Znaleziono 0 artykułów
07.09.2021

Dziedzictwo artystów na wybiegach: hołd czy nadużycie?

Fot. materiały prasowe

W najnowszej kampanii marki Tiffany & Co. z udziałem Beyoncé i Jaya-Z wykorzystano nieprezentowany wcześniej obraz Jean-Michela Basquiata. Wykorzystanie „Equals Pi” w reklamie luksusowego brandu rozbudziło na nowo dyskusję o nadużyciach dziedzictwa artystów. I o tym, kto czerpie z tego zawrotne zyski, zbyt często wbrew ich woli.

Gwiazdami nowej kampanii Tiffany & Co. mieli być Beyoncé i Jay-Z (i oczywiście 128-karatowy naszyjnik z diamentem, który wcześniej miały na sobie jedynie Audrey Hepburn i Lady Gaga). Uwagę internautów przykuł jednak obraz „Equals Pi” Jean-Michela Basquiata. To pierwszy raz, kiedy płótno pokazano publicznie. Obraz został kupiony przez anonimowego kolekcjonera w 1982 roku i od tego czasu pozostawał w jego prywatnym archiwum. W ubiegłym roku „Equals Pi”, wcześniej znany jako „Still Pi”, został kupiony przez LVMH, francuski koncern dóbr luksusowych, do którego od niedawna należy Tiffany & Co.

Kontrowersje dotyczyły przede wszystkim wykorzystania obrazu w komercyjnej kampanii. Miłośnicy dorobku Basquiata zwracali uwagę, że to sprzeczne z filozofią tragicznie zmarłego malarza, który buntował się przeciwko hierarchii i elitaryzmowi świata sztuki. W internecie na dobre zawrzało jednak po wypowiedzi wiceprezydenta Tiffany & Co. Alexandre’a Arnaulta, który zasugerował, że obraz jest formą hołdu artysty dla marki. – Nie mamy źródeł, które potwierdzałyby jednoznacznie, że obraz powstał z myślą o Tiffany & Co., ale wiemy co nieco o Basquiacie, bo organizowaliśmy wystawę jego prac w Louis Vuitton Foundation. Wiemy, że kochał Nowy Jork, luksus i biżuterię. Moim zdaniem wybór koloru nie może być przypadkowy – powiedział w rozmowie z WWD, nawiązując do tiffany blue, charakterystycznego dla marki odcienia turkusu.

W odpowiedzi na tę interpretację głos zabrały osoby z otoczenia Basquiata, krytycy sztuki i miłośnicy malarza, zarzucając Arnaultowi komercjalizację dorobku artysty, brak szacunku dla jego dziedzictwa, a nawet przywłaszczenie kulturowe. – To bluźnierstwo. Sztuka Basquiata to antyteza tradycyjnego i ekskluzywnego podejścia, którego ucieleśnieniem jest Tiffany – mówiła w rozmowie z „The New York Timesem” Anne Dayton, pierwsza właścicielka obrazu. Zdaniem komentatorów wykorzystanie obrazu w kampanii jest tylko kolejnym z wielu przykładów instrumentalnego wykorzystania dorobku zmarłych artystów, zbyt często wbrew ich woli.

Basquiat w modzie. Do kogo trafiają zyski?

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

A post shared by SAINT LAURENT (@ysl)

Kampania Tiffany to nie pierwszy raz, kiedy dorobek artysty został wykorzystany jako „motyw estetyczny”. Prace Basquiata zdobiły w przeszłości sukienki, koszule, torebki, sneakersy, zegarki, skórki na telefon, świece, kosmetyki, a nawet… lalkę Barbie. Charakterystyczny styl malarza szczególnie upodobała sobie branża mody. Latem 2021 roku Saint Laurent wypuściło kolekcję bluz, T-shirtów, toreb i plecaków ozdobionych fragmentami prac malarza. Najdroższe przedmioty wyceniono na 4 tys. euro.

Na stronie kolekcji marka powołuje się na prawa autorskie The Estate of Jean-Michel Basquiat i nowojorską agencję Artestar. Problem w tym, że pierwsza instytucja zawiesiła działalność w 2012 roku, a druga nie ma żadnego związku z malarzem. Jean-Michel Basquiat zmarł w 1988 roku w wieku 27 lat, po tym jak przedawkował heroinę. Pozostawił po sobie kilkadziesiąt płócien, rysunków, szkiców, fotografii, rzeźb i instalacji, które z prawnego punktu widzenia nie miały spadkobiercy. Mimo to w latach 90. wiele z nich trafiło na aukcje, na których prywatni kolekcjonerzy kupowali je za miliony dolarów. Kwestia własności dorobku zmarłych artystów pozostaje niejasna w wielu przypadkach, a to niestety sprzyja nadużyciom.

Givenchy. Gdzie leży granica między hołdem a plagiatem?

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

A post shared by GIVENCHY (@givenchyofficial)

Część komentujących zwracała uwagę, że w przypadku kampanii Tiffany czy kolekcji Saint Laurent celem marek, oprócz dochodu, było oddanie hołdu słynnemu artyście i popularyzacja jego twórczości. Ciągle jednak zdarza się, że domy mody, wytwórnie muzyczne czy agencje menedżerskie czerpią z dorobku nieżyjących twórców, nikogo o tym nie informując – ani fanów, ani spadkobierców.

Półprzezroczysta, dziergana suknia w kolekcji Givenchy na sezon jesień-zima 2021 do złudzenia przypominała flagową kreację projektu Benjamina Cho, który zmarł tragicznie w 2017 roku. Cho został okrzyknięty przez „Vogue’a” i „New York Magazine” jednym z najbardziej obiecujących projektantów przełomu mileniów. Projektant był barwną postacią nowojorskiego światka artystycznego – przyjaźnił się z Chloë Sevigny, Ryanem McGinleyem i Dash Snow. Wieczorami pracował jako DJ, by zarobić na materiały, z których w ciągu dnia tworzył fantazyjne, szyte ręcznie kreacje.

Matthew M. Williams, dyrektor kreatywny Givenchy, początkowo nie odniósł się do zarzutów internautów. Gdy jednak ujawniono, że projektant nie tylko znał Cho, ale miał również dla niego pracować (i przelotnie z nim romansować), przyznał, że sylwetka była formą „hołdu dla zmarłego przyjaciela”.

Rodzina i bliscy Cho nie przyjęli tłumaczenia projektanta, zarzucając mu brak szacunku dla jego dorobku. – To zwyczajna kradzież. To była jedna z popisowych sylwetek Bena. Jestem w szoku, że Matt po prostu uznał, że nikt tego nie zauważy – skomentowała Meryl Smith, artystka współpracująca z Cho.

Prince, Amy Winehouse, Mac Miller. Czego chcieliby artyści?

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

A post shared by Lana Del Rey (@lanadelrey)

Temat dziedzictwa artystów szczególnie często powraca w branży muzycznej. Pośmiertnych albumów doczekali się m.in. Prince, Aaliyah czy Amy Winehouse. Zmarły w 1996 roku Tupac blisko dwie dekady później „wystąpił” na festiwalu Coachella pod postacią (przerażająco) realistycznego hologramu. Niespełna tydzień po pogrzebie Mac Millera zapowiedziano wydanie singla, którego muzyk nie zdążył skończyć. Każda z takich sytuacji wywołuje ostrą krytykę fanów i innych artystów.

Po publikacji kolejnych pośmiertnych albumów zmarłych w ubiegłym roku raperów Pop Smoke’a i Juice WRLD piosenkarz Anderson Paak udostępnił na Instagramie zdjęcie nowego tatuażu. „Kiedy odejdę, nie wydawajcie żadnych pośmiertnych albumów ani utworów z moim udziałem. Jeżeli nie zostały ukończone, to nigdy nie miały zostać usłyszane przez publiczność” – brzmiał napis na jego przedramieniu. Paak ostatecznie usunął post, ale jego manifest udostępniło wielu artystów, w tym Lana del Rey, inni wyrazili poparcie w komentarzach.

Historie nadużywania pośmiertnego dziedzictwa artystów będą się powtarzać. Jednak reakcje na kampanię Tiffany & Co. pozwalają wierzyć, że coś zaczyna się zmieniać w świadomości odbiorców. A to dobry znak.

Julia Właszczuk
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę