Znaleziono 0 artykułów
10.08.2019

Demontaż atrakcji: Zajawka. Śląski hip-hop 1993-2003

Przestrzeń wystawy (Fot. Roksana Miarka)

Nigdy nie było czasów, o których mówi wystawa „Zajawka…”. Nie było ich w takim natężeniu, układzie i nigdy hip-hop nie był w nich najważniejszy.

Dawno nie czułam się tak staro jak na wystawie „Zajawka. Śląski hip-hop 1993-2003” w Muzeum Śląskim w Katowicach. Jakbym właśnie wykluła się z jaja dinozaura i oblepiona śluzem stawiała pierwsze kroki na salach wystawowych, oglądając dyskietki z Doomem, ekran Windowsa 95 i klipy Muzycznej Jedynki. Jakbym przeżywała prehistoryczne wspomnienia w pigułce gwałtu przeszłości. Nostalgia to piękna fantazja, więc spodobało mi się przemijanie w trybie fast forward. Ku czemuś, czego tak naprawdę nigdy nie było.

Przestrzeń wystawy (Fot. Roksana Miarka) 

Okres późnej kredy, gdy zaczęli wymierać przedstawiciele mojego gatunku, zaczyna się w 1993 roku wyprowadzką wojsk rosyjskich z Polski. Wtedy ruscy wymieniali wszystko za bezcen: mój brat z kolegami Grubym i Karolem wdrapywali się na mur jednostki i kupowali od żołnierzy granaty, chlebaki czy maski gazowe za szaber w okolicznych ogrodach – kilo gruszek, śliwek czy czereśni. Wtedy rodziły się polskie zespoły, o których jeszcze nic nie wiedzieliśmy: Kaliber 44, Banita, Wzgórze Ya-Pa 3. Znaliśmy jednak czarnego rapera MC Hammera i jego taneczne „U Can't Touch This”, nazywane potocznie „pięć ciastek”. Podobnie śpiewał tylko Kazik, choć „Spalam się” – ten pierwszy biały rap, jaki usłyszeliśmy po polsku, zdecydowanie nie był do tańca, lecz raczej do walenia głową w ścianę. Charakterystyczna depra, jaka miała się zaraz wyłonić z polskiego hip-hopu, była wpisana w tamten czas: we wszystkie margaryny Rama, herbaty Lipton i wafelki Koukou Roukou, które potem miały się okazać rakotwórcze. We wszystkie obietnice śmiercionośnych cudów, jakie wyskakiwały z wypukłego ekranu telewizora.

Przestajemy więc w gronie skamieniałych kręgowców prenumerować harcerski „Świat Młodych”, bo są modniejsze, śliskie gazetki „Bravo” i „Popcorn” z plakatami do wyrwania. Wraz z przyjaciółką Martyną wydajemy we dwie własne pismo „Banialuki”, które piszemy w moim pokoju na maszynie, kserujemy w firmie dziadka Martyny i sprzedajemy w szkolnym sklepiku, mającym siedzibę w wielkiej beczce. Opisujemy w nim gwiazdy, książki, zwierzęta, wojnę w Jugosławii oraz wymarzoną wycieczkę do Legolandu. Czekając godzinami, aż rodzice wrócą z pracy, układamy krzyżówki z nagrodami, którymi są najtańsze akwariowe rybki. Wracam do tego czasu na wystawie w Muzeum Śląskim poprzez koralikowe drzwi, ławy na wysoki połysk, wzorzyste pufy i dywany, na których czuję się dokładnie jak w tamtej chwili, gdy nad głowami rosły gigantyczne skrzypy i latały metrowe ważki.

Jedna z kaset demo nagranej przez Kaliber 44 w latach 1993-1995 (Wł. Piotr Opoka)

Wprawdzie chwilami kaseta mojej pamięci się zacina– na przykład na domowych nagraniach programów z radiowej Rozgłośni Harcerskiej, przekształconej w 1998 roku w Radiostację – ale przewijam taśmę ołówkiem, sklejam taśmą i gra muzyka. A ja na dinozaurzych łapach kroczę dalej szkolnym korytarzem z lamperią, gdzie namazano nieczytelne tagi, coraz większe ch..e i jeszcze większe jointy. Jakże się cieszę, że ta epoka się skończyła! Epoka budek na monety, z których dzwoniło się głuchaczem, żeby kogoś nastraszyć, epoka panoramy firm, epoka szerokich spodni lenarów, w których tonęli zgrabni chłopcy (mówiło się na nie worki kartofli, w których można się załatwić, a i tak nikt nie zauważy), epoka lakierowanej boazerii kładzionej wszędzie, nawet na ścianach łazienki, epoka idiotycznego „Śmiechu warte” i takiej samej „Familiady”, epoka codziennych papierowych wydań „Gazety Wyborczej” sprzed wkładek i darmowych filmów, a także epoka, gdy zostawiałam na stole kartkę: „Tato, pożyczyłam od ciebie 7000 zł, oddam później”, bo tyle potrzebowałam na drożdżówkę i herbatę z wiadra. Coś jednak zostało we mnie z tego okresu – w końcu jestem okazem z wykopalisk – coś oprócz sześciocyfrowych numerów telefonów stacjonarnych, które, gdy tylko się upiję, znów znam wszystkie na pamięć.

Przestrzeń wystawy (Fot. Roksana Miarka)

Z mojej późnej kredy przetrwały do dzisiaj: kasety VHS i stylistyka MTV jako symbol świetności twórczej popkultury. Przetrwała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, na której wtedy dopiero zaczynaliśmy marznąć. Przetrwały numery NIP, które w ramach pierwszej pracy rozwoziłam odbiorcom na rowerze. Przetrwał podział kraju na 16 zamiast 49 województw, z których przed reformą i po niej odpytywano nas w szkole. Przetrwały NATO i konkordat, przetrwała konstytucja, którą każdemu w formie cienkiej książeczki wrzucano do skrzynki przed domem.

„Jestem Bogiem” - przedruk rękopisu magika (Wł.Justyna Łuszcz Musiałkiewicz)

Przetrwał też – w sumie zabawne, że na wystawie to właśnie najważniejsze – hip-hop, o którym jeszcze nikt nie myślał, że 20 lat później stanie się głównym językiem muzyki. Już wtedy był radykalnie różny od całej reszty – to wyraźnie rzucało się w oczy, gdy po uroczych klipach Kasi Kowalskiej, De Mono czy wczesnego Varius Manx wybuchał nagle potrójny utwór „Magia i miecz” zespołu Kaliber 44. Lament zdesperowanych nastolatków z twarzami bez koloru dudnił minorowym echem w blokowym pustostanie. Gdy raz się ją usłyszało, melorecytacji Magika nie dało się zapomnieć. Moja koleżanka z Ursynowa do dziś idealnie potrafi odgrywać jego rozdzierające, pełne patosu męczeństwo. Bo to Magik był zawsze w centrum hiphopowej sceny, był wieszczem na polską miarę, Konradem-Kordianem-Jankielem, blokersem i dresem, zanim te dwa ostatnie określenia zaczęły być obraźliwe. Jego romantycznego mitu nie oddał film biograficzny „Jesteś Bogiem”. I nie oddaje go też wystawa w Katowicach, na której jest niewiele unikalnych, wyciągniętych z domów archiwów. Powinna też się skończyć na roku 2000, kiedy wokalista Paktofoniki tragicznie umarł, ale i w ogóle skończyła się atmosfera, jaką znaliśmy z lat 90., nadziei przemieszanej z wrażeniem schyłku, a zaczęła się zupełnie inna: atmosfera przesytu i zagrożenia spowodowanego zamachem z 11 września. Formacje hiphopowe, które zrobiły karierę po tej dacie, WWO czy JWP, i wykonawcy tacy jak O.S.T.R. czy Pezet to przedstawiciele zupełnie innego wieku Ziemi, gdy dawno nie było już dinozaurów. To już paleocen, w którym główną rolę odgrywają: odtwarzacze mp3, małyszomania, Big Brother, Idol, Shrek i Rywin. Przodkowie współczesnych ssaków, którzy wciąż opowiadają legendy z prehistorii hip-hopu, ale na niebie nie widać już pterodaktyli.

Jasne, narzekam jak wszystkie tyranozaury. Nostalgia to choroba, na którą brak recepty. Wprawdzie w XVII wieku medycy przepisywali cierpiącym na nostalgię pijawki, opium i wyjazd w Alpy, lecz szybko się okazało, że tego rodzaju poczucia braku raczej nic nie uleczy. Nostalgię trzeba po prostu pokochać jak tęsknotę za domem, którego nigdy nie było.

Keyboard należący do Magika (Wł. Filip Fejz Łuszcz)

Nigdy bowiem nie było czasów, o których mówi wystawa „Zajawka…”. Nie było ich w takim natężeniu, układzie i nigdy hip-hop nie był w nich najważniejszy. Owszem, muzyka rapowa, niekoniecznie śląska, ale w ogóle polska, z Kielc czy Warszawy, celnie oddała dwuznaczność transformacji ustrojowej. Tego uczucia, że coś tak mocno się rozpędza, że od razu się kończy. Lecz wciąż rap był marginesem rzeczywistości, w którym publice przeszkadzały brzydkie wyrazy. To utopia zarysowana w muzeum, że tamten czas oznacza półamatorskie studia nagraniowe, parkingi komisów samochodowych za rozwijaną z rulonu drobną siatką, składy pociągów pokryte brudnym graffiti czy zardzewiałe kioski ruchu wypełnione kolorowymi okładkami. Coś na mój gadzi mózg jest nie tak. Przecież widzę je – kioski, komisy, wagony – jak wciąż istnieją. Transformacja bowiem trwa i trwać będzie, póki nie zrozumiemy tej zasadniczej cechy nostalgii, która wciąż każe nam rozpamiętywać na nowo dawne czasy. Nostalgia, ta hipochondria serca, tęskni do czegoś, co można przeżyć tylko raz i każdy powrót coraz bardziej zasłania to, czym to coś było w istocie. Nawet jeśli Kwaśniewskiego ostatecznie przerobi się na mema, a Wałęsę na Bolka, to żadną siłą nie zetrze się realnych wspomnień z ich rządów.

Nieważne, co będą mówić eksperci od naszej pamięci, którzy zawsze wiedzą lepiej, co nam się zdarzyło. To oni decydują, czy w Ziemię uderzył wielki meteoryt, czy wymarliśmy przez zlodowacenie, zależnie, która opcja historyczna dominuje w danej chwili. Bo zawsze znajdą się tacy, co niby byli wszędzie, znali wszystkich i wszystko widzieli na własne oczy. Pisanie naszej historii powinno być zlepkiem różnorodnych narracji, kartami wielu nieuleczalnych chorób. Bo nostalgia jest rozdrapywaniem strupów ran, zadanych nie wiadomo kiedy i przez kogo. A jednak bolą. Jak raperów w latach 90. kłuły sprawy ciągnące się w naszym kraju od '89 czy '45 roku, a może, kto wie, nawet od '36 roku. Bo „plus i minus to jakiś pierdolony wyrok/sądu mego czas, pytanie: muszę zginąć?”. Ich jednostkowe, a zarazem uniwersalne teksty nadal zyskują nowy sens i nowy wymiar. Szkoda, że na wystawie w Katowicach nie słychać ich wyraźnie. „Zajawka…” poprzestaje na nostalgii podobnie jak większość kultury bazującej na „duchologii”, czyli wywoływaniu duchów przeszłości, które ma nam powiedzieć, gdzie wyparowały znajome zapachy, smaki, obrazy i kim, tracąc je, się staliśmy.

Z polskiego hip-hopu możemy być dumni, bo przetrwaliśmy dzięki niemu najgorsze lata transformacji. Jednocześnie „Zajawka…” chce leczyć z nostalgii dinozaury takie jak ja, obiecując, że tym razem kuracja będzie udana i wreszcie zrozumiem diagnozę. Niestety, na wystawie w Katowicach nie odzyskuję życia, tylko czuję się jak betonowy obiekt z Kotliny Dinozaurów – tej zbudowanej w Chorzowie na zlecenie Gierka, żeby upowszechnić odkrycia polskich badaczy na pustyni Gobi. Stoję więc smutno, idealnie martwa. Nie ryczę, nie rozdzieram paszczy. Czuję, że tracąc nastoletnie przeżycia, nie zyskałam w zamian poczucia przynależności do żadnej subkultury ani do żadnej generacji, bo ból tamtych czasów był epidemią samotności. A na to, wybaczcie, trudno mieć zajawkę.

„Zajawka. Śląski hip-hop 1993-2003” w Muzeum Śląskim w Katowicach czynna będzie do 29 września 2019 roku.

 

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę