Znaleziono 0 artykułów
16.01.2021

Moja historia. Jak polubić samą siebie

16.01.2021
(Fot. EastNews)

Nikt mi nie wierzy, że nie mam kompleksów, choć wcale nie przypominam supermodelki. Ani chuda, ani gruba, ani niska, ani wysoka, ani blada, ani opalona – jestem zwyczajną dziewczyną, która nie rozumie, dlaczego inne kobiety wciąż narzekają na wygląd.

Wychodząc do kosmetyczki, zakrzyknęłam do męża, że umówiłam się na regulację brwi, bo przez kwarantannę upodobniłam się do Fridy Kahlo. Pochłonięty lekturą, nie uniósł głowy znad ekranu. – Wyglądasz pięknie – powiedział odruchowo. Nawyk wpojony mu przeze mnie, moje poprzedniczki i mamę nie pozwala mu spojrzeć na kobietę, by realnie ocenić jej wygląd. Kiedyś słysząc pytanie, czy dżinsy pogrubiają mi uda, otaksował mnie wzrokiem. Chciał biedak sprawdzić, ale dostał burę. Prawidłowa odpowiedź zawsze brzmi: „nie”. „Świetnie leżą”, „Przecież schudłaś!”, „We wszystkim ci ładnie”.

Oczekujemy komplementów i od mężczyzn, i od innych kobiet, a gdy już je dostajemy, z niewinną kokieterią odpowiadamy: „No coś ty, przytyłam, bo zjadłam za dużo ciastek w weekend”, „To przecież zwykłe, stare, tanie spodnie”, „Zosia na pewno wyglądałaby lepiej” („Zosia” najczęściej jest byłą dziewczyną albo przyjaciółką rywalką).

Inni mają pocieszać, podczas gdy my dopatrujemy się wad ukrytych, oczerniamy się i użalamy nad sobą. Przyglądamy się własnym twarzom w poszukiwaniu zmarszczek z uważnością godną historyków sztuki analizujących uśmiech Mony Lisy. Wciągamy i wypinamy brzuch, obracamy się wokół własnej osi, przymierzamy kolejne stylizacje. Fiksujemy na szczegółach, zapominając, że liczy się całościowy efekt. Wyłączamy kamerkę podczas zebrania, gdy wyskoczy nam pryszcz. Rezygnujemy z randki, bo nie mamy, w co się ubrać. Zmaltretowane zinternalizowanym szowinizmem, stajemy się niewolnicami doskonałości, prezentowanej na przefiltrowanych zdjęciach influencerek na Instagramie, wyretuszowanych kadrach z magazynów, zakłamanych obrazach na ekranie.

Gdy byłam całkiem mała, moja piękna mama martwiła się, że będę podobna do prababci, która słynęła z dużego nosa. Mój nos był pod baczną obserwacją. Rodzice trzymali kciuki, żeby nie wymknął się spod kontroli. Potem zaczął się temat wagi. Jak wspomina moja najlepsza przyjaciółka, odrobinę ode mnie tęższa, była u mnie w domu zachęcana do brania dokładek, podczas gdy moje porcje wciąż się kurczyły.

Programowy brak kompleksów wziął się więc u mnie z przekory. Szybko zrozumiałam, że nie tylko w rodzinie działa giełda, w której przetrwają najpiękniejsi. Pomna doświadczeń z domu w podstawówce postanowiłam uprzedzić atak. Radośnie oznajmiłam wszystkim, że mam duży nos i pokaźny tyłek. Wydawało mi się, że skoro znam swoje mankamenty, próba ich wyśmiania okaże się nieskuteczna. Strategia nie przyniosła skutku – rówieśnicy radośnie podchwycili temat, na każdym kroku podkreślając, co jest ze mną nie tak. A pamiętajmy, że w połowie lat 90., przed Jennifer Lopez, Shakirą i Kim Kardashian-West, pokaźne pośladki nie były pożądane. Dominował heroin chic Kate Moss, na krągłe dziewczyny nikt nie mówił plus size (w dobie ciałopozytywności nawet ten termin jest uważany za dyskryminujący). Jeśli nie byłaś chuda, to byłaś gruba. Gdy oglądam zdjęcia z nastoletnich lat, widzę zwyczajną dziewczynę z idealnym BMI. Wtedy też czułam się zupełnie normalnie, ale inni uważali, że coś jest ze mną nie tak. Może to kwestia wzrostu. Mierzę przeciętne 166 cm, ale osiągnęłam ten wzrost dosyć wcześnie, więc na początku kariery szkolnej górowałam nad większością klasy, a już na pewno nad wszystkimi chłopcami. A że dziwne to, wiadomo, niepokojące, więc złe, to nie miałam łatwego życia. Zwłaszcza że przy okazji byłam dosyć mądra.

W liceum dysonans poznawczy między intelektem a urodą jeszcze się pogłębił. Lata 90. już się kończyły, ale wciąż w głowach się nie mieściło, że prymuski mogą być choć trochę hot. Mój ówczesny chłopak musiał się gęsto tłumaczyć, co właściwie we mnie widzi. Kumple mówili mu, że za dużo się uczę, a za mało chodzę na imprezy. – Przecież jest przebojowa – bronił mnie. – Chyba w bibliotece – brzmiała cięta riposta szesnastolatka. Pomyślałam więc, że chyba powinnam mieć kompleksy, skoro inni czują się nieswojo, gdy ich nie mam. Nauczyłam się udawać – zwierzałam się, że też chcę schudnąć, że nie lubię swoich ud, szyi, biustu, że nigdy nie będę dziewczyną z okładki. Na chwilę sama sobie uwierzyłam. I zaczęłam się czuć naprawdę źle.

Na obniżonej samoocenie skorzystał następny chłopak. Wystarczyło, że zobaczył we mnie przedmiot pożądania, a zakochałam się na zabój. Przebojowa prymuska symbolem seksu? Świat tego nie widział. Toksyczny związek wyzwolił poważniejsze kompleksy, ale o tym innym razem. Utwierdził mnie natomiast w przekonaniu, że z moim wyglądem wszystko jest w porządku.

Lubię moje ciało, więc chcę mu sprawiać przyjemność. Nie cierpię ćwiczeń, więc chodzę na spacery. Kocham jeść, więc nie stosuję diet. Śmiertelnie nudzi mnie chodzenie do kosmetyczki (regulacja brwi to jedyna słabość), więc ograniczam rytuały upiększające do minimum. W lustrze widzę wciąż tę samą dziewczynę, co kiedyś. Mam kilka zmarszczek, siwieję, czego czasem nie chce mi się ukrywać, na przemian chudnę i tyję. I to jest okej. Nie porównuję się do nikogo, chociaż uwielbiam patrzeć na piękne kobiety. Nie robię z siebie gwiazdy ani nikogo nie umniejszam.

Kiedyś lżejsza o dobre 10, może 15 kg znajoma zabrała mnie do sklepu na wspólne przymierzanie bikini. Prężyła się przed lustrem, prezentując mi nieistniejące boczki. Według dziewczyńskich reguł pewnie powinnam była poczuć się upokorzona. Albo zmotywowana do zrzucenia zbędnych kilogramów. Wybuchnęłam tylko śmiechem. Wewnętrznym, żeby jej nie peszyć. Wtedy zrozumiałam, że kompleksy są często na pokaz. Po to, żeby wzbudzić współczucie, usłyszeć komplement albo przekonać się, że ktoś ma gorzej. Kompleksy niszczą osobę, która nie potrafi się ich pozbyć, a w rezultacie zarażają negatywną energią wszystkich wokół. Czy naprawdę wszystkie musimy brać w tym udział? Kto nie kupuje argumentu feministycznego, że fiksacja na punkcie urody utrzymuje nas w ryzach patriarchatu, niech posłucha coachów, terapeutów i specjalistów od self-care – ciało, które lubisz, da ci przyjemność.

Helena Reszel
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę