Znaleziono 0 artykułów
13.12.2020

„Gwałt polski”: Ten kraj to oprawca kobiet

Patrycja Wieczorkiewicz i Maja Staśko (Fot. Jakub Szafrański)

92 proc. ofiar nie zgłasza gwałtu, a większość zgłoszonych spraw kończy się umorzeniem. 30–40 proc. sprawców otrzymuje karę w zawieszeniu. Do więzienia idzie mniej niż 2,5 proc. gwałcicieli. Maja Staśko i Patrycja Wieczorkiewicz postanowiły więc w książce „Gwałt polski” oddać głos marginalizowanym, niesłyszanym, pomijanym ofiarom przemocy.

Dlaczego napisałyście tę książkę?

PW: Chciałyśmy oddać głos ofiarom gwałtu, bo do tej pory więcej uwagi poświęcano sprawcom. Początkowo planowałyśmy, że książka będzie zawierać jedynie opowieści skrzywdzonych – to najlepsze ekspertki do spraw własnych doświadczeń. Na późniejszym etapie pracy wraz z redaktorką uznałyśmy, że czytelnicy nie zrozumieją mechanizmów kierujących bohaterkami, które w trakcie gwałtu i po nim często zachowywały się pozornie absurdalnie, np. nie broniły się, zamierały w bezruchu, a po wszystkim robiły sprawcy śniadanie, odprowadzały go do drzwi, a nawet uprawiały konsensualny seks. Dlatego w książce znalazły się wywiady z traumatolożką, psychoterapeutką i seksuolożką, które wyjaśniły, na czym polegają mechanizmy i reakcje obronne, które sprawiają, że osobie postronnej zachowanie zgwałconej może wydawać się nielogiczne. Ba, ona sama często go nie rozumie. My też byłyśmy w szoku! Myślałyśmy, że wiemy na ten temat wszystko, a okazało się, że bardzo niewiele. Chciałam, żeby nas było w książce jak najmniej, nie zawsze się w tym zgadzałyśmy.

MS: Byłyśmy uczestniczkami wielu opisanych wydarzeń. Chodziłyśmy na rozprawy, szukałyśmy lekarzy, wspierałyśmy. Niektóre osoby obserwowałyśmy rok, z innymi spotkałyśmy się raz czy dwa. Bycie dziennikarką dawało mi bezpieczeństwo, dystans, zasłonę. Ale tak naprawdę rzadko udawało się go zachować. Bo jak zbudować mur, jeśli w środku nocy dziewczyna dzwoni do ciebie z płaczem?

Wasza książka nie mogłaby powstać bez empatii.

MS: Empatia to obosieczny miecz. Sprawiła, że trzy lata temu zajęłyśmy się wspieraniem ofiar przemocy seksualnej. Tak się poznałyśmy. Zaczęłyśmy do siebie pisać, zaprzyjaźniłyśmy się, podjęłyśmy wspólną pracę. W ten sposób jednocześnie pomagałyśmy sobie i innym, a przy tym miałyśmy poczucie sprawczości. Ta książka to zwieńczenie naszej działalności. Wydawało nam się, że o gwałcie wiemy już wszystko, ale z czasem uświadomiłyśmy sobie, że sytuacja osób zgwałconych w Polsce jest jeszcze gorsza, niż nam się wydawało. Od pomagania ofiarom – rozmów, robienia zakupów, zwyczajnego bycia – przeszłyśmy do „śledztwa”: przeczytałyśmy setki stron akt sądowych, bilingów, transkrypcji nagrań, w tym samego gwałtu. I tu empatia bywała obciążeniem. Przejmowałyśmy się losem każdej bohaterki, przeżywałyśmy z nimi każde zdarzenie, byłyśmy całe dla nich. Wchłaniałyśmy te traumy i historie, one w nas krążą. I dopiero teraz czujemy, jak mocno to w nas uderzyło.

Bohaterki książki (Fot. Jakub Szafrański)

Czułyście złość?

MS: Kłębiły się w nas różne emocje, złość też. Przede wszystkim na wymiar sprawiedliwości, który wcale nie był dla ofiar sprawiedliwy. Na nasze bohaterki czasami też się złościłyśmy.

PW: Spotkałyśmy silne osobowości. Zdarzało się, że bohaterka chciała się wycofać albo mocno ingerować w tekst. Chciałyśmy, żeby przez cały czas czuły, że mają kontrolę nad swoją historią. Osoby, które doświadczyły gwałtu, często mają silną potrzebę kontroli – próbują odzyskać to, czego wcześniej nie miały lub czego na chwilę zostały pozbawione. Zwłaszcza, jeśli przez lata tkwiły w przemocowym związku.

Historie bohaterek równie dużo łączy, co dzieli. Trudno znaleźć tu jeden profil psychologiczny. Udało wam się odsłonić schemat gwałtu czy właśnie jego brak?

PW: Chciałyśmy pokazać, że każdy może paść ofiarą gwałtu. Nikt nie jest bezpieczny. Nawet Dorota, jedna z naszych bohaterek, wykładowczyni na uniwersytecie, kobieta z doskonale ułożonym życiem.

MS: Nie ma też zresztą profilu gwałciciela. Nie wszyscy ci mężczyźni są źli, często nikt ich nie nauczył, co wolno, a czego nie wolno robić. Niektórzy naprawdę wierzą, że ich świętym prawem jest otrzymywanie seksu od żony czy partnerki zawsze, kiedy tego chcą. Naszym najważniejszym zadaniem było przedstawienie całych historii skrzywdzonych, pozwolenie, by opowiedziały o swoim życiu to, co chcą, w sposób, który uznają za najwłaściwszy. Nie chciałyśmy sprowadzać ich do jednego traumatycznego doświadczenia. Ale nie po to przywołujemy wspomnienia z dzieciństwa, żeby znaleźć punkty wspólne. Tak naprawdę każdy ma w życiu dramatyczne momenty. To nie jest tak, że wszystkie nasze bohaterki były w dzieciństwie niekochane, więc są bardziej „podatne” na jednorazowy gwałt.

PW: Ale są osoby, które są bardziej skłonne tkwić w przemocowej relacji. Takie, które nie mają innych wzorców, częściej wchodzą w destrukcyjne relacje. Kto został nauczony, że ma prawo stawiać granice, mówić „nie”, kto w dzieciństwie czuł się kochany i szanowany, prędzej odejdzie od partnera, gdy pierwszy raz dostanie w twarz. Pamiętajmy, że większość gwałtów popełniają osoby bliskie – mężowie, byli narzeczeni, wujkowie. Trzeba uczyć chłopców, że nie wolno gwałcić, a dziewczynki, że mają prawo stawiać granice tam, gdzie im się podoba.

MS: Że ich ciało jest ich ciałem, nikt inny nie ma do niego prawa.

Tej lekcji nie da się odrobić bez powszechnie dostępnej edukacji seksualnej.

PW: Tak, bez lekcji o zgodzie.

MS: Przecież niektóre kobiety nawet nie wiedzą, że zostały zgwałcone! Myślą, że o seksie decyduje mężczyzna. Albo że mąż ma prawo do ich ciała, bo tak mówi Biblia.

PW: W debacie publicznej kwestia edukacji seksualnej jest pomijana. A przecież nie chodzi tylko o naukę zakładania prezerwatywy! To także edukacja antyprzemocowa. Uczenie dzieci i nastolatków o granicach – stawianiu własnych i respektowaniu cudzych. Prawicowi politycy wychodzą z założenia, że jeśli nie będziemy dzieciaki uczyć seksu, to nie będą go uprawiać. To bzdura. Będą, niestety również zanim poczują się na to gotowe. Lub wtedy, kiedy po prostu nie będą chciały.

Dziewczyny nie wiedzą, że mogą powiedzieć „nie” każdemu, na każdym etapie, przy każdej czynności seksualnej. Uczenie się mówienia „nie” w dorosłości to wspólne doświadczenie kobiet. Niektóre z nas robiąc to, czują się winne, jakby coś komuś odbierały. Wiele dopiero po latach uświadamia sobie, że doświadczyły przemocy. Wtedy słyszą: „o, przypomniała sobie!”.

A mężczyźni nie wiedzą, że robią coś złego. Myślą, że w małżeństwie nie ma gwałtu, bo żona jest zobowiązana do seksu. Tak im mówili rodzice, tak słyszeli od kolegów, tak zostali wychowani.

MS: Gdyby wprowadzić rzetelną edukację seksualną, w tym antyprzemocową, wiele historii z naszej książki nigdy by się nie wydarzyło. Gwałt jest taki zwyczajny, taki codzienny, a wystarczyłoby kilka zmian prawnych, by zapobiegać licznym jego przypadkom. A kiedy już się wydarza, by skrzywdzone mogły otrzymać potrzebną pomoc, prawną czy psychologiczną.

Patrycja Wieczorkiewicz i Maja Staśko (Fot. Jakub Szafrański)

Jak piszecie, w Polsce problemem jest też wtórna wiktymizacja. Po gwałcie kobiety nie są dobrze traktowane przez organy ścigania i wymiar sprawiedliwości. Nie mówiąc już o tym, że jak dowodzą przywołane przez was badania, 92 proc. ofiar nie zgłasza gwałtu, a z 10 proc. zgłoszonych spraw większość kończy się umorzeniem. 30–40 proc. sprawców otrzymuje karę w zawieszeniu. Do więzienia idzie mniej niż 2,5 proc. gwałcicieli.

MS: Tak, winą systemu jest to, że znakomita większość gwałcicieli nie zostanie nigdy ukarana. Ba, nie zostaje nawet postawiona przed sądem. Mogą krzywdzić dalej.

PW: Zbigniew Ziobro może podwyższać kary za gwałt w nieskończoność i chwalić się tym wszem i wobec, ale to nic nie da. I on dobrze o tym wie. To nie surowość, ale nieuchronność kary powstrzymuje potencjalnych przestępców, w tym gwałcicieli. W Polsce mogą być niemal całkowicie pewni, że jej unikną. Popieramy proponowany przez Lewicę postulat zmiany definicji gwałtu. To nie skrzywdzona powinna musieć dowodzić, że została zgwałcona, a sprawca, że otrzymał zgodę, werbalną lub nie. Nie kłóci się to w żaden sposób z zasadą domniemania niewinności – winę zawsze trzeba udowodnić, nikt się z tym nie sprzecza. Jednak sytuacja, w której osoba zgwałcona musi tłumaczyć, dlaczego nie krzyczała lub krzyczała za cicho, a przy tym słuchać sugestii, że wysyłała mylne sygnały, prowokowała, jest nieludzka i pogłębia traumę.

Nasz wymiar sprawiedliwości nie stosuje się do prawa, choćby konwencji stambulskiej. Proponowana przez Lewicę zmiana prawa powinna być zbędna – jest zgodna z konwencją, a ta jest nadrzędna wobec wewnętrznego ustawodawstwa. Polskie sądy i prokuratury po prostu ten fakt ignorują, w dodatku nierzadko łamią przyjęte w kraju zasady, jak ta dotycząca ochrony ofiar. Bo mogą. Ofiara powinna zeznawać w obecności psychologa, bez kontaktu ze sprawcą, a byłyśmy świadkiniami tego, jak prokuratorzy wykorzystywali nieznajomość przepisów przez skrzywdzone, by podeptać ich prawa. Nasza książka ma tytuł „Gwałt polski”, bo to Polska jest oprawcą kobiet.

MS: Wszystkie historie dzieją się w Polsce. Ofiary – te, które zdecydowały się zgłosić przestępstwo – musiały zmierzyć się z polskim wymiarem sprawiedliwości i reakcją społeczeństwa, bliskich. Te bywają dla nich gorsze niż sam gwałt. Jesteś szmatą, zasłużyłaś, oszukujesz, szukasz zemsty, pragniesz atencji – słyszały nieraz. My mówiłyśmy: jakkolwiek zachowałaś się w trakcie gwałtu i po nim, cokolwiek czujesz, to jest OK. Jakąkolwiek podejmiesz decyzję, jesteśmy z tobą.

Nie mówimy skrzywdzonym, że koniecznie muszą opowiedzieć swoją historię, bo dopiero wtedy będą naprawdę wolne. Mogą nigdy jej nie opowiedzieć. Albo nie o wszystkim. Po #MeToo wiele osób uważa, że tylko absolutna szczerość jest oznaką emancypacji. To nieprawda. Nie chodzi o ekshibicjonizm, przemocowe porno, tylko o wzięcie sprawy w swoje ręce. Zrobienie tego po swojemu.

Czujecie, że coś się zmieniło po #MeToo? Czujecie się bardziej bezpieczne?

MS: Zmieniło się w naszym środowisku. Nie mierzymy się już z seksistowskimi tekstami, ale pewnie dlatego, że jesteśmy rozpoznawalne. Na Tinderze, gdzie ludzie mnie nie znają, jest zupełnie inaczej. Wielu polskich mężczyzn uważa, że najlepszym sposobem na podryw jest upokorzenie kobiety, a molestowanie to komplement i powinnyśmy być z niego zadowolone.

Patrycja Wieczorkiewicz i Maja Staśko (Fot. Jakub Szafrański)

Wygląda na to, że nie rozgraniczacie życia publicznego i prywatnego. Wciąż prowadzicie walkę. Czujecie ciężar odpowiedzialności?

PW: Na imprezach zdarzało się, że podchodziły do nas dziewczyny, żeby opowiedzieć o tym, jak zostały zgwałcone. Czuły, że tylko nam mogą zaufać, bo kojarzyły nas i wiedziały, że nie będziemy ich oceniać, pouczać, a zwłaszcza obwiniać. Czasem byłyśmy jedynymi osobami, z którymi dzieliły się tym doświadczeniem.

MS: Podporządkowujemy nasze potrzeby innym. Chcąc nie chcąc, występujemy w roli „dziewczyn od gwałtu”. Wyręczamy państwo. Wykonujemy darmową pracę – dajemy pomoc emocjonalną. Zaklejamy plasterkami gigantyczne rany.

Nasze potrzeby schodzą wtedy na drugi plan. To typowe dla kobiet – tak jesteśmy socjalizowane. Pracuję nad tym na terapii. W trakcie pracy nad książką obydwie byłyśmy pod opieką psychologiczną. Zawsze byłam grzeczną kujonką. I za to byłam nagradzana. Teraz bez pomagania innym czuję się bezwartościowa. Jakbym nie zasługiwała na odpoczynek, na sen, na jedzenie.

PW: Na co dzień granica między strefą prywatną a publiczną rzeczywiście się zaciera. Zaczęliśmy zajmować się wspieraniem skrzywdzonych po tym, jak opowiedziałyśmy o własnych krzywdach. Jeśli miałabym komuś pomóc moją historią, odważyłabym się na ujawnienie intymnych szczegółów z życia. Niektóre bohaterki książki, także z małych miast, pokazały twarz. Czułabym się nie fair, nie oddając im tej szczerości. Dlatego chcę mówić coraz więcej o przemocy, jakiej doznałam – podobnie jak miliony innych osób – ze strony Kościoła katolickiego. To dla mnie najbardziej intymne doświadczenie. Cieszy mnie, że tyle się dziś mówi o pedofilii księży, ale to czubek góry lodowej. Czas zacząć mówić o tak przemocowych praktykach, jak uczenie dzieci, że dotykanie własnego ciała i czerpanie z niego przyjemności, a nawet myślenie o tym, jest czymś złym i grzesznym. Ośmiolatki zmusza się, by spowiadały się z najbardziej naturalnej i zdrowej czynności, jaką jest poznawanie własnego ciała! By mówiły obcemu człowiekowi, że się „tam” dotykały. To nie jednostkowy przypadek – takie zapisy wciąż znajdują się w książeczkach do spowiedzi. Wywołuje się w dzieciach poczucie winy, strach, zaburza seksualność. Trudno to potem odkręcić. Jeśli kobieta, która odebrała tego typu wychowanie, zostanie zgwałcona, raczej nie będzie chciała o tym mówić.

Tysiące stron akt, tragiczne historie, negatywne emocje. Odchorowujecie tę książkę?

PW: Pod koniec pracy jechałyśmy na oparach. Nie chciałyśmy już więcej słuchać o przemocy. Gdy wcześniej pomagałyśmy kobietom, czułam, że daje mi to więcej energii, niż odbiera. Podobnie jak Maja muszę czuć się potrzebna, to daje mi poczucie sensu. Przy pracy nad książką bilans energetyczny był ujemny. Teraz każda z nas na swój sposób to przepracowuje. Ja się wyłączam, gapię w ścianę, oglądam seriale na Netfliksie, a Maja rzuca się w wir pracy, pomagając jak największej liczbie osób, aż do zupełnego wyczerpania.

Premiera książki zbiegła się w czasie z początkiem protestów po wyroku TK.

MS: Uczestniczyłyśmy w protestach już w 2016 roku. Dla mnie to było jedno z pierwszych doświadczeń związanych z życiem publicznym. Zobaczyłam osoby, które myślą tak jak ja. Poczułam, że nie jestem sama. I już nigdy nie będę. Choćbym doświadczyła przemocy, choćbym była w niechcianej ciąży, zawsze będę miała wsparcie. To zmieniło moje życie. Teraz sporo osób doświadcza tego samego. Jest nas coraz więcej, a narracja jest coraz odważniejsza, bezkompromisowa.

PW: Niechcący wstrzeliłyśmy się w ten niesamowity czas. Wpisałyśmy się w narrację odrzucenia wstydu, który od dzieciństwa był nam wmawiany. Czuję, że te protesty coś zmienią. Według sondaży poparcie dla zostawienia osobom w ciąży możliwości decydowania o niej rośnie, ludzie odwracają się od Kościoła, który zawsze stawiał kobiety na pozycji podległej, co widać w samych jego strukturach. To daje mi nadzieję i siłę do dalszej walki. Twarzami zmiany są dla mnie dziewczyny z Aborcyjnego Dream Teamu które kilka lat temu mówiły to, co teraz strajkujący piszą na transparentach. Aborcja jest OK, czyli w porządku. Nie musisz się jej wstydzić. Podobnie jak nie musisz wstydzić się tego, jak zachowałaś się w trakcie gwałtu czy po nim, czy że w ogóle go doświadczyłaś. To przemoc jest problemem, nie to, jak reagują osoby krzywdzone.

(Fot. Jakub Szafrański)

* Maja Staśko, Patrycja Wieczorkiewicz „Gwałt polski”, wyd. Krytyka Polityczna

 

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę