Znaleziono 0 artykułów
09.08.2020

Historia mody w sztuce. Xawery Dunikowski, „Portret Henryka Szczyglińskiego”

(Fot. materiały prasowe Muzeum Narodowego w Krakowie) 

Henryk Szczygliński pozuje do portretu, tak jak dziś pozuje się do zdjęcia – swobodnie. W postawie bohatera i w funkcji, jaką pełni tu strój, mieści się próba ujawnienia męskiej atrakcyjności, która nie płynie z wielkich czynów, ale z zadziornej młodości. O związkach fałd na ubraniu z rozluźnieniem norm kulturowych pisze w nowym odcinku swojego cyklu kierownik Katedry Mody Wydziału Wzornictwa warszawskiej ASP.

Gdybyśmy potraktowali zawarte w tytule rzeźby słowo „portret” etymologicznie, czyli szukali znaczeń u jego źródeł, dowiedzielibyśmy się, że pochodzi ono od łacińskiego czasownika protrahere oznaczającego: „wydobywać na światło dzienne, ujawnić”. Gdybyśmy próbowali ustalić znaczenie słowa „portret” poprzez jego synonimy, wyrazy bliskoznaczne, natrafilibyśmy na wyraz „konterfekt”, u którego źródeł leży czasownik oznaczający: „wiernie zapisać, oddać, odtworzyć”. 

Etymologiczne poszukiwania możemy więc podsumować, że portret jest po to, by wiernie zapisać czyjś wygląd zewnętrzny, a jednocześnie ujawnić coś, co ten wygląd skrywa. Na to wskazują też definicje ze słowników sztuki, które mówią, że portret to artystyczny wizerunek konkretnej osoby ukazujący zewnętrzne podobieństwo oraz niekiedy cechy charakteru.

W portrecie najważniejsze więc jest wrażenie prawdy.

Rzeźbiarski portret Henryka Szczyglińskiego dłuta Xawerego Dunikowskiego znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie. Odlana w brązie postać (ujęta w biodrach i postawiona na postumencie) sprawia wrażenie, jakby nonszalancko opierała się o ścianę. Czy patrząc na to dzieło, powinniśmy dopatrywać się wiernej podobizny zaprzyjaźnionego z rzeźbiarzem młodego artysty, studenta krakowskiej ASP Henryka Szczyglińskiego? Czy w portrecie tego młodego chłopca powinniśmy zobaczyć jego przyszłą legendę najprzystojniejszego przedstawiciela krakowskiej bohemy, zdolnego pejzażystę, dekadenckiego wyznawcę przybyszewszczyzny, demonicznego kochanka Marii Dąbrowskiej?

Rzeźba Xawerego Dunikowskiego powstała przed 1898 rokiem, a więc w czasach, kiedy polski rzeźbiarz pozostawał pod wpływem twórczości francuskiego impresjonisty Augusta Rodina. O formie tej rzeźby i o jej cechach wspólnych z dziełami Rodina historycy sztuki piszą: rozluźniona, szkicowa, fakturalna.

Forma związana jest tu z pozą, jaką przyjmuje portretowany model – nonszalancką, swobodną. „Z rękami w kieszeniach” – może być opisem postawy sylwetki, ale też postawy wobec świata, życia, otoczenia. Przeciwstawnej wobec postawy na baczność, wymagającej spięcia i usztywnienia. Poza, w jakiej uchwytuje Szczyglińskiego Dunikowski, jest pozbawiona fizycznych napięć. Ciało modela ma w sobie płynność, plastyczność. Jest pofałdowane niczym miękka tkanina.

Ubiór pełni tutaj pierwszorzędną rolę. Jest ściśle zintegrowany z ciałem. Ciało i ubiór wydają się wspólnie uformowane. Twarda materia rzeźby została podporządkowana miękkości przedstawienia. Ubiór nie jest tu skrojony na miarę ciała. On się układa na ciele i pod wpływem ciała.

Trzymając się modowych realiów, możemy stwierdzić, że bohater omawianego portretu ubrany jest w tzw. ditto suit, czyli trzyczęściowy garnitur, złożony z marynarki, kamizelki i spodni. W czasach, w których powstała rzeźba, wszystkie części takiego garnituru szyte były z tego samego materiału. W tak skonstruowanej sylwetce to tkanina, jej właściwości i jej wzór pełniły rolę dominującą. Człowiek był niejako z niej uformowany, był jak rzeźba z tkaniny. Rzeźba, która zrezygnowała z kamienia. Nie chce być już spiżowym posągiem. Nabiera miękkości, płynności. Jest gotowa do ruchu i zmiany.

Gdy spoglądamy na modę w sposób strukturalistyczny, dostrzec musimy, że opiera się ona na przeciwieństwie kroju i fałdy. Na kroju oparte jest krawiectwo ciężkie: płaszcze, żakiety, garnitury z grubych tkanin, z których wykrawa się nożycami płaskie figury geometryczne, a potem konstruuje się z nich sztywną trójwymiarową formę. Jego przeciwieństwem jest krawiectwo lekkie, w którym materię układa się bezpośrednio na ciele lub manekinie. Tkanina owija się, dekoracyjnie układa, fałduje. Tak powstają suknie.

Nie mogę tu nie wspomnieć o pewnym ważnym momencie w historii mody męskiej. Otóż w roku 1860 weszły do sprzedaży gotowe garnitury typu ready to wear. Garnitur jako gotowy do kupienia produkt, a nie szyty na miarę. Taki garnitur nie mógł być, rzecz jasna, dopasowany do konkretnej sylwetki. Musiał mieć luźniejszy krój pasujący raczej do typu sylwetki, a nie do indywidualnych cech. Dostępność i popularność tego typu garniturów znacznie rozluźniła normy elegancji, a one zmieniły myślenie o relacji pomiędzy ciałem a ubraniem.

Na figurze wyrzeźbionego Szczyglińskiego marynarka od garnituru nie jest sztywno dopasowana do ciała. Jej konstrukcyjny fundament stanowią ramiona, z których poły zdają się niemal swobodnie zwisać, nieuchwycone przez jakiekolwiek szwy czy cięcia w talii. To sprawia, że marynarka układa się swobodnie w nieregularne fałdy. Taka marynarka zachowuje cechy tkaniny, układa się bezpośrednio na ciele, swobodnie przekształca pod wpływem ruchu czy przyjmowanej pozy. Traci dominującą cechę zachodniej mody męskiej – dyscyplinowanie ciała, ujmowanie go w sztywne ramy. Rezygnuje z tego, co w modzie męskiej ma swoje paramilitarne korzenie, i mówi: mundury i garnitury nie mogą się fałdować. Fałdy na ubraniu są bowiem obrazem fałd na duszy. Rozluźnienie formy sprzyja rozluźnieniu dyscypliny, co bezpośrednio zagraża społecznym i kulturowym normom. Mężczyzna pofałdowany nie może być obrazem bohatera. Bohaterowie zastygają w nieskazitelnych pozach, bo bohaterskie pozy są obrazem idei.

Poza Szczyglińskiego jest chwilowa. Po ludzku zmienna. Zaczerpnięta z życia, a nie z eposu. Szczygliński pozuje do portretu, tak jak się dziś pozuje do zdjęcia. Chce na nim być ładny, a nie dostojny.

W rzeźbie Dunikowskiego, w postawie jej bohatera i w funkcji, jaką pełni w niej jego strój, zawarta jest próba zapisania i ujawnienia męskiej urody, jej seksualnej atrakcyjności, która nie płynie z wielkich czynów, wysokich stanowisk czy kariery, ale z zadziornej młodości. Nie z dopasowania, ale ze swobody. Nie z kantów pochodzi, lecz z fałd.

Janusz Noniewicz
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę