Znaleziono 0 artykułów
21.03.2018

Efekt czerwonej szminki. Testujemy najgorętsze pomadki sezonu

Makijaż na pokazie kolekcji Sonii Rykiel wiosna-lato 2018 (Fot. ImaxTree)

Piękne czerwone usta jak z reklamy – kto by takich nie chciał? Czasami jednak rzeczywistość wygląda inaczej: kolor się ściera, skóra wysycha jak na pustyni, a soczysty karmin jest na wszystkim, począwszy od szalika, a skończywszy na zębach. Dlatego specjalnie dla Vogue.pl przetestowałam pięć czerwonych pomadek, o różnych konsystencjach i tonacjach, od matowych po błyszczące. 

Podobno w kwestii makijażu kobiety dzielą się na dwa obozy. Pierwszy tworzą zwolenniczki podkreślania oczu i zachowania jasnych, neutralnych ust. Drugi – to wielbicielki pomadek w mocnym kolorze i powiek pozostawionych sauté. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy. I to dość ortodoksyjnie – lubię, kiedy oczy w ogóle nie są pomalowane, a na ustach widnieje intensywny kolor.

Jednak w moim przypadku zabawa trwa zwykle niecałą godzinę, potem zaczyna się koszmar – popękana przesuszona skóra ust, której nie mogę doprowadzić do ładu przez cały dzień. Dlatego nieustannie poszukuję idealnej pomadki, nie tylko w odpowiednim odcieniu, ale też takiej, która dobrze nawilża i jest trwała. Nie jest to łatwe zadanie, ale okazuje się, że nie jest niemożliwe.

Pomadki biorące udział w teście (Fot. Ewelina Dziewiela)

Chanel POUDRE À LÈVRES z kolekcji Neapolis, w kolorze 410 Rosso Pompeiano

Kolory i konsystencje pomadek biorących udział w teście. Od góry: Chanel POUDRE À LÈVRES z kolekcji Neapolis, Charlotte Tilbury Hot Lips z serii Matte Revolution, M.A.C Liptensity Lipstick, Stay Matte od Rimmel i Rouge G de Guerlain (Fot. Ewelina Dziewiela)

Balsam i puder w jednym opakowaniu. Nawiązuje trochę do pomadek naszych babć, a jednocześnie idealnie sprawdza się w odtworzeniu rozmazanego makijażu ust z wybiegów, takiego, jaki oglądaliśmy między innymi na pokazie Sies Marjan czy Marco de Vincenzo. Nie jestem fanką konturówek, lubię, kiedy usta, nawet czerwone, wyglądają dość naturalnie, umalowane jakby od niechcenia. Koreanki od dawna bawią się w tak zwane „gradient lips”, czyli nakładają pomadkę tak, by kontury były roztarte, a usta sprawiały wrażenie jedynie zaczerwienionych od wewnątrz, jak od pocałunku. Paleta Chanel okazała się najlepszym sposobem na osiągnięcie takiego efektu.

Chanel POUDRE À LÈVRES z kolekcji Neapolis, cena 179 zł (Fot. Ewelina Dziewiela)

Najpierw na usta nakładamy bezbarwny balsam. Potem, na nawilżone wargi, czerwony puder w kamieniu. Specjalna szpatułka, która znajduje się w opakowaniu, pozwala osiągnąć precyzyjną linię. Ale dla osiągnięcia gradientu warto wklepać kolor palcem – wtedy linia pozostaje miękka, jak na wybiegach. Makijażystka Chanel Ula Adamiak podczas prezentacji kolekcji Chanel Neapolis pokazała nam, że czerwony puder można też stosować jako cień do powiek czy róż do policzków. Oczywiście ten trik polecam głównie zaawansowanym, bo tutaj liczą się przede wszystkim odpowiednie proporcje nakładania produktu.

Chanel POUDRE À LÈVRES jest jedną z moich ulubionych nowości tego sezonu. Choć w moim przypadku wymaga odpowiedniego i stałego nawilżania ust, by efekt utrzymał się dłużej. Ale przyjemne dla oka opakowanie z lusterkiem sprawia, że poprawki nie są kłopotliwe. A kolor wyciera się naturalnie, pigment nie pozostawia plam na ustach.

www.chanel.com

Charlotte Tilbury Hot Lips z serii Matte Revolution, w kolorze Carina’s Love

Od dawna chciałam wypróbować działanie produktów od Charlotte Tilbury. W londyńskich domach towarowych stoiska Charlotte są zawsze najbardziej oblegane i potrzeba dużej determinacji i nieco siły w łokciach, by dopchać się do testerów. Ale warto! Brytyjska makijażystka jest gwiazdą w branży, wszystko testuje na sobie, a co więcej, otwarcie mówi o tym, że specjalnie maluje się do snu. Podobno mąż nigdy nie widział jej nieumalowanej (Aurora z „Czułych słówek” byłaby zachwycona!). Myślę, że to całkiem niezły argument na trwałość jej kosmetyków.

Pomadka Charlotte Tilbury Hot Lips z serii Matte Revolution, cena ok. 136 zł (Fot. Ewelina Dziewiela)

Testowanie ich receptur zaczęłam od pomadki w matowej czerwieni Carina’s Love. Sama nazwa wydawała mi się intrygująca – kim jest owa Carina? U Charlotte nic nie dzieje się przez przypadek. Bohaterką okazała się chińska aktorka Carina Lau, Europejczykom znana między innymi z filmu „2046” w reżyserii Wong Kar Waia, a kolor w chińskiej kulturze symbolizuje szczęście i radość. Jeśli przyjąć, że moja pomadka jest talizmanem, to ten okazał się wyjątkowo skuteczny. A przynajmniej dla moich wiecznie przesuszonych ust. Przed pomalowaniem się użyłam nawilżającego balsamu. Nakłada się łatwo i przyjemnie, mimo że jest matowa, zostawia kremowe wykończenie. Do tego jej formuła ma antyoksydanty, zapobiegające starzeniu się skóry, nawadnia skórę i chroni przed promieniami UV. Wszystko brzmi wspaniale. A jak z trwałością? Charlotte Tilbury okazała się mistrzynią. Moje usta były nawilżone przez kilka godzin, a kolor prawie się nie wytarł. Nie miałam na nich skorupy, która zawsze pojawia się, kiedy maluję usta matowym kolorem. Do tego pomadka ma efektowne złote opakowanie w stylu art deco. Wygląda luksusowo, ale też daje takie poczucie. Jedyny minus? W Polsce dostępna jest tylko online. Drodzy dystrybutorzy – to delikatna sugestia dla Was.

www.net-a-porter.com

M.A.C Liptensity Lipstick, w kolorze Habanero

To moja ulubiona seria – pomadki są mocno napigmentowane i bardzo kremowe. Przy tworzeniu kolekcji firma zwróciła się do Maureen Seaberg, tetrachromatyczki, która widzi aż do stu milionów kolorów, podczas gdy zwykły człowiek rozróżnia ich niewiele ponad milion. Pani Seaberg zdecydowanie dostrzegła mój idealny wymarzony odcień czerwieni – niezbyt ciepły, ale też nie za chłodny, wpadający w oranż, ale nie za pomarańczowy. Nawet nie da się tego koloru opisać słowami, by oddać jego głębię, intensywność i to, jak niesamowicie ożywia kolor skóry.

Pomadka M.A.C Liptensity Lipstick, cena 110 zł (Fot. Ewelina Dziewiela)

W internecie znajdziecie wiele kultowych czerwieni M.A.C’a, jak Ruby Woo czy Russian Red, ale Habanero jest świetną alternatywą dla klasycznych odcieni. Lubię też jej kremową konsystencję, jest to najbardziej nawilżająca pomadka ze wszystkich w kolekcjach marki. Do tego jest bardzo wydajna, bo dzięki silnemu pigmentowi (twórcy postawili na przezroczystą bazę, która dostosowuje się do koloru skóry, a barwniki są w następnej kolejności – to sprawia, że jest tak intensywna) wystarczy nawet wklepać ją w usta, by nabrały mocnego koloru. To również dobry produkt do efektu koreańskiego gradientu. Pomadka Liptensity utrzymuje się na ustach długo, choć w moim przypadku wymaga jednak nawilżającego balsamu. Ale po posmarowaniu nim ust kolor wciąż na nich pozostaje, a poprawki są delikatne.

www.maccosmetics.pl

Stay Matte od Rimmel, w kolorze 500 Fire Starter

To tańsza i świetna alternatywa dla Kat von D Everlasting Liquid albo dla M.A.C Retro Matte Liquid Lipcolour. Ma bardzo mocny pigment, więc nakłada się szybko, a aplikator jest wygodny oraz precyzyjny. I równie szybko zasycha na ustach, pozostawiając mocno matowe wykończenie. Do tego stopnia, że pomadka – mniej niż minutę po nałożeniu jej na usta – nie zostawiła śladu na moim kubku z kawą. Zresztą Rimmel reklamuje się hasłem „Szminka odporna na pocałunki” (ważne, że nie na odwrót!). Odporna jest też na brudzenie mojego szalika zimą (zmora pomalowanych ust o tej porze roku), a również, co zaskakujące, na przesuszenie skóry. Wbrew pozorom nie pozostawia skorupy, ale przezornie zawsze stosuję coś nawilżającego jako bazę.

Pomadka Stay Matte od Rimmel, cena 31,99 zł (Fot. Ewelina Dziewiela)

Stay Matte pozostała na moich ustach przez kilka godzin. Pomadka ma tak subtelne wykończenie, że po sekundzie zdążyłam zapomnieć, że jestem pomalowana i, ku mojej radości, nie musiałam martwić się o czerwone zęby. Kolor przypomina Habanero, jest równie intensywny, wpadający w makowy odcień, ale jednak nieco chłodniejszy. Produkt nie wymaga wielu poprawek w ciągu dnia i jest wyjątkowo wydajny. Jedno pociągnięcie aplikatorem wystarcza na pomalowanie całych ust. Minusy? Zasycha na tyle szybko, że potrzeba precyzyjnej ręki, by umalować się równo. Ale nie jest to problem, z którym nie można sobie poradzić.

www.rimmel.pl

Rouge G de Guerlain, w kolorze 214

To luksusowy produkt i widać to na pierwszy rzut oka. Ma niezwykle efektowne opakowanie, kolorem imitujące białe złoto, ze wstawką z czarnej skóry i wbudowanym lusterkiem. Całość zaprojektował znany paryski jubiler, Lorenzo Bäumer. Ale nie osądzając tylko po wyglądzie, pomadka Rouge G de Guerlain wnętrze ma równie bogate – w kwas hialuronowy, żywicę Gugui oraz masło z dzikiego mangowca, które nawadniają, nawilżają i zmiękczają skórę.

Pomadka Rouge G de Guerlain, cena 225 zł (Fot. Ewelina Dziewiela)

214 to bardzo klasyczny, chłodny odcień czerwieni z niebieską bazą. Pozostawia błyszczące, kremowe wykończenie, do tego pięknie pachnie bergamotką, pomarańczą, różą, irysem i wanilią. Dla mnie ta pomadka okazała się być mniej trwała niż oczekiwałam, ale przyznaję otwarcie, że mam tendencję do zapominania o makijażu (dlatego między innymi zawsze wybieram usta, a nie oczy – mniejsze konsekwencje, kiedy zawodzi pamięć). Mimo zawartości kwasu hialuronowego, pomadka nie nawilża tak, jakbym tego potrzebowała. W ciągu dnia moje usta mają tendencję do mocnego przesuszania się, więc dodatkowy balsam nawilżający był tutaj koniecznością. Dla osób, które nie mają takiego problemu, pomadka Rouge G de Guerlain może okazać się idealnym produktem, a eleganckie opakowanie jest warte swojej ceny.

www.guerlain.com

Pomadka Rouge G de Guerlain (Fot. Ewelina Dziewiela)
Ewelina Dziewiela
Sortuj wg. Najnowsze
Komentarze (2)

Wyloguj się
Izabela Tchórzewska
Izabela Tchórzewska21.03.2018, 09:02
Poprawcie linka do pomadki od M.A.C Cosmetics :)

Wczytaj więcej
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
X Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.