Znaleziono 0 artykułów
01.12.2018

Każdy przemawia swoim głosem

Zdjęcie z cyklu „she dances on Jackson”, Vanessa Winship, 2011-12 (Fot. dzięki uprzejmości artystki)

Brytyjska fotografka Vanessa Winship jest pierwszą kobietą, która zdobyła prestiżową nagrodę Fundacji Cartier-Bressona. W swojej długiej karierze była już z aparatem w Albanii, Bułgarii i Grecji, mieszkała i fotografowała w Turcji, jeździła po Stanach Zjednoczonych. Teraz zawitała do Warszawy.

Z Vanessą Winship spotkałam się w galerii Jednostka, w której po raz pierwszy w Polsce pokazuje swoją zrealizowaną w Ameryce wystawę „she dances on Jackson”. Prowadzi tu także warsztaty w ramach jubileuszowej 10. edycji spotkań „Wszyscy Jesteśmy Fotografami”. Gdy podjeżdżam rowerem pod drzwi galerii, zza szyby macha mi kobieta o długich siwych włosach i wesołych zmarszczkach wokół oczu. Rozmawiamy w otoczeniu jej czarno-białych fotograficznych „esejów” – o ludziach, krajobrazach i przestrzeniach. Mówi cicho, powoli i z namysłem, a jej spokój natychmiast udziela się rozmówcy.

Zdjęcie z cyklu „she dances on Jackson”, Vanessa Winship, 2011-12 (Fot. dzięki uprzejmości artystki)

Przedstawiciele świata fotografii nieustannie zadają sobie pytanie, o to, czy fotografia dokumentuje i odkrywa prawdę, czy raczej kreuje swego rodzaju iluzję? To napięcie tkwi w fotografii od początku. Czym ona jest dla ciebie? Czego w niej szukasz?

Reklama

Fotografia stanowi swego rodzaju paradoks. W momencie gdy powstaje, już jest przeszłością. Staramy się poprzez nią ocalić przeszłość, ale fotografując, jednocześnie jesteśmy tu i teraz. Fotografia jest więc iluzją i jest rejestracją, a granica pomiędzy nimi jest płynna, niewyraźna. Jest jak rozmowa, która cały czas przybiera inny kształt, meandruje. Patrząc szerzej, można powiedzieć, że w pewnym sensie wszystko w fotografii jest dokumentem, nawet jeśli nie ma takiej intencji.

Fotografia może przecież dokumentować czyjąś maskę, kreację.

Oczywiście. Nazwałabym ją może więc subiektywnym dokumentem? Może. Bo nie wierzę, że da się ją precyzyjnie zdefiniować. Moje fotografie splatają się zawsze z moją osobistą historią. Nie mogę więc być w nich całkowicie obiektywna. Nie umiem nawet odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jestem artystką. Na pewno nie jestem dziennikarką. To, co robię, nie jest czystym dokumentem, ale czym on miałby być, skoro jako społeczeństwo stajemy się coraz bardziej nieuchwytni? Dokumentowanie tego procesu staje się więc coraz trudniejsze, zdradliwe i pełne pułapek, ale i niezmiernie fascynujące. Wpływ na to ma choćby otaczający nas cyfrowy świat. Gdy dorastałam, nikt sobie nawet nie wyobrażał podobnych wynalazków. Uczyliśmy się fotografii z albumów i książek. Wpływ na nas mieli też nasi nauczyciele. Miałam szczęście, odbierając porządną edukację. Chociaż niektórzy podważają sens wykształcenia fotograficznego. Bo może lepiej jest pozostać, jako artysta, kompletnie czystym, bez wpływów i naleciałości? Tylko czy to jest dziś w ogóle możliwe? Fotografowie i fotografie otaczają nas z każdej strony.

Zrobiłaś wiele projektów fotograficznych w różnych miejscach, w różnych kulturach, z różnymi bohaterami. Wokół nas wiszą zdjęcia z amerykańskiego cyklu zatytułowanego „she dances on Jackson”. Najprościej powiedzieć, że są na nich ludzie i miejsca. A przecież czuję, że jest tam znacznie więcej. Masz jeden ulubiony temat?

Moim tematem jest nieustanna zmiana. Wystartowałam z jakiegoś punktu w czasie i przestrzeni. Zmieniam się, rozumiejąc coraz więcej z tego, co mnie otacza. I starając się coraz precyzyjniej opisywać to, jak widzę świat. Moje kadry wypełniają przede wszystkim ludzie. Chociaż portretując ich, zawsze pragnęłam też pokazać obrazy otaczających ich miejsc. Z jakiegoś powodu niezbyt mi się to udawało, a myślę, że krajobrazy są pełne treści i pokładów znaczeń, niektóre z nich są jak portrety. Ja w każdym razie fotografuję teraz więcej krajobrazów, ale odbiorcy lubią moje portrety, więc ich nie porzucę.

Zdjęcie z cyklu „she dances on Jackson”, Vanessa Winship, 2011-12 (Fot. dzięki uprzejmości artystki)

Podchodzisz do portretowanych osób bardzo blisko. Widać, że się przed tobą otwierają. W jaki sposób nawiązujesz kontakt?

Zwykle to krótkie kontakty z przypadkowo spotkanymi osobami. Ludzie chcą być zauważeni. Gdy ktoś oferuje im szczerze chwilę zainteresowania, najczęściej godzą się na zdjęcie. Często dostrzegam coś w człowieku, jeszcze zanim do niego podejdę. Może to gest, może nastrój. Fotografując tego mężczyznę (Vanessa wskazuje na fotografię zwalistego, wytatuowanego mężczyzny o nagim torsie, ukazanego z profilu – A.S.), zrobiłam trzy klatki, bo używam mojego wielkoobrazkowego aparatu, którym nie da się szybko cyknąć zbyt wielu zdjęć. Rozmawiałam z tym człowiekiem przez chwilę, głównie o jego tatuażach. Mówił o młodych, którzy robią tatuaże zwykle ze względów estetycznych, a jego tatuaże opowiadają historię jego niełatwego życia. Ten mężczyzna mnie wzruszył, zobaczyłam w nim jakiś rodzaj delikatności. Dlatego zrobiłam to zdjęcie.

A dziewczyna z kolczykami w wardze? Fascynująca twarz, ale ona też nie wydaje się szczęśliwa. Jest bardzo poważna.

To ciekawe, jak różnie widzowie czytają to zdjęcie. Niektórzy mówią, że jest poważna, inni, że wojownicza. Ale tak, jest poważna. To młoda kobieta, która ma na głowie mnóstwo rzeczy. Wychowuje dziecko, pracuje i studiuje jednocześnie, a przynajmniej robiła to wszystko w tamtym czasie.

Czy to ona tańczy „na Jacksonie”, jak mówi tytuł cyklu?

Nie, to nie ona jest protagonistką opowieści, która dała tytuł całemu projektowi, ale o tamtej innej dziewczynie też chętnie ci opowiem.

Zdjęcie z cyklu „she dances on Jackson”, Vanessa Winship, 2011-12 (Fot. dzięki uprzejmości artystki)

(Vanessa otwiera książkę ze zdjęciami z tego projektu, by przeczytać swój tekst opisujący scenę, którą ujrzała kiedyś na przystanku kolejki podziemnej Jackson w Chicago. Młodziutka dziewczyna tańczy spontanicznie do muzyki ulicznego bandu. Występ przerywa nagły przyjazd pociągu. Młoda tancerka z matką wsiadają do wagonu. Tego samego, do którego zmierza też Vanessa, obserwując z fascynacją czułą więź między kobietami. Zastanawia się, kim są i dokąd jadą, ale nie zapyta ich, ani teraz, ani chwilę później, gdy ich drogi rozejdą się na zawsze.)

To właśnie ta dziewczyna tańczyła na stacji Jackson. To była cudowna scena. Nieistniejące zdjęcie, którego nie zrobiłam, ale które opisałam. Niezwykły moment, który przyniósł mi uczucie podobne do ulgi, bo Ameryka to jednak ciężkie miejsce.

Zdjęcie z cyklu „she dances on Jackson”, Vanessa Winship, 2011-12 (Fot. dzięki uprzejmości artystki)

Obraz Ameryki, który wyłania się z popkultury, jest raczej pociągający.

Kiedyś myślałam podobnie. Z moim partnerem, Georgem Georgiou, także fotografem, byliśmy tam już wcześniej, ale nigdy nie mogliśmy zostać na dłużej. Na kilkumiesięczną amerykańską podróż nie mogliśmy sobie wtedy pozwolić, głównie ze względów finansowych. To miejsce niezwykłe, piękne, ale bardzo trudne dla ludzi. Ameryka jest bardzo rozległa, wręcz ogromna i kryje w sobie wiele historii, wiele krain. Nie ma czegoś takiego, jak jedna Ameryka. Ten ogrom i wielkie odległości alienują ludzi. Do tego dochodzi kryzys ekonomiczny. Amerykański sen nie jest już dostępny dla każdego, choć wciąż wszyscy przez jego pryzmat postrzegają ten kraj. Ameryka ma nowatorskie umysły, oszałamiającą naturę, niezwykłych ludzi, ale istnieje ciemna strona tej rzeczywistości. Bardzo łatwo wylądować tu na dnie, jeśli jesteś zbyt wrażliwa. Myślę, że w moich zdjęciach szukałam właśnie tej ukrytej wrażliwości. Jest tam pustka i melancholia. Jeśli ktoś zapyta, czy to prawdziwa Ameryka, mogę tylko odpowiedzieć: tak, to prawdziwa Ameryka widziana moimi oczami. Nie ma jednej prawdy, jest ich wiele. Każdy przemawia swoim głosem.

W dzisiejszym cyfrowym świecie, gdzie wszyscy używamy telefonu do robienia zdjęć, ty wybierasz klasyczną analogową metodę. Fotografujesz na czarno-białym filmie bez specjalnych interwencji. Dlaczego?

To się trochę zmienia, bo ostatnio eksperymentuję z kolorem i fotografią cyfrową, a nawet robię zdjęcia iPhonem. Parę tygodni temu prowadziłam krótkie warsztaty dla studentów. Wiem, że dla nich odejście od analogu to wielki krok. Fotografia analogowa jest absolutnie cudowna, kocham tę alchemię odczynników i atmosferę ciemni, ale nie jestem ortodoksyjna. Rozumiem, że trudno jest usprawiedliwić ponoszenie tak wysokich wydatków, bo – nie oszukujmy się – analog słono kosztuje. Zanim nadeszła era cyfrowa, fotografia była przecież wyłącznie zabawką dla elit. Myślę, że dla studentów poznanie analogu ma o tyle sens, że narzuca pewne ograniczenia. Gdy mam tylko 12 klatek na film, muszę być bardziej ostrożna, czujniej wybierać motyw. A cyfrowym aparatem możesz strzelać foty raz za razem. Dla mnie to nie ma takiego znaczenia. Używam namysłu tak samo, niezależnie od tego, czym fotografuję. Mój partner od lat używa aparatów cyfrowych i robi to pięknie. Ostatecznie liczy się efekt i to, co mamy do powiedzenia. Nie ma co fetyszyzować maszyny.

Jak to jest żyć z innym fotografem? Jeździliście razem do Albanii, Bułgarii, Grecji, Turcji, tam mieszkaliście i pracowaliście równolegle, a jednak oddzielnie. Czy to pomaga, czy jest przeszkodą?

To kompletne szaleństwo. Spotkaliśmy się już na studiach. Oboje byliśmy wtedy związani z innymi osobami, ja miałam już syna. Gdy zaczęliśmy być razem, wspólnie przechodziliśmy przez edukację w bardzo szczególnej szkole, jaką jest Polytechnic of Central London. Gdy tam trafiłam, byłam naiwna politycznie i ideologicznie, a na tej uczelni dyskutowało się o polityce płci, polityce seksualnej i osobistej. To było coś diametralnie odmiennego od tradycyjnego dokumentu. Dużo czasu poświęcaliśmy konstruowaniu obrazu. Przez pierwsze trzy lata w koledżu praktycznie cały czas fotografowaliśmy z George'em siebie nawzajem. To była prawdziwa „szkoła myślenia i patrzenia” w fotografii. Gdy skończyliśmy studia, zastanawialiśmy się, co dalej. Dziś młodzi ludzie od początku planują swoją karierę, a my nie wiedzieliśmy nawet, że mamy jakąś „karierę” przed sobą. Nie czekała na nas żadna praca, ale byliśmy wolni. To było jednocześnie trudne, czasem okropne, ale też cudowne. Bo oznaczało, że gdy jesteś sfrustrowana, to oboje jesteście sfrustrowani, gdy masz załamanie, oboje jesteście w depresji, ale gdy komuś z was się powiedzie, jedno ciągnie w górę, motywuje. Zawsze masz przy sobie kogoś, komu ufasz, kto cię wysłucha, pomoże ci, przegada z tobą problem. Przy czym każde ma swój własny, odrębny styl fotografowania. Nie działamy jako duet.

Vanessa Winship  (Fot. dzięki uprzejmości artystki)

Aparat działa szybko jak trzask migawki, a ty zawsze realizujesz długoterminowe cykle fotograficzne. Razem z partnerem prawie dekadę spędziliście poza Wielką Brytanią – w Europie Wschodniej, na Bałkanach. To, że długo poznajecie fotografowane miejsce, ma znaczenie?

To my mamy taką potrzebę. Jeśli ktoś ma bardzo klarowną wizję tego, co chce mieć na zdjęciach i jest sprawny, może swój projekt zrealizować dość szybko. Ale ja nie sądzę, żeby moja praca dawała jakieś łatwe odpowiedzi. Raczej przynosi jeszcze więcej pytań. Nie mam w sobie tej niepodważalnej pewności, tyko wątpliwości. Potrzebuję więc czasu. Tak postrzegam ludzką kondycję.

 

Wystawę Vanessy Winship „she dances on Jackson” można oglądać w warszawskiej Galerii JEDNOSTKA do 31 stycznia 2019 roku.

Projekt w ramach 10. Edycji spotkań „Wszyscy jesteśmy fotografami”. Autorki cyklu: Monika Szewczyk-Wittek i Katarzyna Sagatowska

Vanessa Winship (ur. 1960) Brytyjska fotografka światowej sławy. Studiowała film, fotografię i wideo na Politechnice w Londynie w latach 1984-1987. Mieszkała i pracowała przez kilka lat w Turcji i na Bałkanach, a także w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. W 2011 roku była pierwszą kobietą, która wygrała nagrodę Fundacji Henri Cartier-Bressona. Inne wyróżnienia to Sony I’iris d’or World Photography Award, National Portrait Gallery Godfrey Argent i World Press Photo. Latem 2018 roku odbyła się jej wielka wystawa retrospektywna w Barbican Art Gallery w Londynie. Jest autorką monograficznych książek fotograficznych: „Schwarzes Meer (Morze Czarne)”, „Sweet Nothings”, „she dances on Jackson”, „And Time Folds”. Więcej fotografii Vanessy: www.vanessawinship.com.

Anna Sańczuk
Reklama
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę