnicy ostentacyjnie zdjęli srebrne medale. I nawet nie dlatego, że kibice byli agresywni, a na trybunach od dawna nie panowała tak zła atmosfera. Po prostu podczas meczów Anglików okazało się, że nikt ich nie lubi. Kibicowało się komukolwiek, byle przeciwko nim.

Wiadomo nie od dziś, że na boisku są butni, aroganccy, pogardliwi. Krzyczą „It’s coming home!”, jakby odkrycie piłki nożnej zmieniało ich w pionierów, którzy wycofują swój patent, zbierają zabawki z piaskownicy i wracają do domu. Ted Lasso, obejmując klub, nie ma pojęcia o piłce – nie wie nawet, że mecz dzieli się na połowy, a gdy dogrywka nie wystarcza, strzela się karne – i ta ignorancja, ale i ciekawość stają się jego największą siłą.

Bywa męczące, że trzeba ciągle się rozwijać. Kontrolować liczbę kroków, natłok myśli, przekleństwa, komplementy, zły i dobry cholesterol. Musiałabym mieć z siedem żyć, by myć zęby tak, jak każe dentysta, i robić wszystko, co każą dietetyk, coach i kardiolog. A nawet gdybym jakimś cudem to robiła, istnieje szansa, że z tak idealną osobą nikt by nie wytrzymał.

Z głównym bohaterem „Teda Lasso” wielu z nas może być nie po drodze. Trafia do angielskiej drużyny dlatego, że ktoś chce zrobić komuś psikus. Ma być najgorszym kandydatem na to stanowisko i pogrążyć drużynę. A to dlatego, że klub AFC Richmond przypadł w rozwodowym podziale majątku żonie, która chce dopiec mężowi. Wierzy, że – niszcząc jego pieścidełko – zemści się za upokorzenie.

Tymczasem pomysł okazuje się tak zły, że aż dobry. Nowy nabytek, pośmiewisko internetów staje się ratunkiem. Nie tylko dla piłkarzy, lecz także dla samej rozwódki, spragnionej ciepła, choć próbuje być zimną suczą. Lasso zarzuca na nią pętlę swego wdzięku, podobnie jak na całą drużynę. Obezwładnia dobrem, choć wszyscy tego nienawidzą. Jest tak miły i naiwny, że nie sposób z nim wytrzymać bez kompleksów. W świecie pełnym zawiści, pychy i intryganctwa stanowi żywy wyrzut sumienia.

Jest też dziwadłem, jak to Amerykanin na Starym Kontynencie: fałszywa sympatia, sztuczny uśmiech – podejrzewa się w tym zwykle manipulację i wyrachowanie. Nie rozumiejąc, że jeśli znajdziesz coś, co zasługuje na pochwałę, poczujesz wdzięczność i świat wyda się lepszy. To nie kłamstwo, ale wysiłek, by wreszcie przestać wszystkich obwiniać

Celem Teda Lasso w nowym kraju i nowo objętym klubie jest poprawa atmosfery, sprawienie, by ludziom zależało na ich otoczeniu i by byli lepsi dla siebie nawzajem. Szkoda, że nie ściągnął go ktoś do Legii, Cracovii albo innej takiej. W Polsce ze swoim optymizmem musiałby zakasać rękawy.

Jako taktykę wprowadza pamięć złotej rybki, bodaj najszczęśliwszego stworzenia na ziemi – 10 sekund wstecz, bo dalej nie warto wspominać. Lekkość bytu to coś, czego w zespole brakuje najbardziej. Jest więc dobroczynna amnezja, jest i erudycja – nawiązania do legend rocka, kina, musicali. Świat wspólnych skojarzeń buduje porozumienie między postaciami, nawet jeśli nie zgadzają się w sprawie herbaty – rytuału dla jednych, a brunatnej mazi dla drugich.

Lasso szuka tego, co mogłoby ich zbliżyć. Zatrudnia piłkarza z Ameryki Południowej, dla którego „football is life”, i dzięki golom graniczącym z cudem przywraca nadzieję w łut szczęścia. Jednocześnie jego dobroduszne żarty – np. udawanie w aucie, że ma kierownicę po lewej stronie – budzą pożałowanie nad idiotą w ojczyźnie purnonsensu i czarnego humoru. Początkowo wydaje się bożą krówką, która nie rozumie sytuacji, w jakiej się znajduje. Z czasem na jaw wychodzą meandry osobowości tak złożonej, że sama się w sobie gubi

(Fot. Materiały prasowe)

Grany przez Jasona Sudeikisa Ted Lasso różni się od serialowych postaci, jakie znamy. James Poniewozik udowadnia w „The New York Timesie”, że skończył się czas złych bohaterów, którzy rozśmieszali nas tym, jak bardzo byli niegodziwi. Ani David Brent z „The Office”, ani Tony Soprano nie mają dziś racji bytu z powodu poprawności politycznej oraz przesytu ironią – niekoniecznie samej postaci, która rzuca kąśliwe uwagi albo wygłasza poglądy kontrastujące z tym, co robi, ale z powodu ogólnie panującej konwencji.

Ile można się wysilać w rzucaniu haczyków, jak długo można je łapać i ileż jeszcze będziemy uważać złośliwość za dowód inteligencji? Dość goryczy, podwójnego dna, brania wartości w cudzysłów. Szczerość bez pardonu może zdziałać więcej niż krzywe zwierciadło.

Wyzwaniem dla scenarzystów stają się wtedy dialogi – wartkie, dowcipne, w punkt, które znaczą dokładnie tyle, ile słychać. W „Tedzie Lasso” śmigają jak ping-pong, ale nie niosą ukrytego sensu czy aluzji. Świadczą o inteligencji poszczególnych bohaterów, a nie są wyrazem popisów scenarzysty. Bywają szermierką tak szybką, że czasem nie nadążam się zaśmiać. Twórcy zmieścili ich tyle w każdym półgodzinnym odcinku, że nie sposób spamiętać. Ale podają z taką lekkością, że łyka się je jak młody pelikan.

To, co zdarza się w tym serialu, jest mało efektowne i odjechane. Ale ma jakość życia, czyli tego, czego bohaterowie nie są w stanie przewidzieć. Wobec kolejnych wypadków wydają się autentycznie zaskoczeni. Właśnie to trzyma nas przed ekranem, a nie cliffhangery. One są tu obecne, ale nie mają znaczenia. Bo cokolwiek nastąpi, ważne jest nawet nie to, co stanie się z głównym bohaterem, ale – jak zareaguje zespół: czy nadal będą się lubić, czy jednak stracą nadzieję?

Gdy Lasso trafia do AFC Richmond, zawodnicy są na dnie. Nienawidzą się za to, jak źle im idzie, dlatego on zaczyna od zakazu trollowania. Każe im wierzyć, marzyć i wspierać się nawzajem. Co jeszcze: śpiewać kolędy i pisać listy do św. Mikołaja? Brednie. Lasso zyskuje pseudonim „Wanker” (dosłownie: koniobijca, przegryw, wszystkiemu winien). Wołają tak za nim pracownicy klubu, skandują z trybun kibice.

Ale Ted Lasso, jak kiedyś Forrest Gump, nie jest tak głupi, na jakiego wygląda. Stawia opór dręczeniu najsłabszych. Zaczyna ich traktować poważnie, awansuje. Udziela takich wywiadów, że dziennikarze nie wiedzą, co powiedzieć. Ma intuicję – wyczuwa w drużynie zawodnika, któremu najbardziej zależy i ma na tyle charyzmy, by pociągnąć innych. Najbardziej zadufanemu piłkarzowi odbija dziewczynę. Bynajmniej nie dla siebie, tylko dla dobra klubu, po to, by egotysta się otrząsnął. Choćby nie wiadomo, jak kto był denerwujący, dostaje tyle uroku i humoru, że lubi się go mimo wszystko.

Z czasem poznajemy też bliżej trenera i okazuje się on niejednoznaczny. Objawia się też ciemna strona Teda Lasso. Na co dzień jest miły, zaczesany na żel, z równo przyciętym wąsikiem. Kowboj jak z reklamy Marlboro kocha cały świat, ale żona od niego ucieka. Możemy się domyślać: jest tak idealny, że miała go już dosyć.

Gdy odtwórca głównej roli i współautor serialu Jason Sudeikis przeżywał rozstanie z żoną, Olivią Wilde, otrzymał akurat Złoty Glob. Podczas transmisji online siedział na kanapie ubrany w zafarbowaną bluzę z kapturem, upalony i smutny mimo zwycięstwa. Swoją sytuację uczuciową skomentował następująco: „Dlaczego tak się stało, zrozumiem za rok, lepiej za dwa, a najlepiej za pięć, gdy ten związek przestanie być księgą mojego życia, a stanie się rozdziałem, akapitem, linijką, słowem, bazgrołem”. Nie udawał, że wszystko jest spoko, nie ukrywał, że cierpi. Na pytanie, czy jego bohater ucieszyłby się z nagrody dla najlepszego aktora w komedii lub musicalu, odpowiedział, że raczej nie, bo to zbyt indywidualne, a liczy się drużyna.

Dlatego twórcom serialu zależy, by wymienić nazwiska całej obsady: Jason Sudeikis, Hannah Waddingham, Juno Temple, Brett Goldstein, Toheeb Jimoh, Sarah Niles, Jeremy Swift, Phil Dunster, Nick Mohammed, Brendan Hunt, Elodie Blomfield, Cristo Fernández, Stephen Manas, Billy Harris, Kola Bokinni, Annette Badland, Charlie Hiscock. Wszyscy złożyli się na tego gola. Epoko Teda Lasso, przybywaj!

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę